Nie ratujmy stoczni za publiczne pieniądze

Szef Solidarności Piotr Duda apelował ostatnio aby wzorem ratowanych przez państwa banków wyłożyć pieniądze publiczne na ratowanie upadającej prywatnej Stoczni Gdańskiej. Po to by zachować miejsca pracy. Chwytliwy to argument i dla dobra dyskursu publicznego wypada się z nim szczegółowo rozprawić.

Zacząć należałoby od tego, że banki w Polsce ratowane z pieniędzy publicznych nie były. Ratowano natomiast ich matki z pieniędzy podatników niemieckich, włoskich, angielskich czy amerykańskich. Po drugie, mało który przywódca tych krajów był zachwycony perspektywą wykładania publicznych pieniędzy dla prywatnych instytucji finansowych. Ratowano je, ale nie ze względu na zachowanie istniejących tam miejsc pracy, a dlatego, że były systemowo krytyczne, czyli ich upadek doprowadziłby poprzez efekt domina do upadku innych banków – ale co ważniejsze, do upadku firm, fabryk a także i stoczni uzależnionych od finansowania bankowego. Udzielana pomoc miała charakter tymczasowy, banki po odrobieniu strat wykupywały (i nadal wykupują) pomoc państwa, aby móc funkcjonować niezależnie od wpływu polityków. Aby uniknąć tego moralnego szantażu w przyszłości, politycy europejscy od kliku lat starają się wprowadzić tzw. unię bankową. Po to aby poprzez ściślejszy i skuteczniejszy monitoring nie musieć w przyszłości brać na barki podatników błędnych decyzji popełnianych przez prywatne banki. Analogia pomiędzy potrzebą ratowania stoczni a ratowaniem banków jest ze wszechmiar chybiona. Czytaj dalej