Właściwy balans

  

Na początku zeszłego wieku kiedy tworzyło się państwo i jego obowiązki wobec obywatela bilans odpowiedzialności był daleki od jakiejkolwiek sprawiedliwości społecznej. Państwo dopiero budowało swe podwaliny i podział ról miedzy państwem a obywatelem. Dlatego też często drugą połowę XIX wieku jak i jego początek do dziś utożsamiamy z dzikim kapitalizmem, rodem z Ziemi Obiecanej. Praca dzieci, brak jakiegokolwiek ubezpieczenia zdrowotnego, nie wspominając o socjalnym, emerytalnym czy chorobowym. Były to czasy kiedy dopiero Bismarck jako pierwszy wprowadził ubezpieczenia społeczne, działające według zasady, że dzisiejsze emerytury finansowane są przez składki płacone przez pracujących. Z dzisiejszej perspektyw tworzyły się dopiero podstawowe zasady i regulacje państwa. Po II Wojnie Światowej stworzony został mechanizm podziału zadań pomiędzy obywatelem a państwem, który skutecznie działał, przez co najmniej 30 lat. Oczywiście opis ten dotyczy wyłącznie zamożnych państw demokratycznych, w innych przypadkach bowiem państwo wciąż nie było odpowiedzialne za organizacje podstawowych usług publicznych dla obywateli, lub też – tak jak w przypadku bloku komunistycznego – państwo totalitarne przejęło odpowiedzialność za większość procesów społecznych i gospodarczych. Sens ma jednak analiza wyłącznie rozwiniętych krajów rozwiniętych, w ich przypadku nie sposób nie zauważyć, ze po sukcesie jakim była odbudowa świata Zachodu po spustoszeniach wojennych, po pewnym czasie, wraz ze wzrostem zamożności rola państwa zaczęła nadmierna rosnąć.

 

To zapewne elementarz, ale dobrze jest sobie przypomnieć, kto ustala a następnie finansuje podział zadań. Głosują wszyscy, ale finansują ci, którzy tworzą wartość dodaną, czyli przedsiębiorcy i pracownicy sektora prywatnego. To na ich barkach funkcjonuje państwo. Coraz mniej wraz z upływem lat podział ten ma cokolwiek wspólnego z dobrowolnością, jednak sama zasady warta jest przypomnienia. Znajdą się zapewne tacy, którzy uznają, ze prawdziwa wolność gospodarcza polega właśnie na pełnej dobrowolności i państwo za bardzo rozpanoszyło się na koszt podatników. To też przesada. Ale faktem jest, że wraz ze wzrostem znaczenia aparatu nacisku i administracji oba te światy zupełnie się rozjechały, stały się wręcz w niektórych przypadkach zupełnie sobie obce wręcz wrogie. Wrogość świata polityki i biznesu było wyraźnie widać w okresie tzw. IV RP, kiedy to jakikolwiek kontakt z prywatnym przedsiębiorcą był postrzegany prawie jak przestępstwo.  Doszło, więc do wynaturzenia właściwego balansu władzy.

 

IV RP była skrajnym przypadkiem, częściej mamy do czynienia z bardziej cywilizowanymi przykładami zbytniej ingerencji państwa w realną gospodarkę ze szkodą zarówno dla gospodarki jak i jakości państwa. Dwa przykłady motoryzacyjne z Francji i Włoch najlepiej obrazują tę zależność. Zacznijmy od fabryki FIATA, która pod wpływem nacisków politycznych podjęła decyzję o przeniesieniu produkcji fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Decyzja ta była spowodowana rosnącym bezrobociem we Włoszech, uznano że przeniesienie produkcji do Włoch pozwoli zachować miejsca pracy. Niedawno natomiast prezydent Hollande zakwestionował plan zwolnień w firmie Peugeot, również powołując się na potrzebę chronienia francuskich miejsc pracy. Peugeot jest firmą prywatną, ingerencja prezydenta Francji w politykę firmy, której sprzedaż samochodów spada na znajdujących się w recesji rynkach Europy Południowej, jest już skrajnym przypadkiem niewłaściwego balansu władzy. Efekt obu tych motoryzacyjnych decyzji jest taki, że zarówno FIAT jak i Peugeot stają się mniej konkurencyjne na rynku globalnym i prędzej czy później zapłacą za nierentowne decyzje jeszcze większymi zwolnieniami. Zapłacą ludzie. Władza polityków i państwa poszła za daleko, wynaturzyła się, a dotychczasowe techniki pobudzania wzrostu już nie działają. To jest jeden z podstawowych problemów europejskich, z którymi większość obecnej elity politycznej nie chce przyjąć do wiadomości.

 

Nie można też w żadnym wypadku zostawić gospodarki w rękach samych przedsiębiorców. Po to są tworzone regulacje rynkowe aby zapobiec wynaturzeniom, po to są tworzone instytucje nadzoru aby uniknąć tworzenia nierównowag czy monopoli na poszczególnych rynkach. Po to wreszcie biznes finansuje edukacje i naukę (poprzez podatki) aby świat szedł do przodu i byli tacy którzy są w stanie ocenić całość zagadnień z większej perspektywy i dawać światu intelektualny bodziec do rozwoju.   Cały ten układ może całkiem sprawnie działać po warunkiem, że balans jest właściwy. W Europie ewidentnie tak nie jest, kryzys powinien być dobrym czasem na samoograniczenie władzy.

 

Najlepiej gdyby ministrem rolnictwa został Waldemar Pawlak

 

Jacek Nizinkiewicz: Czy już czas, żeby Platforma Obywatelska zmieniła koalicjanta?

 

Ryszard Petru: Jestem rozczarowany postawą Ruchu Palikota. Niestety w ostatnich miesiącach ugrupowanie to, staje się coraz bardziej nieprzewidywalne gospodarczo. Jasnym punktem było wstrzymanie się od głosowania w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, ale mieliśmy serię wypowiedzi i postulatów skrajnie socjalistycznych i populistycznych. Nie mam pewności czy byłby to przewidywalny partner.

 

- A jak pan ocenia PSL, dotychczasowego koalicjanta PO?

 

- PSL na pewno nie jest ugrupowaniem tryskającym pomysłami reformatorskimi.

 

Czego nie udało się zrobić przez ponad cztery i pół roku koalicji PO- PSL?

 

- Podwyżka wieku emerytalnego wymusiła złe rozwiązanie jakim są emerytury cząstkowe. Blokowane  są jakiekolwiek reformy ubezpieczeń rolniczych. Obawiam się, że lista mogłaby być zbyt długa…

 

- Czy na pański stan wiedzy Marek Sawicki był dobrym ministrem rolnictwa? Czy mógłby pan podpowiedzieć premierowi, kto mógłby zastąpić Sawickiego, bo póki co, to sam premier Tusk może zawiadywać ministerstwem rolnictwa.

 

- Trudno mi oceniać resort rolnictwa. Najlepiej gdyby szefem resortu rolnego został obecny wicepremier, bo to przecież główna działka PSL-u.

 

- A jakimi ministrami są inne osoby z PSL? Czy Waldemar Pawlak jako minister gospodarki, czy Włodzimierz Kosiniak-Kamysz jako minister pracy i polityki społecznej są osobami, dla których warto utrzymywać koalicją PO- PSL? Jak pan ocenia ich pracę?

 

- Minister Kamysz na tle swej poprzedniczki wypada rewelacyjnie. Ale to na tle. Z drugiej bowiem strony, wyzwania związane z rynkiem pracy i globalizacją są wielkie, nie widzę za bardzo zapału i pomysłów aby uelastycznić i przygotować polski rynek pracy na te wyzwania. Należałoby choćby zacząć od prywatyzacji urzędów pracy, obawiam się że pan minister w ogóle jest trochę zbyt zachowawczy.

 

- Czy afera taśmowa może zagrozić polskiej opinii na świecie? Sprawą zainteresowała się Bruksela. Komisja Europejska domaga się natychmiastowych wyjaśnień w sprawie nieprawidłowości w Agencji Rynku Rolnego. Czy jeśli okaże się, że szefowie agencji nieprawidłowo wykorzystywali unijne fundusze, to Bruksela zażąda zwrotu pieniędzy?

 

- To zależy od tego jak poważne były formalne uchybienia. Trudno cokolwiek oceniać na podstawie samych taśm. Bez wątpienia tego typu afery za bardzo nam nie pomagają.

 

- Ile polski podatnik mógł stracić na nieprawidłowościach i nepotyzmie w spółkach skarbu państwa? Rządząca koalicja PO- PSL kontroluje ponad 560 spółek skarbu państwa, przedsiębiorstw państwowych i agencji, co daje prawie 200 tysięcy etatów.

 

- Doświadczenia światowe pokazują, że spółki państwowe są mniej efektywne niż prywatne. Nie chodzi o to aby wszystko sprywatyzować, ale istotnie ograniczyć zakres tej władzy państwa. Państwowe, czyli niczyje, zawsze rodzi ryzyko nepotyzmu. Nie mam żadnych danych aby szacować straty. Mogę powiedzieć tylko tyle, że ta afera powinna wesprzeć zwolenników prywatyzacji.

 

- Wg NIK Donald Tusk od roku widział o nieprawidłowościach w Elewarze. Na ile milczenie premiera może okazać się szkodliwe dla spółek skarbu państwa, czyli dla każdego podatnika? Czy premier Tusk toleruje nadużycia?

 

- Trudno się wypowiadać, bo tego nie wiem.

 

- 47 proc. Polaków ocenia, że w najbliższym czasie strajki i protesty społeczne będą się nasilać. Wg pana, w jakich obszarach możemy się spodziewać protestów społecznych?

 

- W Polsce nie spodziewam się szerokich protestów społecznych. U nas akcje strajkowe podejmują głównie centrale związkowe i demonstracje te mają bardziej charakter polityczny niż czysto związkowy. W tym roku nie spodziewam się prawdziwych szerokich akcji protestacyjnych.

 

- Gospodarka zwalnia,  przemysł mocno wyhamował. Pogrąża ją budownictwo i górnictwo. Czy czeka nas kolejna fala kryzysu i jeśli tak, to jak go możemy uniknąć?

 

- Nie tyle fala kryzysu co etap spowolnienia wzrostu gospodarczego. Gospodarka po prostu będzie rozwijała się wolniej, trochę wzrośnie niestety bezrobocie w drugiej połowie tego roku. Najlepszym sposobem wspierania gospodarki są reformy takie jak podwyżka wieku emerytalnego, deregulacja gospodarki, przyspieszenia prywatyzacji,  zmiany w ochronie zdrowia które umożliwią powstanie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, reforma KRUS. To trzeba robić.

 

- Jakie są największe wyzwania ekonomiczne przed Polską na drugą połowę roku 2012? Na czym powinien skupić się rząd Donalda Tuska?

 

- Jak najszybsza realizacja exposé i nieodkładanie tego na koniec kadencji.

 

- W Polsce rośnie bezrobocie, mimo sezonu letniego. Czego możemy się spodziewać po wakacjach? Polska może powtórzyć los Grecji, czy Hiszpanii?

 

- Bez przesady. W Polsce nie prowadzono tak nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej jak w Grecji i nie było takiego boomu na rynku nieruchomości jak w Hiszpanii. Takie scenariusze nam nie grożą. Jeśli nie będzie katastrofy w Europie, to Polska po prostu nieco zwolni. Aby to zminimalizować trzeba robić to o czym wcześniej wspominałem.

 

- Polska straciła czy zyskała na Euro 2012?

 

- Polska zyskała na euro bo dzięki turniejowi władze publiczne były zdolne się spiąć się i wykonać potrzebne dla normalnego funkcjonowania gospodarki projekty infrastrukturalne. Nie wszystkie co prawda, ale zawsze.

 

- Czy stadiony zarobią na siebie?

 

- Teraz to już zmartwienie samorządów jak je utrzymać. Gorzej będzie tylko z Narodowym.

 

- A przedsiębiorcy budowlani zarobili…

 

- Co do firm, wina jest po obu stronach. Złe kryteria przetargowe, promujące wyłącznie najniższą cenę no i firmy które na to szły. Mam nadzieje, że Polak będzie mądrzejszy po szkodzie, i zmieni sposób wyłaniania zwycięzców przetargów publicznych.

 

- Jaka powinna być nowa perspektywa budżetowa UE dla Polski?

 

- Projekt Komisji nie jest zły. Ale płatnicy netto będą chcieli ją mocno przyciąć. Uważam, że powinniśmy zwracać jako kraj uwagę na to, że ważniejszą dla rozwoju jest polityka spójności a nie polityka rolną, której też powinny ewentualne cięcia dotyczyć.

 

- Czy spodziewa się pan podniesienia podatków w najbliższym roku?

 

- Już wystarczy tego podnoszenia podatków. Przyszedł czas na szukanie oszczędności w wydatkach

 

- Czy Polska powinna zapomnieć o przyjęciu euro, czy powinniśmy przyjąć unijną walutę jak najszybciej i kiedy?

 

- Polska powinna wciąż dążyć do przyjęcia wspólnej waluty zarówno ze względów gospodarczych jak i politycznych. Unia Europejska za kilka lat to będzie wyłącznie strefa euro. Historycznie Polska nie wychodziła dobrze będąc pośrodku. Ale zanim określimy datę musimy zobaczyć na czym ma polegać projekt euro po przeprowadzanym obecnie remoncie. Jeśli remont się uda, powinniśmy wejść do euro jak najszybciej. Ale będzie to prawdopodobnie dopiero pod koniec tej dekady.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Jacek Nizinkiewicz

  

O co chodzi w unii bankowej

  

Idea unii bankowej stała się motywem przewodnim wszelkich dyskusji o Europie. Dzisiaj bez unii bankowej już Europy się nie da uratować. To żart oczywiście, ale takie się odnosi wrażenie wczytując się w europejską prasę finansową. A przecież sama idea unii bankowej problemów Europy nie rozwiąże. Skąd więc ten fetysz i przekonanie, że tylko tędy droga?

 

Kryzys finansowy trwa już prawie 5 lat. Przypomnę tylko, że za jego początek przyjmuje się 15 sierpnia 2007 kiedy to nastąpiło załamanie na rynkach CDS. Trochę więc całe to  zamieszanie już trwa, tyle, że na początku to Stany Zjednoczone były obarczane odpowiedzialnością za kryzys. Dzisiaj jednak widać, że problemy nierównowagi na rynku nieruchomości miały charakter globalny. Banki amerykańskie dokonały głębokiej restrukturyzacji i dokapitalizowania dość szybko po upadku Lehman Brothers, natomiast w niektórych krajach Europy problemy były przez lata odkładane na później. W momencie kiedy gospodarki takich krajów jak Hiszpania weszły w recesję, złe długi w bankach zaczęły jeszcze bardziej rosnąć. Nie dość, że nadal spadały ceny nieruchomości, pogrążając deweloperów, którzy w czasach boomu budowali na potęgę, to jeszcze kurcząca się gospodarka pogrążyła część przedsiębiorstw, których zbyt zarówno na rynku krajowym jak i zagranicą się skurczył. Stąd olbrzymie straty hiszpańskich banków, które ratowane w dotychczasowy sposób poprzez sektor finansów publicznych pogrążyłyby hiszpańskie państwo podobnie jak to się wcześniej stało z Irlandią. Aby uniknąć takiego scenariusza Europejscy politycy wpadli na pomysł aby środki pomocowe dla banków były kierowane bezpośrednio do samych banków, bez pośrednictwa państw na terenie których banki te mają swe siedziby. Większość dużych banków ma charakter paneuropejski, trudno więc wielkie banki tego świata, takie np. jak Santander, traktować jak bank czysto hiszpański. Jest więc trochę logiki w tym aby banki globalne, czy europejskie, znajdowały się już nie tylko pod lokalnym nadzorem ale również pod nadzorem ogólnoeuropejskim. Co więcej problemy dużych banków mogą występować na różnych rynkach w poszczególnych krajach, tak więc zarówno nadzór europejski jak i wsparcie europejskie ma swój sens.

 

Pytanie tylko czy dzisiaj chodzi rzeczywiście o opisany powyżej mechanizm czy też jest to po prostu kolejny pomysł na uspokojenie rynków finansowych zabiegiem księgowym, dzięki któremu wsparcie dla hiszpańskich banków nie podwyższy wskaźników zadłużenia kraju. Obawiam się, że chodzi o to drugie właśnie, a nie o lepszy i bardziej skuteczny nadzór. Tego typu rozwiązanie niesie też nowe ryzyka, choćby takie, że część długu publicznego może być przerzucana na sektor bankowy, dzięki czemu problemy fiskalne będzie można pozamiatać pod dywan. Cały więc koncept unii bankowej wymaga dalszego doprecyzowania, dziś bowiem jedyny konkret sprowadza się do tego jak uspokoić rynki finansowe. I to obawiam się, że tylko w krótkim terminie.

 

Inna kwestia dotyczy krajów takich jak Polska, gdzie działają głównie spółki córki wielkich grup globalnych. Wyłączenie polskich banków spod polskiego nadzoru wydaje się zupełnie absurdalne, bowiem interesy globalne mogą przesłonić problemy związane ze specyfiką danego rynku. Polski sektor bankowy znacznie różni się od swych odpowiedników w krajach rozwiniętych. Zaczynając od tego, że nie ma u nas prawie w ogóle depozytów dwuletnich i dłuższych, że relacja zadłużenia kredytem hipotecznym do PKB jest jedną z najniższych w Europie i na końcu wreszcie, że mamy jedną z najniższych relacji aktywów sektora bankowego do PKB. Sam te wskaźnik dla Polski wynosi 90 proc, podczas gdy średnia unijna to 360 proc. Te różnice pokazują jak bardzo różni się polski sektor bankowy od średniego europejskiego i jak paneuropejskie podejście nadzorcy może wypaczać naszą specyfikę. Z drugiej jednak strony Polska nie jest samotną wyspą i nie to nie jest tak, że u nas pewnego dnia nie wystąpią problemy które mogłyby pogrążyć jeden z większych banków tego świata. Tak więc nadzór paneuropejski nie jest złym rozwiązaniem, pod warunkiem, że zostawiłby relatywnie dużo kompetencji lokalnym nadzorcom, a w sprawach spornych mógłby z europejskim nadzorem rozmawiać jak równy z równym. Ktoś może powiedzieć, że to mrzonki. Pamiętajmy jednak, że zasady ustalają politycy. Dlatego polski rząd powinien, opowiadając się za europejskim nadzorem, głośno zgłaszać postulaty, które zapewniają bezpieczeństwo działającym u nas bankom.  Postawa wyłącznie odrzucająca będzie nieskuteczna, bo Unia w panice rynkowej unię bankową stworzy. Lepiej więc aby dziś uwzględniono również i nasz punkt widzenia. 

 

To Europa, a nie Grecja, jest problemem

  

Kolejny szczyt w kierunku dalszej integracji. Widać dość wyraźnie w którą stronę zmierza Europa. Obserwujemy bowiem kolejne fazy integracji w ramach strefy euro i Europa dwóch prędkości coraz bardziej staje się faktem. Co więcej integracja jest coraz ściślejsza i w tym sensie Europa nam się znów oddala. Nie powinniśmy z tego powodu załamywać rąk, jest to proces naturalny, ważne aby trzymać cały czas nogę w drzwiach aby móc szybko do tego klubu dołączyć. Pod warunkiem, że klub ten będzie zwarty i wyciągnie wnioski z przeszłości. A tu, na razie jednak nie widać spójnej strategii działania. Nie można nie oprzeć się wrażeniu, że Włochy i Francja próbują wymusić na Niemcach emisję euro obligacji wykorzystując do tego presję rynkową.

 

Stąd m.in. zapowiedzi prezydenta Francji, który na ostatnim szczycie G20 podkreślał, że problemy członków UE muszą być rozwiązywane wyłącznie przez instytucje europejskie, bez pomocy ciał międzynarodowych takich jak MFW. Tego typu deklaracje zamiast problemy rozwiązywać powiększają je. Oderwane są bowiem od realiów dzisiejszego świata. Po pierwsze Europy nie stać na  finansowanie Włoch, które niestety są pierwsze w kolejce za Hiszpanią. W przypadku gdyby doszło do odcięcia Hiszpanii od rynku i finansowanie przejęłaby Unia, czy to w postaci EFS czy też nawet poprzez EBC, szybko trzeba byłoby pokazać w jaki sposób ten sam problem byłby rozwiązany w przypadku Włoch. Rynki będą więc oceniały na ile przyjęte dla Hiszpanii rozwiązania byłyby skuteczne dla znacznie większej i wciąż (przynajmniej na papierze) bardziej zadłużonej gospodarki jaką są Włochy. Chciałbym wierzyć, że politycy europejscy mają tego świadomość.

 

Cała dyskusja wokół szczytu wskazuje na to, że znaczna część polityków europejskich widzi tylko jedno rozwiązanie problemu, do którego zbliża nas pogarszająca się sytuacja w Europie. Tym rozwiązaniem są oczywiście euro obligacje. Ostatnio Angela Merkel powiedziała, że za jej życia taki instrument nie zostanie wprowadzony. Ale im większe będzie ryzyko przełożenia się kryzysu płynności na Włochy tym większa presja na Niemcy, aby wzięły współodpowiedzialność za Europę. Nie jestem wcale przekonany, czy pod presją Niemcy się nie ugną. Pamiętajmy jednak, że euro obligacje nie rozwiązują fundamentalnych problemów pogrążonych w recesji krajów strefy euro. Euroobligacje zaklajstrują jedynie problem płynności  i to raczej na pewien czas, bo przecież każdy na rynku wie że w nieskończoność Niemcy nie będą w stanie gwarantować długów Europy. Dlatego też to co jest tak bardzo wyczekiwane przez rynek ale i przez wielu polityków Południa jest wyłącznie sposobem na „złapanie czasu” a nie rozwiązaniem problemu długów i sposobem na poprawienie konkurencyjności. Podobna idea przyświeca pomysłowi unii bankowej, aby długi francuskich i hiszpańskich banków gwarantował niemiecki podatnik. Idea podobna do unii fiskalnej i eurobondów, z tą różnicą że mniej kontrowersyjna i znacznie łatwiejsza do wprowadzenia. Nie wymaga bowiem zmian traktatów, można ją wprowadzić w ramach obecnych uwarunkowań prawnych, a decyzja w tej sprawie byłaby mocnym sygnałem wskazującym na głębszą integrację europejską i krok w kierunku unii fiskalnej i współodpowiedzialności fiskalnej wraz z koncepcją euro obligacji. Niemcy mają pełną świadomość w którym kierunku to idzie, dlatego też przygotowują pospiesznie instytucjonalne rozwiązania które zwiększyłyby wpływ płatników na to co robią ci którzy pieniądze ich wydają. To w sumie oczywiste, że uwspólnienie długów powinno wymagać zrzeczenia się pewnej części suwerenności. Jednak Francuzi czy Włosi chcieliby aby ten drugi element był bardziej deklaratywny niż realizowalny w praktyce. I w tej strategii pomóc ma presja rynkowa związana z pogarszającą się sytuacją w strefie euro.

 

Nie można też zapominać o „małej” Grecji. Bowiem rozwiązania przyjmowane dla Grecji są potem ćwiczone w innych krajach wpadających w tarapaty. Grecja jest jednak przypadkiem skrajnym. Przede wszystkim większości pożyczanych pieniędzy nie odda. Jednak odcięcie Grecji od zewnętrznej płynności mogłoby być nawet bardziej kosztowne. Bowiem w przypadku greckiej paniki EBC musiałby interweniować na szeroką skalę w krajach Południa Europy, w sumie więc skala tej operacji byłaby znacznie większa niż finansowanie wyłącznie samej tylko Grecji. Dlatego też politycy europejscy będą w stanie iść na daleko idące kompromisy aby uniknąć wariantu alternatywnego. Nie oznacza to oczywiście, że będą w stanie zaakceptować każde postępowanie Greków, jest bowiem pewna linia, której przekroczyć nie można. Ta linia demarkacyjna to przede wszystkim postawa władz greckich. Rząd tego kraju nie może wprost wypowiedzieć warunków na których przyznawana jest pomoc, byłoby to bowiem zasadnicze zakwestionowanie wiarygodności tzw. trojki, w tym MFW i UE.  Grecja, jeśli chce pozostać członkiem strefy euro będzie musiała dokonywać procesu restrukturyzacji gospodarki, zaczynając od prywatyzacji, poprzez proces deregulacji i odbiurokratyzowania gospodarki, po głębokie zwolnienia w administracji publicznej. Grecy unikają jak ognia terapii szokowej.  Ich wybór. Niestety cały ten proces dostosowywania gospodarki do otaczającej Grecję warunków konkurencyjnych zajmie dobrych parę lat, o ile nie całą dekadę. Jednym z kluczowych elementów procesu dostosowawczego będzie relatywna obniżka płac w stosunku do krajów konkurencyjnych. Obniżenie płac o 40 procent było możliwe w krajach bałtyckich, jak na razie nie udaje się to w krajach południowej Europy. Bez wątpienia w krajach Południa wciąż istnieje przekonanie, że nie ma potrzeby dokonywania aż tak głębokich dostosowań, UE będzie przecież ratować zagrożone kraje, co z resztą od ponad dwóch lat robi. Kraje bałtyckie w takim przekonaniu nie żyły, dlatego też musiały same sobie poradzić z problemami i szybko i ostro skorygować wcześniejszy nadmierny wzrost płac.

 

Rozwiązania przyjmowane dla Grecji stawały się dotychczas standardem wykorzystywanym w innych krajach. Ale nie da się przez dziesięć lat finansować kilku krajów Południa na tych samych zasadach jak Grecję. Na razie niestety, przywódcy europejscy myślą dokładnie tymi samymi kategoriami  – jak zapewnić płynność, odkładając  rozwiązania fundamentalne na później. Tak jednak problemów Europy nie rozwiążemy.

 

We CAN (if we really want to)

  

How is it that when we truly desire something, we will climb mountains to achieve our goal and succeed, but if we tackle things with even just a little less determination, we get the same tired old results?

 

Let me go back to the fall of communism and its replacement with the free market model. What we managed to achieve in 1989 and 1990 will remain forever engraved in our collective memory as the perfect transition from a totalitarian system to democracy, followed by a perfect transition from a centrally planned to a free market economy. We don’t feel particularly proud of this, mainly because most of us consider the transition as a given but which still needs work. But back then nothing was a given – you only have to look to Ukraine for an example of an irresponsibly managed introduction of a democratic system and free market. The reason that the move succeeded was the iron clad determination of the ruling elite, an awareness that this was a huge opportunity with laser-like focus on the task at hand. The calibre of the decision makers was important.

 

While keeping a sense of proportion, we can say we have succeeded in doing that which a few years’ ago we would have feared would fail. Firstly there was the Polish presidency of the EU which was particularly successful. The presidency is not in itself a global scale event, but the ability to smoothly lead european affairs for six months is proof that when we want to, we can. Things did not go so smoothly for the Czechs or for the Hungarians. Another example is the European Football Championship. A wise man once said that one shouldn’t count chickens before they are hatched but it is already obvious that we are capable of organizing a massive event with decent infrastructure. Basically each of the founding EU members would consider the organizing of such an effect as almost routine whereas we still have to prove to the world and to ourselves that we are capable of doing that which passes for the norm in richer countries. The question is why can we not do something purely for ourselves, applying the same commitment and precision as we do in the case of any undertaking which will be judged by the outside world. I’m referring to such basic undertakings as a radical reform of the judiciary or of the state railway system. The kind of commitment we applied to Euro 2012 could be usefully reapplied for the introduction of all new solutions in the health sector where it’s not so much that the intended changes were bad but that their implementation was sloppy and not properly thought through.

 

In business, before any crucial decisions are taken, all the alternatives and possible outcomes should be carefully studied in order to preempt problems – still no guarantee of success – which is why risk should be kept to a minimum. This approach is sadly far too rare in the Polish public sector. The same can be said of the way laws transit through the Polish parliament. Frequently, when a proposed law gets to the parliamentary committee stage, that is when the proponent will start tabling amendments because he or she suddenly becomes aware of all the inaccuracies. It doesn’t have to be like that – this has been proved by the way Euro 2012 has been organised. The proposed organization of any undertaking, be it a football tournament or the Polish presidency should be sufficiently detailed and accurate and contain all the necessary checks and balances. In Poland, too frequently we concentrate on projects which lack an overarching conceptual strategy. The result is not just poor preparation but the necessity to adjust and amend in the final stages. This is all pretty obvious. Obvious, but frequently overlooked. We should remember that if necessary, we are capable of stepping up to the plate.

 

Greece – hard times ahead

The results of the Greek elections have been welcomed with a sigh of relief.  Obviously decision makers in Europe had a back up plan  which would have meant talks with the leader of the populist party Syriza – a difficult and unpredictable exercise.   Syriza had already announced street protests and renegotiating the bail out package.  However, it is unfortunate that the leaders of the victorious parties are not guaranteeing the responsible implementation of reforms.  For example only a few months’ ago, the New Democracy leader rejected the conditions of the bailout pact with Europe.  Moreover, he is even partially responsible for the current mess which was created by the irresponsible rule of the Greek establishment parties.  These parties, while somewhat more predictable than Syriza, are not pro reformer.  Whence the relief following the Sunday elections. 


There will be further rounds of talks.  Coalition political parties will have to work with representatives of the EU and of the IMF to find a way to drop demands for softening the bail out conditions  without saving face.  The plan cannot be radically changed because this might encourage radical movements in other countries to protest against already agreed austerity measures.  On the other hand the lack of any sort of concessions will simple add grist to the Syriza mill which will present itself as the only party capable of changing the bailout terms.  In one way or another Greece will continue to be on life support while struggling to implement reforms.   For the moment however there is no clear government coalition leader who would be capable of implementing the reform program decisively and quickly.   Greece needs to deregulate production, the labour market, privatisation – in other words to implement measures which will increase economic flexibility and competition.  If these changes are not implemented fast and decisively, the next few quarters will see a drop in wages along with continuing street protests.  Unfortunately this and the risk of early elections seems very likely.  

The spectre of a euro exit will be hanging over Athens for the next few years.  We shouldn’t assume that the federal Europe project within the confines of the eurozone will be capable of diminishing the risk which is political in nature rather than economic or institutional.  However, in the name of euro zone unity, Europe will do everything to prevent even the smallest country from leaving.  A Greek disorderly exit would be perceived by many as the beginning of the end of the euro zone.  It would be difficult to say why Greece should be an exception, as the financial markets would select the next countries which will have to walk the plank -  a huge defeat for Europe’s politicians who would be seen as incapable of halting disintegration.

To a great degree current tensions in southern Europe were caused by the lack of firm decision making two years’ ago.  In 2010 european leaders fiddled around with aid packages which subsequently turned out to be insufficient instead of quickly restructuring the debt and implementing a reform programme,  They also allowed Greek politicians to get into the habit of backing out of agreements and instead of immediately calling in the IMF with their tried and tested recovery programs, they went to the EU which is primarily a political body.   The longer this stalemate lasts, the more various countries will depend on each other and the more populist parties will try to hold everyone to ransom.  An example of this was last week’s announcement by the Syriza leader who said that the day Greece leaves the euro will be the day that the entire system will collapse.  Both sides are aware of the risk and are steering a difficult course.    After Sunday’s election result the ship finds itself in calmer waters but it will still be easy to rock the boat.

 

 

Coraz tańszy pieniądz a problemy te same

  

Niespełna tydzień po szczycie, który przez wielu został okrzyknięty przełomowym, włoskie i hiszpańskie obligacje znów osiągają rekordowe rentowności.  A jeszcze w czwartek EBC i Bank China obniżyły koszt pieniądza, a Bank Anglii podjął decyzję o kolejnym dodruku pieniądza. Ale euforia trwała krótko. W międzyczasie prezes EBC Mario Draghi przyznał, że podjęta kilka miesięcy temu akcje zasilania baków komercyjnych w płynność nie spełniła oczekiwanych rezultatów. Teraz poprzez obniżkę stopy depozytowej EBC chce zachęcić banki komercyjne do wpuszczenia pieniądza w obieg gospodarczy zamiast deponować je na bezpiecznych – ale teraz już nieoprocentowanych – depozytach w banku centralnym. Bank Danii poszedł nawet o krok dalej oferując ujemną stopę procentową na depozytach w tej instytucji. W takiej sytuacji bank komercyjny musiałby dopłacać do depozytu lokowanego w banku centralnym nie wspominając o utracie wartości pieniądza spowodowaną inflacją. Sporo się działo w tym ostatnim tygodniu, pytanie tylko czy podjęte działania przyniosą oczekiwane rezultaty. Wątpię.

 

Zauważmy, że zasilenie w płynność europejskiego sektora bankowego na chwilę tylko odsunęło w czasie ryzyko niewypłacalności Hiszpanii i Włoch. Banki komercyjne zasilone w ekstra pieniądz miały masowo rzucić się do kupowania tych mniej dziś bezpiecznych papierów, obniżając w ten sposób ich rentowności do „normalnych” poziomów. Tak też się stało, ale fiesta ta nie trwała długo. Cóż z tego że bank ma ekstra płynność, kiedy obawia się, że części pożyczonych rządowi hiszpańskiemu pieniędzy nigdy nie zobaczy. Jeśli prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest rosnące, inwestorzy odzwierciedlają to ryzyko w wycenie papierów. Jeśli więc rząd hiszpański płaci dziś za dziesięcioletni papier ponad 7 procent, a rząd Włoch ponad 6 procent, to jest to po prostu wycena ryzyka jakie wiąże się zakupem tych papierów. Ile byśmy nie dali bankom pieniędzy to instytucje te racjonalnie się zachowując zawsze będą starały się wycenić ryzyko niewypłacalności pożyczkobiorcy.

 

Trudno będzie też zmusić banki do finansowania gospodarki oferując bankom zerową stopę procentową w EBC. Jeśli ryzyko poniesienia straty w ramach podstawowej działalności komercyjnej banków będzie wysokie, to bezpieczniej będzie przechować krótkoterminową płynność w EBC, a pozostałe pieniądze zaparkować w nieco bardziej atrakcyjne cenowo i podobnie bezpieczne instrumenty, takie jak niemieckie czy amerykańskie obligacje. A dla zwolenników wrażeń zawsze pozostaje szeroka gama papierów rządów krajów rozwijających, od Polski zaczynając na Brazylii kończąc. Przy dzisiejszych globalnych przepływach pieniędzy i globalnym arbitrażu trudno spodziewać się aby działania podejmowane przez Bank Danii mogły przynieść oczekiwane rezultaty. Zamiast parkować nadwyżki w Danii można przecież będzie je deponować w EBC, pozostaje tylko ryzyko kursowe. Akcje te będą więc miały ograniczoną skuteczność, bo problemem Europy nie jest brak płynności ale brak perspektyw wzrostu i związane z tym pytanie jak poszczególne kraje będą spłacać swe zadłużenie. Oczywiście w przypadku gdyby doszło do zakręcenia kurka z płynnością dla Hiszpanii lub Włoch największe instytucje świata muszą tą płynność zapewnić. Ale zapewnienie płynności powinno mieć wyłącznie charakter krótkotrwały, nie rozwiąże w żadnym wypadku problemów fundamentalnych.

 

Dużo znów mówi się o potrzebie wspierania wzrostu, apeluje się o to aby zaprzestać już z tym oszczędzaniem, bo przecież oszczędzanie do niczego dobrego nie prowadzi. Warto jednak zanim się te uwagi wypowie ocenić o jakie oszczędności chodzi. Jeśli bowiem na Sycylii przez lata funkcjonowało biuro ds. odśnieżania, a przypomnę, tam śnieg nie pada, to należy zadać sobie pytanie czy likwidacja takiej jednostki jest tym złym oszczędzaniem zabijającym wzrost, czy naturalną racjonalizacją. Jak było dobrze, nikt się takimi nieefektywnościami nie przejmował. Teraz przyszedł czas na głęboki przegląd. Świat urzędniczy przez te lata rozrósł się niewspółmiernie do potrzeb gospodarki, rozrost państwa w wielu przypadkach gospodarki przygniótł. Do tego jeszcze jeśli państwo jest nieefektywne i nie jest w stanie zbierać podatków których to płacenia podatnicy unikają, to również nie są to żadne oszczędności a jedynie powrót do normalności. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy we Włoszech przy każdej transakcji, nawet najmniejszej za espresso za jedno euro, otrzymywałem rachunek fiskalny, tak jak u nas. Rok temu nie do pomyślenia. Widocznie w niektórych krajach, bez kas fiskalnych nie można liczyć na zbytnią uczciwość i jest jedyny skuteczny sposób aby realizować podstawowe funkcje państwa.

 

Mam wrażenie, że wciąż wielu polityków w Europie nie rozumie natury rynków finansowych i globalnego świata. Stąd też decyzje które uspakajają rynki na tydzień lub miesiąc. Nie że te decyzje są z gruntu złe, część z nich jak pakt fiskalny są bardzo potrzebne na przyszłość, ale istota problemu leży gdzie indziej. Rynki chcą widzieć determinację w dokonaniu w krótkim okresie reform, a nie przeciąganie ich w czasie. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji której znaczna część obecnych problemów wynika z braku realizacji podstawowych reform a nie ich nadmiaru. Wciąż chyba takie myślenie w Europie jest w mniejszości. 

Skuteczność po przymusem

Jak to jest, że jak bardzo chcemy to wszystko staje się możliwe, a jak już tej determinacji jest nieco mniej, to wychodzi tak jak zawsze? Nie chodzi wcale o piłkę nożna ale o nasze podejście do wielkich zadań. Górnolotnie rozpoczynając należałoby zacząć od procesu demontażu komunizmu i wprowadzeniu na trwałe gospodarki rynkowej. To co nam się udało zrobić w latach 1989 i 1990 zostanie na stałe w pamięci historycznej świata jako perfekcyjny proces pokojowego przejścia od systemu totalitarnego do demokracji, a następnie podobnie perfekcyjnej transformacji od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej. Nie czujemy się z tego powodu specjalnie dumni, przede wszystkim dlatego że większość z nas uznaje to za coś oczywistego. A dodatkowo wciąż wymaga dalszego wysiłku. Ale w tamtym czasie nic oczywiste nie było, wystarczy spojrzeć na niekonsekwentne wdrażanie demokracji i wolnego rynku choćby na Ukrainie. Przyczyną sukcesu tamtej chwili była olbrzymia determinacja ówczesnych elit, świadomość swego rodzaju „okna możliwości” i koncentracja na zasadniczym zadaniu. Nie bez znaczenia była też jakość decydentów.

Przy uwzględnieniu wszelkich proporcji, ostatnio udają nam się rzeczy, o które jeszcze kilka lat temu obawialiśmy, że zakończą się klapą. Pierwszym z tych wydarzeń była wyjątkowo udana prezydencja. Prezydencja sama w sobie nie jest wielkim wydarzeniem na skalę światową, ale umiejętność prowadzenia spraw europejskich przez pół roku bez jakichkolwiek zgrzytów, na normalnych europejskim poziomie, jest dowodem, że jak chcemy to możemy. Przypomnę, tylko że zarówno Czechom jak i Węgrom tak płynnie jak nam nie poszło. Drugim z takich przykładów jest organizacja Euro 2012. Dobra zasada mówi o tym aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale dziś wszystko wskazuje na to, że jesteśmy spokojnie w stanie przeprowadzić dużą imprezę masową na przyzwoitym infrastrukturalnie jak i organizacyjnie poziomie. W sumie, każdy ze starych krajów UE uważałby tego typu zadania za chleb powszedni, my jednak wciąż sobie i światu musimy udowadniać, że to co w krajach od nas bogatszych jest normalką, dla nas jest wyzwaniem, ale jesteśmy w stanie mu sprostać. Pytanie tylko dlaczego tak samo skutecznie jak w przypadku przedsięwzięć którymi chcemy się pochwalić na zewnątrz, nie możemy zrobić czegoś dla samych siebie, z podobnym zaangażowaniem i precyzją. Już nawet nie chodzi o budowę infrastruktury, ale takie podstawowe przedsięwzięcia gospodarcze jak fundamentalna reforma sądownictwa, czy głęboka restrukturyzacja PKP. Podobne zaangażowanie jak przy Euro 2012 przydałoby się przy wprowadzaniu wszelkich nowych rozwiązań w ochronie zdrowia, gdzie zwykle nie tyle intencje były złe, co wykonanie nieprecyzyjne, bez jakiekolwiek analizy wariantów krytycznych.

W każdym przedsiębiorstwie przed podjęciem jakiejkolwiek fundamentalnej decyzji analizowane są wszelkie warianty alternatywne a także różne scenariusze tego co się może wydarzyć po. Taka analiza scenariuszowa pozwala zapobiec wielu wpadkom. I nawet mimo to nie każde przedsięwzięcie biznesowe kończy się sukcesem – dlatego tak ważne jest aby takie ryzyko minimalizować. Niestety w sektorze publicznym w Polsce rzadko niestety spotykamy się z takim podejściem. Podobnie jest niestety przy stanowieniu prawa w polskim parlamencie, gdzie już na etapie prac sejmowych często zgłaszane są korekty od wnioskodawców, którzy nagle zorientowali się o niedoskonałości danego przepisu. A tak wcale nie musi być. I przykład organizacji Euro to pokazał.

Wnioskiem z organizacji zarówno turnieju piłkarskiego jak i polskiej prezydencji powinno być przede wszystkim odpowiednio długie i precyzyjne przygotowanie, wraz z mechanizmem kontrolnym i sprawdzającym. W Polsce zbyt często skupiamy uwagę na realizacji poszczególnych pomysłów bez całościowej koncepcji strategicznej. Wynikiem tego jest nie tylko słabe przygotowanie ale też potrzeba dokonywania korekt i niekończonych poprawek przy finalizacji procesu, gdyż poszczególne projekty nie składają się większą całość. To wszystko w sumie jest dość oczywiste. Oczywiste, ale rzadko praktykowane. A Polak jak chce, to potrafi.

Trzeba patrzeć w dłuższym horyzoncie

 

Kto ma rację w sporze Bratkowski – Balcerowicz, a właściwie Rostowski – Balcerowicz?

Trudno nie zgodzić się z argumentami Leszka Balcerowicza, że im mniejszy dług i deficyt sektora finansów publicznych, tym lepiej. Z tym chyba nie będziemy polemizować. Czym innym jest kwestia, na ile rząd ma siłę i możliwość głębszego obniżenia deficytu i długu. Ale to już dyskusja polityczna. Uważam, że na tym należałoby zakończyć tę wymianę zdań.

Ale ona się nie kończy.

Tego nie rozumiem. Dyskusja została spersonalizowana, a przecież każdy ma prawo do indywidualnych poglądów i do dzielenia się z nimi z opinią publiczną. Lepiej wysłuchać słów krytycznych, ewentualnie przedstawić swój sposób rozumowania, nie personalizując sporu.

Można odnieść wrażenie, że to już nie jest dyskusja o konkretnym problemie gospodarczym, tylko ocena światopoglądu interlokutora.

Na miejscu ministra Rostowskiego czy prof. Bratkowskiego nie brnąłbym dalej. Jeszcze raz – niski poziom długu i deficytu jest korzystny dla gospodarki i państwa. Inna sprawa, jak osiągać ten poziom, jakimi metodami i w jakim czasie. Jak ktoś patrzy w dłuższej perspektywie, to bliżej mu do Balcerowicza, w krótszej – do Bratkowskiego.

Ale rząd ograniczył deficyt już w tamtym roku i ma nadzieję uczynić to także w tym i przyszłym roku.

Wróćmy do metod osiągania pewnych rezultatów. Zmniejszenie transferów do OFE rzeczywiście wyraźnie zmniejszyło poziom potrzeb pożyczkowych w 2011 i 2012 r. Ale patrząc w przyszłość, sprawa nie wygląda już tak różowo. W ciągu kilkunastu najbliższych lat poważnie wzrosną wypłaty z ZUS na te emerytury, które dziś są zapisywane na papierze jako składki „zabrane" z OFE. Problem jest więc jedynie przesuwany w czasie i będzie to widoczne w niedalekiej przyszłości w wycenie 10-letnich obligacji.

Trudno głęboko ciąć deficyt, czyli przede wszystkim wydatki publiczne w okresie, gdy zwalnia gospodarka.

Rozumiem, że część koalicji uważa, że głębsza redukcja deficytu i długu doprowadziłaby do wzrostu popularności idei populistycznych i przejęciu władzy przez PiS. Niewykluczone, ale to są już argumenty polityczne, a nie ekonomiczne.