Niskie płace to żałosny atut

Artykuł ukazał się w magazynie Forbes

Ostatni raport NBP o koniunkturze nie pozostawia wątpliwości: podwyżek w firmach prawie nie ma i nie będzie. I to pomimo tego, że Polacy mało zarabiają, co szczególnie mocno można odczuć przekraczając zachodnią granicę. Porównując nominalne zarobki okazuje się, że przeciętny Polak zarabia co najmniej trzy razy mniej od Niemca. Oczywiście nie istnieje „przeciętny” Polak czy Niemiec, ale te średnie przynajmniej oddają skalę zjawiska. Jeśli porównamy siłę nabywczą zarobków w obu tych krajach, okazuje się, że różnice są mniejsze, ale wciąż rozdźwięk pomiędzy niemieckim i polskim wynagrodzeniem jest dwukrotny. W Polsce pojawia się coraz więcej głosów postulujących podwyższenie płacy minimalnej, co w konsekwencji miałoby skutkować wzrostem średniego poziomu zarobków. Tyle, że przyczyna niskich wynagrodzeń nie tkwi w tym, że pracodawcy nie chcą pracownikom dobrze płacić, ale w ogólnej wydajności pracy, w niskiej robotyzacji polskiego przemysłu, wytwarzaniu niskiej wartości dodanej, eksporcie nisko zaawansowanych technologicznie produktów, znacznie niższych nakładach kapitałowych w przeliczeniu na pracownika. Brzmi dołująco, ale te wszystkie słabości nie biorą się z niczego.

Przede wszystkim Polska wciąż konkuruje głównie tanią siłą roboczą. Tak naprawdę to niestety niskie wynagrodzenia stały się naszą główną przewagą konkurencyjną. Do tego jeszcze trend ten wspierany jest poprzez system stref ekonomicznych, zachęcający do inwestowania w montownie, którym wciąż opłaca się zatrudniać tanich Polaków zamiast maszyn. Nasze uczelnie są w stanie dobrze wykształcić na poziomie ogólnym, znacznie gorzej im idzie w przygotowaniu absolwentów do potrzeb rynku pracy. Firmy skupiają się na innowacjach podatkowych, zamiast wykorzystać ten czas na innowacje produktowe. Uczelnie i biznes zamiast współpracować unikają się, nie wykorzystując potencjału, jaki dać mogłaby bliska współpraca. Naukowcy zarabiają w Polsce bardzo mało, dlatego coraz więcej młodych pracowników nauki decyduje się na emigrację lub zmianę zawodu. A do tego niewydolna i zwykle niezbyt przyjazna przedsiębiorcy administracja, a także ociężały i niemrawy system sądownictwa, dodatkowo utrudniają przejście polskim firmom na wyższy poziom rozwoju.

Nie chodzi mi o to aby narzekać, ale żeby właściwie zdiagnozować nasze słabości i aby być w stanie stawić im czoła. Wsparcie unijne dla poprawy infrastruktury w Polsce jest bardzo ważne, jest jedynym sposobem aby w krótkim okresie udrożnić kanały wzrostu. Nie można jednak zakładać, że samo to udrożnienie przyczyni się do szybszego tempa wzrostu gospodarczego, a w szczególności do większej niż dotychczas innowacyjności polskiej gospodarki. Większość inwestycji w Polsce realizowana jest przez sektor prywatny (około 80 proc.), środki unijne mogą krótkookresowo ten wzrost ten wspierać, ale ich główne zadanie polegać powinno na wsparciu sektora prywatnego. Ten z kolei dla rozwoju potrzebuje przyjaznego państwa i innowacyjnego klimatu inwestycyjnego. Wtedy przedsiębiorcy będą musieli pracownikom płacić więcej. A dziś dominujące „tanie sektory” dołują wynagrodzenia w całej gospodarce.

Proste rezerwy wzrostu się wyczerpują. Bez skoku cywilizacyjnego pozostaniemy krajem drugiej kategorii, gdzie ludziom płaci się mało, a kolejne roczniki absolwentów decydują się na emigrację. Tak dzieje się w niektórych krajach Południa Europy, u nas tak wcale nie musi być.

52 Komentarze

  1. Chodzi o relację kosztów obowiązkowych w budżecie domowym do cen, o siłę nabywczą płac najliczniejszych rzesz pracowników. Może i niskie płace to żałosny atut, ale chyba jedyny mający rację bytu – dlaczego ?
    Pracownicy najemni nie mają innych dochodów niż wynagrodzenie.
    Skoro mało zarabiają to jeszcze mniej wydają – tu chyba każdy się zgodzi. Ile więc usług i towarów zakupią w małych i średnich firmach ? Odpowiedź brzmi – mało ! Czas pójść po rozum do głowy. Wydane na pracowników pieniądze wrócą do przedsiębiorstw, tylko firmy muszą pchnąć pieniądze w obieg przy nie zmienionym poziomie cen towarów i usług. Oczywiście stopniowo. No i naprawić (poważnie uszczelnić) redystrybucję środków. W Polsce absolutnie nie mamy poczucia, że wydane do budżetu środki wracają do nas. Inaczej jest w innych krajach Europy, do której „przecież zmierzamy”, czy tak ?

  2. To jest na prawdę bardzo śmieszne co się dzieje. żeby pracownicy nie mogli liczyć w ogóle na podwyżki, to jest chore. tyle godzin co oni pracują i za takie grosze. Nie ma co tu dużo gadać jest źle i to nawet bardzo. A potem się dziwią czemu tak dużo osób wyjeżdża za granice, bo zarabiają tyle, że nie musza się martwić o to czy wystarczy im do 1.

  3. Dokładnie – nie wszyscy mają niskie płace, ale najczęściej, żeby się wybić to trzeba albo kombinować i pracować ponad te 8h dziennie albo objąć stanowisko w zarządzie/lub inne kierownicze. I w większości (pomijając pracę ponad 8h) to nie tylko kwalifikacje są kluczowe ale niestety i trochę szczęścia. Tak przynajmniej sprawa wygląda w firmach z polskim kapitałem i polskimi zarządcami. Więc jedyne co pozostaje, dla tych co nie chcą wyjeżdżać z kraju, to szukać zagranicznej firmy, gdzie zupełnie inaczej wygląda podejście do pracownika. Choć to niestety też nie reguła, a jedynie cień alternatywy….

  4. Niestety to prawda, lecz nie uważam, żeby była to tylko wina rządu. W dużej mierze winni są też obywatele zgadzający się na zbyt niską płace (ale co mają robić, gdy czasami nie mają co do garnka włożyć?) oraz braku współpracy uczelni wyższych z rynkiem pracy.

  5. Uważam, że te niskie płace to nie jest tylko wina rządu czy przedsiębiorców. Tak niskie płacy mamy również na własne życzenie. Nie raz byłem świadkiem, gdy pracodawca szukał pracownika na stanowisko np. Głównego Księgowego, gdzie kandydatów było wielu. 20% z nich proponowało płacę na wysokości 3-4 tys zł. Jednak 80% zgadzało się być zatrudnionym za 2 tysiące. Oczywiście pracodawca zatrudniał tych, którzy nie byli tak wymagający. Jaki z tego wniosek? CEŃMY SIĘ!!! Zamiast narzekać i mówić jaki to ten kraj jest zły, zacznijmy działać! Oczywiście to nie jest proste, ale jeśli każdy z nas pójdzie do pracy (na wyższym stanowisku) zgadzając się na niską płacę, to w Polsce NIC się nie poprawi.

  6. Polacy coraz częściej korzystają z czegoś takiego jak kredyty, bo nie mają innego wyjścia. Jeśli jednak mamy coś wybrać to niech to będzie coś odpowiedniego, jak http://pozyczki-tczew.pl/, aby ta pożyczka była dla nas zadowalająca.

  7. Trudno mówić o niskich płacach jako o jakimkolwiek atucie. To niestety sprawia, że cała gospodarka cierpi. Pozostaje szukać dobrego miejsca, w którym nasze finanse nabiorą koloru. Takim miejscem jest http://hypofinance.pl jak również wiele innych.

  8. Zasadniczo niskie płace, to niski poziom życia, a to z kolei prowadzi do konieczności zaciągania kredytów. Idźmy dalej, nie zawsze te kredyty i pożyczki nam pomagają, a więc zanim pożyczymy, dowiedzmy się, z czym to się je. Między innymi na http://zanimpozyczysz.pl możemy takiej wiedzy nabyć.

  9. Ja myślę, że jak wejzie waluta Euro to może te płace się coś poprawią w końcu wychodzimy teraz z kryzysu więc trzeba mieć nadzieję na lepszą przyszłość

  10. Mija 10 lat od wejścia Polski do UE, Zaraz będą wybory do parlamentu europejskiego. Z różnych programów operacyjnych Lubelszczyzna dostała w ciągu tego okresu17 mld. zł, Są nowe drogi. przedszkola, żłobki, duża część pieniędzy została wykorzystana efektywnie zgodnie z planem2007-2008, Należymy do jednego z najbogatszych obszarów świata, możemy swobodnie przemieszczać się po Europie. Najgorsze jednak to niskie zarobki. Niestety naszym atutem jest tania siła robocza. Smutne.

  11. Naprawdę zarobki nasze w porównaniu do UE to śmiech na sali… Jesteśmy jednym z 4-5 najbiedniejszych państw w „Zjednoczonej Europie”, dlatego dla wielu osób ma sens pracować w Oslo i przylatywać co tydzień do Polski po jedzenie. Smutne, ale prawdziwe.

  12. Każdy kraj ma swoje wady, ale dlaczego Polska ma ich tak wiele?
    Wszyscy tylko narzekają, że młodzi ludzie uciekają z kraju, ale dlaczego rząd nie robi nic żeby ich zatrzymać? Absolwenci uczelni wyższych nie mogą znaleźć pracy, bo ludzie muszą pracować do 67 roku życia i co im pozostaje? Emigracja. Za granicą zarobią więcej, za najniższą krajową stać ich na godne, dostatnie życie, a w Polsce za najniższa krajową ledwo stać ludzi na jakiekolwiek życie. Jestem młoda i nie chcę emigrować z kraju, ale może nie być wyjścia…

  13. mam pomysł! Może by tak w sejmie wprowadzić minimalną płace?
    Ciekawe który by sie tam pchał? Zobaczyliby jak to jest!
    1200zł na ręke z czego grubo ponad połowa pensji na dojazd do pracy, rachunki i żywność! To jest życie mówie wam! POLSKA!!!!!!!!!

  14. Pracuje pełnej umowie za najniższą krajową od 3 lat i ani podwyżki! (pracuje jako operator/programista CNC) Ale pracodawca twierdzi że to i tak za dużo mam! Trzeba jeszcze się kłaniać i dziękować… baaa po ręcach całować że sie ma prace! W jednej z rozmów powiedział że: sprowadzi pracowników z Mołdawii bo oni to za 700 zł (miesięcznie) będą pracować. Masakra!!!! Dla pracodawcy pracownik to koszty i wróg. Ale cóż taka polityka w tym kraju że doprowadza do tego że nie szanuje się pracownika!
    Niedługo emigruje do Kanady i nie chce tu żyć! Polecam innym.

  15. Jeszcze dużo nam brakuje zanim przeciętny „Kowalski” dorówna przeciętnemu Niemcowi w zarobkach i poziomie życia. Gdzieś czytałem lub słyszałem, że jesteśmy opóźnieni w tym o jakieś 40-50 lat. Jak na razie to młodzi emigrują z tego kraju,dług publiczny rośnie a służba zdrowia dyszy.Pozdrawiam

  16. Płaca minimalna zmusza pracowników i pracodawców do płacenia haraczu dla instytucji, które nie mają sensu istnienia…. np. ZUS bankrut.

    • dokładnie… ten naród sam się w nędze wpędza!!! Bogaty kraj jest wtedy gdy obywatel ma kase!
      słowa piosenki:
      Najlepszy super obywatel to idiota
      Bo z żalu zdrowiem płaci za ten Ich high life
      A żebrakowi, który cicho siedzi w domu
      I miesiącami ciuła by mieć w końcu Coś
      Emerytalną figę dadzą po kryjomu
      Na starość jak w butelce puste ujrzy dno…

    • Wypłata pracownika i wszelkie jej składowe których koszt pokrywa pracodawca/zleceniodawca oraz składki odprowadzane na pracownika i podatki są kosztami dla przedsiębiorcy. W Polsce panuje przekonanie, że tania siła robocza uczyni nas Zieloną Wyspą i jest jedynym sposobem na wzrost gospodarczy. Naszym domorosłych Neo-liberałom marzy się kapitalizm na wzór chiński.

    • ZUS i NFZ jest bankrutem z powodu nieodprowadzana składek przez przedsiębiorców, albo odprowadzanie minimalnych składek, zatrudniając np za 300zł na umowę o pracę i 1400 na dzieło. To jest tzw. Wyścig na dno. Niestety przedsiębiorca w Polsce ma mentalność pasożyta, zabijanorganizm z którego czerpie energię.

  17. W twierdzeniach o wydajności pracownika typowe są pewne elementarne niedopowiedzenia. Przede wszystkim nie wspomina się o tym, że wydajność pracy zależy od parametrów, na które pracownik nie ma wpływu. Od pracownika nie zależy ani technologia, ani oprzyrządowanie stanowiska pracy, ani wreszcie organizacja pracy. Jeżeli pracownik ma np. przygotować deski na pokrycie dachu nowej hali produkcyjnej i otrzymuje w tym celu ręczną piłę, to jego wydajność będzie znikoma w porównaniu z wydajnością pracownika wyposażonego w pilarkę elektryczną… Nie będę mnożył przykładów, bo ich różnorodność jest praktycznie nieograniczona.
    Tego typu zależności są oczywiste. Natomiast zupełnie nie jest oczywista zależność wydajności od ceny, którą oferuje pracodawca za wytworzone produkty (i na poziom której pracownik także nie ma żadnego wpływu). A taka zależność istnieje. Słuchałem przypadkowo rozmowy jakiegoś radiowego Redaktora z pewnym specjalistą od ekonomii. Redaktor zwrócił uwagę na fakt większej wydajności Polaków, niż się powszechnie sądzi… Na to Ekonomista odparł mniej więcej tak: „co z tego, że wydajność Polaków jest znacząco wyższa np. od wydajności Niemców, a dokładnie, co z tego, np. że Polak wyprodukuje kilka razy więcej długopisów niż Niemiec, skoro długopis polski kosztuje 80 groszy, a niemiecki 4 euro”!
    Jeśli rzeczywiście w ekonomii miarą wydajności jest nie ilość i jakość wytworzonych produktów lub usług, ale ich wartość rynkowa mierzona ustalaną przez pracodawców ceną sprzedaży, to czy można twierdzić, że skandalicznie niski poziom polskich wynagrodzeń za pracę zależy od wyjątkowo niskiej wydajności polskich pracowników?
    (Więcej na ten temat polecam na: http://henryk-lewandowski.blog.onet.pl/2013/12/13/paradoksy-ekonomicznego-myslenia/)

  18. Podniesienie płacy minimalnej spowoduje wzrost bezrobocia… Fakt jesteśmy krajem lekko zacofanym, ale gdyby nie wysokie, złodziejskie podatki mielibyśmy więcej możliwości (szczególnie zwykli ludzie). Po za tym Polacy pracują wydajnie i są cenieni za granicą, ale w Polsce nie mogą się w 100% wykazać. Szkoły i uczelnie są zacofane – natomiast dużo ludzi wierzy jeszcze w to, że po studiach będzie na pewno miała pracę :)….

    • Zależność jest wręcz odwrotna: zbyt niski poziom płac powoduje wzrost bezrobocia! Jeśli bowiem na utrzymanie jednej rodziny nie wystarcza jedno wynagrodzenie, to muszą pracować co najmniej dwie osoby! Zatem grono bezrobotnych zwiększa się przez ekonomiczny przymus…

      • Zaraz zaraz… jak się podniesie płacę minimalną wtedy koszty utrzymania pracownika rosną… i wszystko drożeje – dlaczego? Bo potencjalny pracodawca pracowników też wlicza w koszty produkcji. Po za tym składki, które sa wliczone w wynagrodzenie to jest dla mnie złodziejstwo w biały dzień.. jak można karać ludzi za to, że pracują albo dają prace? Płaca minimalna miała by sens gdyby nie było składek na instytucje, które są bankrutami.

  19. Umowa zlecenie jest idealna przy pewnych pracach, które chcemy legalnie przekazać innej osobie. Nie na stałe tylko pewne zlecenie..

  20. Zgadzam się z Twoją wypowiedzią, długie lata pracowałam w Holandii, tam Polacy są cenieni za pracowitość, za kreatywność – tam się nas podziwia, choć nie często mówi się o tym publicznie. Po powrocie do Polski doznałam szoku, kryzys na rynku pracy – no cóż wyjeżdżałam był kryzys wróciłam i to samo ? Chyba coś nie tak. Otworzyłam mały biznes i staram się dalej coś działać. Nawet ostatnio zaczęłam lepiej poznawać [url=http://www.dekohandlu.pl/index.php]techniki sprzedaży[/url] aby rozwinąć skrzydła w Polsce- niesamowicie ciężko się przestawić na nasze realia.

  21. Prawda i tylko prawda i wcale nie musiałoby tak, gdyby nasz kochane Państwo obniżyło o połowę koszty ubezpieczenia społecznego dla przedsiębiorców jak i dla ich pracowników, a i tak do budżetu wpłynęłoby więcej, ponieważ w znacznej części znikłaby szara strefa i więcej byłoby zarejestrowanych firm jak i legalnie zatrudnionych pracowników. Wtedy na pewno większa część przedsiębiorców wykorzystałaby te finanse na podwyżki dla swoich pracowników, a i można byłoby wtedy z czystym sumieniem bez uszczerbku dla prowadzących działalność podnieść płacę minimalną.

  22. I tak będziemy pykać po 1,200 aż do emerytury… Chociaż nie ma co narzekać patrząc na to, jak niektórzy pracują za 3,50/godzinę… Polska

  23. to jest wersja (z małą korektą) !!!!!

    Małe sprostowanie, co do faktów. Nominalnie wynagrodzenia kształtują się tak jak pan petru zarysował. Różnica w realnej sile nabywczej wynagrodzeń przeciętnie wykwalifikowanego Niemca jest jednak istotnie wyższa od analogicznego Polaka (nie 2 razy, jak pan podaje a jakieś 2,5 do 3 razy). Wystarczy zbudować koszyk wydatków i spojrzeć na ceny. Wyroby przemysłowe w sklepach są często niższe i lepsze od analogicznych w Polsce (może poza żywnością, która jest przeciętnie tylko nieco droższa). Wydatki na energię tylko wyraźnie droższe. Niezbędne usługi są przeciętnie od kilkunastu procent do kilkudziesięciu procent droższe. Tak więc nominalnie to jest 3,5 -4 krotna a realnie przynajmniej 2,5 -3 krotna różnica, (te minimum 25% realnie więcej robi dużą różnicę). Natomiast różnica wydajności pracy niemieckiej gospodarki jest tylko 50-60% wyższa od Polskiej. Pan petru pewnie nie wie, jak tę różnicę pomiędzy realną pensją a wydajnością pracy wytłumaczyć. Bo, liberałowie nie rozumieją często nawet najprostszych procesów gospodarczych.
    Poza tym, niski poziom dynamiki wynagrodzeń kompromituje koncepcje neoklasyczne, które twierdzą, że to naturalna presja płac jest stałym zjawiskiem, którą należy utrzymać w ryzach, bo ona niszczy gospodarkę, tworząc nadmierną konsumpcję, która zabiera fundusze na inwestycje.
    Liberalna szkoła ekonomii to stek absurdów, gdzie błędy pojawiają się już w samych aksjomatach, lansowanych przez nią teorii. Założenie tej ekonomicznej doktryny, że dochody w gospodarce są równe PKB a oszczędności globalne równają się inwestycjom jest niezgodne z logiką. Taki aksjomat jest całkowicie fałszywy. Zawsze, bowiem dochody są wyższe od PKB a oszczędności jest zawsze w nadmiarze w stosunku do potrzeb inwestycyjnych. Nie ma nigdy substytucji konsumpcji względem inwestycji. Dzieje się tak dlatego, że część uzyskiwanych dochodów (z tytułu naszego udziału w tworzeniu PKB – np zysków przedsiębiorstw) nie musi być wymieniana na inne dobro wytworzone w ramach PKB a poza nim. Logicznie dochody w gospodarce są wyższe o tyle od PKB ile wynosi saldo konsumpcji sfinansowanej skupem składników majątkowych (spoza PKB). Tymi składnikami majątkowymi mogą być też wierzytelności z tytułu udzielonych kredytów (finansujących niniejszą konsumpcję).
    To właśnie w tej dysproporcji (trwałej nierównowadze) między dochodami w gospodarce a PKB tkwi cała dysfunkcjonalność tzw wolnorynkowego kapitalizmu. Stąd mamy narastającą polaryzację dochodów, naturalną granicę wzrostu realnego dochodu dla przeciętnego obywatela, wraz z rozwojem gospodarki oraz stałe kryzysy gospodarcze kapitalizmu, wynikające z tzw przegrzania koniunktury.
    Prawdziwa przyczyna tych kryzysów jest radykalnie odmienna od idiotycznych przewidywań, pozbawionych podstawowej logiki liberałów.
    Kryzysy powstają stad, że nadmiar oszczędności (których gospodarka nie może wchłonąć na zwiększanie mocy wytwórczych w przemyśle i usługach – bo byłaby nadprodukcja, spadek stóp zwrotu z inwestycji i bankructw, bo dla tego typu inwestycji nie zachodzi reguła, tzw krańcowej efektywności kapitału, w odróżnieniu od pasywnych aktywów), jest kierowany na tzw inwestycje pasywne (skup nieruchomości na rynku wtórnym, skup ziemi, skup aktywów finansowych i innych limitowanych bądź rzadkich dóbr a także na gigantyczny kredyt finansujący konsumpcję państw i obywateli). To finansowanie konsumpcji nie powoduje że wydatki konsumpcyjne są większe. Gdyby inwestorzy byli w stanie wszystkie oszczędności (w praktyce przeważającą ich część) zainwestować czynnie, wówczas konsumpcja w danym okresie byłaby taka sama a w następnych okresach mielibyśmy wyższy poziom bardziej produktywnych mocy wytwórczych z perspektywą zdecydowanie szybszego wzrostu płac a dodatkowo, dług i skup aktywów przyrastałby zdecydowanie wolniej. Tak więc jeden z problemów liberalnej ekonomii to powolność jej wzrostu i duża polaryzacja dochodów.
    Drugi problem polega na tym, że wraz z rozwojem gospodarki (utrzymywaniem się dobrej koniunktury) wzrost cen skupowanych aktywów (rynek wtórny i pierwotny) a także przyrost długu wyprzedza wzrost płac, które w liberalnej gospodarce wzrastają za wolno (właśnie z uwagi, że spora cześć oszczędności nigdy nie tworzy nowych zwiększających wydajność pracy inwestycji). Kryzys przychodzi wtedy, gdy inwestorzy tracą wiarę w to, że nowe pasywne inwestycje (skup aktywów i udzielone kredyty) przyniosą jakąkolwiek dodatnią stopę zwrotu (w krótkim lub średnim okresie). Po co, mam kupować nową nieruchomość jeśli przypuszczam, że jej cena w najbliższym okresie zacznie spadać. Wówczas lepiej jest kupić obligacje (chociażby na 1%) a z inwestycją w nieruchomość poczekać aż stanieje i kupić ją przed kolejnym cyklem wzrostowym (w taki sposób optymalizuję przecież swój indywidualny zysk – oczywiście gdy moje dochody pozwalają mi generować duże oszczędności i stać mnie na zakup). W skali makro moje własne korzyści inwestycyjne, rujnują gospodarkę. Redukując bowiem skalę pasywnych inwestycji, zmniejszam popyt w realnej gospodarce. Stąd mamy narastający kryzys, na którym tracą przedsiębiorstwa, funkcjonujące na bardzo konkurencyjnych rynkach (o dużej elastyczności i tzw niskich barierach wejścia) a także cała masa średnio i nisko wykwalifikowanych pracowników. Zyskują natomiast firmy bardzo innowacyjne i monopole (bo mają dużą przewagę nad konkurentami) a także najlepiej wykształcona grupa specjalistów. Stąd 2% wzrost PKB może oznaczać, że jakiś makler zwiększy swoje realne dochody o 8% w ciągu roku, podobnie jak dobry informatyk a pani sprzątaczka w szkole realnie straci (bo, nawet gdy jej pensja nominalna się nie zmienia to wzrasta cena koszyka jej zakupów). Konkurowanie i podział dochodów w gospodarce nie są bowiem równomierne.
    Tak więc weszliśmy w okres sprzed upadku doktryny ekonomicznej zwanej liberalnym kapitalizmem. Ten system sam upadnie, bo nie potrafi już znaleźć rozwiązania na szybki wzrost płac nominalnych i realnych dla „tłumu pracujących” a nawet nie potrafi coraz częściej zapewnić mu jakiejkolwiek pracy. To skutkuje chronicznym brakiem popytu (w tym też tego który wynikał z pasywnych inwestycji) a to prowadzi do stopniowej coraz głębszej destrukcji gospodarczej. Cała gospodarka zmierza do gigantycznej przeceny aktywów i do fali bankructw (która tylko została rozciągnięta w czasie,ratując nas przed „super gigantycznym, kilkuletnim kryzysem” – dzięki „produkcji pieniądza” i wzięciu zobowiązań komercyjnych bankrutów (banków i przedsiębiorstw) na barki społeczeństwa, poprzez skokowe zadłużenie państw).
    Jednak tego rozłożonego w czasie kryzysu, nie wytrzymają zwykli ludzie i obecne demokracje. Przewrót i zmiana ekonomicznego systemu jest nieunikniona.

  24. Małe sprostowanie, co do faktów. Nominalnie wynagrodzenia kształtują się tak jak pan petru zarysował. Różnica w realnej sile nabywczej wynagrodzeń przeciętnie wykwalifikowanego Niemca jest jednak istotnie wyższa od analogicznego Polaka (nie 2 razy, jak pan podaje a jakieś 2,5 do 3 razy). Wystarczy zbudować koszyk wydatków i spojrzeć na ceny. Wyroby przemysłowe w sklepach są często niższe i lepsze od analogicznych w Polsce (może poza żywnością, która jest przeciętnie tylko nieco droższa). Wydatki na energię tylko wyraźnie droższe. Niezbędne usługi są przeciętnie od kilkunastu procent do kilkudziesięciu procent droższe. Tak więc nominalnie to jest 3,5 -4 krotna a realnie przynajmniej 2,5 -3 krotna różnica, (te minimum 25% realnie więcej robi dużą różnicę). Natomiast różnica wydajności pracy niemieckiej gospodarki jest tylko 50-60% wyższa od Polskiej. Pan petru pewnie nie wie, jak tę różnicę pomiędzy realną pensją a wydajnością pracy wytłumaczyć. Bo, liberałowie nie rozumieją często nawet najprostszych procesów gospodarczych.
    Poza tym, niski poziom dynamiki wynagrodzeń kompromituje koncepcje neoklasyczne, które twierdzą, że to naturalna presja płac jest stałym zjawiskiem, którą należy utrzymać w ryzach, bo ona niszczy gospodarkę, tworząc nadmierną konsumpcję, która zabiera fundusze na inwestycje.
    Liberalna szkoła ekonomii to stek absurdów, gdzie błędy pojawiają się już w samych aksjomatach, lansowanych przez nią teorii. Założenie tej ekonomicznej doktryny, że dochody w gospodarce są równe PKB a oszczędności globalne równają się inwestycjom jest niezgodne z logiką. Taki aksjomat jest całkowicie fałszywy. Zawsze, bowiem dochody są wyższe od PKB a oszczędności jest zawsze w nadmiarze w stosunku do potrzeb inwestycyjnych. Nie ma nigdy substytucji konsumpcji względem inwestycji. Dzieje się tak dlatego, że część uzyskiwanych dochodów (z tytułu naszego udziału w tworzeniu PKB – np zysków przedsiębiorstw) nie musi być wymieniana na inne dobro wytworzone w ramach PKB a poza nim. Logicznie dochody w gospodarce są wyższe o tyle od PKB ile wynosi saldo konsumpcji sfinansowanej skupem składników majątkowych (spoza PKB). Tymi składnikami majątkowymi mogą być też wierzytelności z tytułu udzielonych kredytów (finansujących niniejszą konsumpcję).
    To właśnie w tej dysproporcji (trwałej nierównowadze) między dochodami w gospodarce a PKB tkwi cała dysfunkcjonalność tzw wolnorynkowego kapitalizmu. Stąd mamy narastającą polaryzację dochodów, naturalną granicę wzrostu realnego dochodu dla przeciętnego obywatela, wraz z rozwojem gospodarki oraz stałe kryzysy gospodarcze kapitalizmu, wynikające z tzw przegrzania koniunktury.
    Prawdziwa przyczyna tych kryzysów jest radykalnie odmienna od idiotycznych przewidywań, pozbawionych podstawowej logiki liberałów.
    Kryzysy powstają stad, że nadmiar oszczędności (których gospodarka nie może wchłonąć na zwiększanie mocy wytwórczych w przemyśle i usługach – bo byłaby nadprodukcja, spadek stóp zwrotu z inwestycji i bankructw, bo dla tego typu inwestycji nie zachodzi reguła, tzw krańcowej efektywności kapitału, w odróżnieniu od pasywnych aktywów), jest kierowany na tzw inwestycje pasywne (skup nieruchomości na rynku wtórnym, skup ziemi, skup aktywów finansowych i innych limitowanych bądź rzadkich dóbr a także na gigantyczny kredyt finansujący konsumpcję państw i obywateli). To finansowanie konsumpcji nie powoduje że wydatki konsumpcyjne są większe. Gdyby inwestorzy byli w stanie wszystkie oszczędności (w praktyce przeważającą ich część) zainwestować czynnie, wówczas konsumpcja w danym okresie byłaby taka sama a w następnych okresach mielibyśmy wyższy poziom bardziej produktywnych mocy wytwórczych z perspektywą zdecydowanie szybszego wzrostu płac a dodatkowo, dług i skup aktywów przyrastałby zdecydowanie wolniej. Tak więc jeden z problemów liberalnej ekonomii to powolność jej wzrostu i duża polaryzacja dochodów.
    Drugi problem polega na tym, że wraz z rozwojem gospodarki (utrzymywaniem się dobrej koniunktury) wzrost cen skupowanych aktywów (rynek wtórny i pierwotny) a także przyrost długu wyprzedza wzrost płac, które w liberalnej gospodarce wzrastają za wolno (właśnie z uwagi, że spora cześć oszczędności nigdy nie tworzy nowych zwiększających wydajność pracy inwestycji). Kryzys przychodzi wtedy, gdy inwestorzy tracą wiarę w to, że nowe pasywne inwestycje (skup aktywów i udzielone kredyty) przyniosą jakąkolwiek dodatnią stopę zwrotu (w krótkim lub średnim okresie). Po co, mam kupować nową nieruchomość jeśli przypuszczam, że jej cena w najbliższym okresie zacznie spadać. Wówczas lepiej jest kupić obligacje (chociażby na 1%) a z inwestycją w nieruchomość poczekać aż stanieje i kupić ją przed kolejnym cyklem wzrostowym (w taki sposób optymalizuję przecież swój indywidualny zysk – oczywiście gdy moje dochody pozwalają mi generować duże oszczędności i stać mnie na zakup). W skali makro moje własne korzyści inwestycyjne, rujnują gospodarkę. Redukując bowiem skalę pasywnych inwestycji, zmniejszam popyt w realnej gospodarce. Stąd mamy narastający kryzys, na którym tracą przedsiębiorstwa, funkcjonujące na bardzo konkurencyjnych rynkach (o dużej elastyczności i tzw niskich barierach wejścia) a także cała masa średnio i nisko wykwalifikowanych pracowników. Zyskują natomiast firmy bardzo innowacyjne i monopole (bo mają dużą przewagę nad konkurentami) a także najlepiej wykształcona grupa specjalistów. Stąd 2% wzrost PKB może oznaczać, że jakiś makler zwiększy swoje realne dochody o 8% w ciągu roku, podobnie jak dobry informatyk a pani sprzątaczka w szkole realnie straci (bo, nawet gdy jej pensja nominalna się nie zmienia to wzrasta cena koszyka jej zakupów). Konkurowanie i podział dochodów w gospodarce nie są bowiem równomierne.
    Tak więc weszliśmy w okres sprzed upadku doktryny ekonomicznej zwanej liberalnym kapitalizmem. Ten system sam upadnie, bo nie potrafi już znaleźć rozwiązania na szybki wzrost płac nominalnych i realnych dla „tłumu pracujących” a nawet nie potrafi coraz częściej zapewnić mu jakiejkolwiek pracy. To skutkuje chronicznym brakiem popytu (w tym też tego który wynikał z pasywnych inwestycji) a to prowadzi do stopniowej coraz głębszej destrukcji gospodarczej. Cała gospodarka zmierza do gigantycznej przeceny aktywów i do fali bankructw (która tylko została rozciągnięta w czasie,ratując nas przed „super gigantycznym, kilkuletnim kryzysem” – dzięki „produkcji pieniądza” i wzięciu zobowiązań komercyjnych bankrutów (banków i przedsiębiorstw) na barki społeczeństwa, poprzez skokowe zadłużenie państw).
    Jednak tego rozłożonego w czasie kryzysu, nie wytrzymają zwykli ludzie i obecne demokracje. Przewrót i zmiana ekonomicznego systemu jest nieunikniona.

  25. Małe sprostowano, co do faktów. Nominalnie wynagrodzenia kształtują się tak jak pan petru zarysował. Różnica w realnej sile nabywczej wynagrodzeń przeciętnie wykwalifikowanego Niemca jest jednak istotnie wyższa od analogicznego Polaka (nie 2 razy, jak pan podaje a jakieś 2,5 do 3 razy). Wystarczy zbudować koszyk wydatków i spojrzeć na ceny. Wyroby przemysłowe w sklepach są często niższe i lepsze od analogicznych w Polsce (może poza żywnością, która jest przeciętnie tylko nieco droższa). Media tylko wyraźnie droższe. Niezbędne usługi są przeciętnie kilkunastu procent droższe do kilkudziesięciu procent. Tak więc nominalnie to jest 3,5 -4 krotna a realnie przynajmniej 2,5 -3 krotna różnica, (te minimum 25% realnie więcej robi dużą różnicę). Natomiast różnica wydajności pracy niemieckiej gospodarki jest tylko 50-60% wyższa od Polskiej. Pan petru pewnie nie wie, jak różnicę pomiędzy realną pensją a wydajnością wytłumaczyć. Bo, liberałowie nie rozumieją często nawet najprostszych procesów gospodarczych.
    Poza tym, niski poziom dynamiki płac kompromituje koncepcje neoklasyczne, które twierdzą, że to presja jest stałym zjawiskiem, który należy utrzymać w ryzach, bo ona niszczy gospodarkę. Tworzy bowiem nadmierną konsumpcję, która zawiera fundusze na inwestycje.
    Oczywiście liberalna szkoła to stek absurdów, gdzie błędy pojawiają się już w samych aksjomatach jej teorii. Wymyślili oni sobie, że dochody w gospodarce są równe PKB a zatem w myśl ich myślenia, oszczędności globalne = inwestycjom. Oczywiście taki aksjomat jest całkowicie fałszywy. Zawsze, bowiem dochody są wyższe od PKB a oszczędności jest zawsze w nadmiarze w stosunku do potrzeb inwestycyjnych. Dzieje się tak dlatego, że część uzyskiwanych dochodów (z tytułu naszego udziału w tworzeniu PKB – np zysków przedsiębiorstw) nie musi być wymieniana na inne dobro wytworzone w ramach PKB a poza nim. Logicznie dochody w gospodarce są wyższe o tyle od PKB ile wynosi saldo konsumpcji sfinansowanej skupem składników majątkowych (spoza PKB). Tymi składnikami majątkowymi mogą być też wierzytelności z tytułu udzielonych kredytów (finansujących niniejszą konsumpcję).
    To właśnie w tej dysproporcji (trwałej nierównowadze) między dochodami w gospodarce a PKB tkwi cała dysfunkcjonalność tzw wolnorynkowego kapitalizmu. Stąd mamy narastającą polaryzację dochodów, naturalną granicę wzrostu realnego dochodu dla przeciętnego obywatela, wraz z rozwojem gospodarki oraz stałe kryzysy gospodarcze kapitalizmu, wynikające z tzw przegrzania koniunktury.
    Prawdziwa przyczyna tych kryzysów jest radykalnie odmienna od idiotycznych przewidywań, pozbawionych podstawowej logiki liberałów.
    Kryzysy powstają stad, że nadmiar oszczędności (których gospodarka nie może wchłonąć na zwiększanie mocy wytwórczych w przemyśle i usługach – bo byłaby nadprodukcja, spadek stóp zwrotu z inwestycji i bankructw, bo dla tego typu inwestycji nie zachodzi reguła, tzw krańcowej efektywności kapitału, w odróżnieniu od pasywnych aktywów), jest kierowany na tzw inwestycje pasywne (skup nieruchomości na rynku wtórnym, skup ziemi, skup aktywów finansowych i innych limitowanych bądź rzadkich dóbr a także na gigantyczny kredyt finansujący konsumpcję państw i obywateli). To finansowanie konsumpcji nie powoduje że wydatki konsumpcyjne są większe. Gdyby inwestorzy byli w stanie wszystkie oszczędności (w praktyce przeważającą ich część) zainwestować czynnie, wówczas konsumpcja w danym okresie byłaby identyczna a w następnych okresach mielibyśmy wyższy poziom bardziej produktywnych mocy wytwórczych z perspektywą zdecydowanie szybszego wzrostu płac a dodatkowo, dług i skup aktywów przyrastałby zdecydowanie wolniej. Tak więc jeden z problemów liberalnej ekonomii to powolność jej wzrostu i duża polaryzacja dochodów.
    Drugi problem polega na tym, że wraz z rozwojem gospodarki (utrzymywaniem się dobrej koniunktury) wzrost cen skupowanych aktywów (rynek wtórny i pierwotny) a także przyrost długu wyprzedza wzrost płac, który w liberalnej gospodarce wzrasta za wolno (właśnie z uwagi, że spora cześć oszczędności nigdy nie tworzy nowych zwiększających wydajność pracy inwestycji). Kryzys przychodzi wtedy, gdy inwestorzy tracą wiarę w to, że nowe pasywne inwestycje (skup aktywów i udzielone kredyty) przyniosą jakąkolwiek dodatnią stopę zwrotu (w krótkim lub średnim okresie). Po co, kupować nową nieruchomość jeśli przypuszczam, że jej cena w najbliższym okresie zacznie spadać. Wówczas lepiej jest kupić obligacje (chociażby na 1%) a z inwestycją w nieruchomość poczekać aż stanieje i kupić ją przed kolejnym cyklem wzrostowym (w taki sposób optymalizuję przecież swój indywidualny zysk – oczywiście gdy moje dochody pozwalają mi generować duże oszczędności i stać mnie na zakup). W skali makro moje własne korzyści inwestycyjne, rujnują gospodarkę. Redukując bowiem skalę pasywnych inwestycji zmniejszam popyt w realnej gospodarce. Stąd mamy narastający kryzys, na którym tracą przedsiębiorstwa, funkcjonujące na bardzo konkurencyjnych rynkach (o dużej elastyczności i tzw niskich barierach wejścia) a także cała masa średnio i nisko wykwalifikowanych pracowników. Zyskują natomiast firmy bardzo innowacyjne i monopole (bo mają dużą przewagę nad konkurentami) a także najlepiej wykształcona grupa specjalistów. Stąd 2% wzrost PKB może oznaczać, że jakiś makler zwiększy swoje realne dochody o 8% w ciągu roku, podobnie jak dobry informatyk a pani sprzątaczka w szkole realnie straci (bo, nawet gdy jej pensja nominalna się nie zmienia to wzrasta cena koszyka jej zakupów). Konkurowanie i podział dochodów w gospodarce nie są bowiem równomierne.
    Tak więc weszliśmy w okres sprzed upadku doktryny ekonomicznej zwanej liberalnym kapitalizmem. Ten system sam upadnie, bo nie potrafi już znaleźć rozwiązania na szybki wzrost płac nominalnych i realnych dla „tłumu pracujących” a nawet nie potrafi coraz częściej zapewnić mu jakiejkolwiek pracy. To skutkuje chronicznym brakiem popytu (w tym też tego który wynikał z pasywnych inwestycji) a to prowadzi do stopniowej coraz głębszej destrukcji gospodarczej. Cała gospodarka zmierza do gigantycznej przeceny aktywów i do fali bankructw (która tylko została rozciągnięta w czasie,ratując nas przed „super gigantycznym, kilkuletnim kryzysem” – dzięki „produkcji pieniądza” i wzięciu zobowiązań komercyjnych bankrutów (banków i przedsiębiorstw) na barki społeczeństwa, poprzez skokowe zadłużenie państw).
    Jednak tego rozłożonego w czasie kryzysu, nie wytrzymają zwykli ludzie i obecne demokracje. Przewrót i zmiana ekonomicznego systemu jest nieunikniona.

    • chcę podkreślić to zdanie z tekstu .Nie chcę przeprosin ze strony Rządu za taki stan ( jak to celebryci lubią oczekiwać ) , natomiast chciałby usłyszeć komu w Rządzie brakuje wiedzy i jakiej , bo potrzebna jest i teoretyczna i praktyczna .

      • cytat ; Bo liberałowie nie rozumieją często nawet najprostszych procesów gospodarczych .

  26. Niewątpliwie to prawda, przede wszystkim uczelnie nie współpracują z pracodawcami, gdyby tak zmienić ich myślenie i na kierunkować na rynek myślę, że zmieniłoby się dużo, na prawdę dużo.

  27. Pisze Pan „Nasze uczelnie są w stanie dobrze wykształcić na poziomie ogólnym, znacznie gorzej im idzie w przygotowaniu absolwentów do potrzeb rynku pracy. Firmy skupiają się na innowacjach podatkowych, zamiast wykorzystać ten czas na innowacje produktowe. Uczelnie i biznes zamiast współpracować unikają się, nie wykorzystując potencjału, jaki dać mogłaby bliska współpraca.” To wiadomo od lat. To samo słyszałam, kiedy jeszcze sama kończyłam studia, przed kryzysem. Dlaczego, z taką wiedzą i możliwościami, do tej pory uczelnie i przedsiębiorcy nie zrobili niczego, żeby współpracować? Przecież to obopólna korzyść.

  28. Czarowanie przez pana Ryszarda, że większa robotyzacja (jak to jest w IV Rzeszy) to świetny pomysł na zwiększenie zatrudnienia w Polsce, napawa mnie szczerym śmiechem. Przecież każdy lajkonik wie, że Niemcy wypracowały sobie doskonałą markę, ale być może, przede wszystkim dystrybucję swoich towarów, głównie w branży samochodowej, maszynowej, zbrojeniowej, budowlanej, ma swoje korzenie jeszcze w wielkim odbiciu ekonomicznym III Rzeszy. To w latach 1931-1942, Niemcy urosły w potęgę. Potem dzięki USA i Planowi Marshalla skutecznie ją odbudowały. Moim zdaniem autor czyni duży błąd nie biorąc tych czynników ( jak również czynników socjologicznych i mentalnościowych) za decydujące o sukcesie Niemiec. Przecież ani Francja ani Hiszpania, Włochy czy nawet W.Brytania, gdzie poziom robotyzacji procesów wytwórczych jest PORÓWNYWALNY, nie mogą pochwalić się takimi wynikami.

  29. Panie Ryszardzie, święta racja. 1. Parę lat temu byłem na spotkaniu z utytułowanymi naukowcami z pewnej polskiej uczelni technicznej. W trakcie rozmowy z dumą opowiadali o opracowanym przez siebie specjalistycznym programie komputerowym. Z trudem powstrzymałem śmiech. ja w swoim laptopie miałem rozwiązanie zachodniej firmy wielokrotnie bardzie zaawansowane technicznie i funkcjonalnie. Więcej rozmów nie było – bo nie było o czym. 2. Wszyscy narzekacze na niskie zarobki i umowy śmieciowe muszą zdać sobie wreszcie sprawę z tego co to są i jak są duże obowiązkowe koszty pracy w Polsce. Żeby pracownik mógł zarobić np. 2000 zł. netto, to na okrągło musi wypracować zysk dla firmy na poziomie min. 4000 zł (podatki, ZUS, koszty stałe, itp.). Wszystko powyżej to dopiero zysk przedsiębiorcy. Oczywiście im lepsza lokalizacja firmy tym wyższe koszty stałe – a te niezależne są od tego jak idzie interes. Skoro bycie przedsiębiorcą to taki wielki cymes to zakładajcie wszyscy własne firmy i żyjcie jak królowie. 3. Ma Pan rację również jeśli chodzi o wsparcie finansowe prywatnego biznesu. Tylko tam wszelkie pieniądze na inwestycje i rozwój technologii są wydawane optymalnie i dają szybki i mierzalny zwrot nakładów. W przedsiębiorstwach państwowych niestety najczęściej tak się nie dzieje.

  30. „Tyle, że przyczyna niskich wynagrodzeń nie tkwi w tym, że pracodawcy nie chcą pracownikom dobrze płacić, ale w ogólnej wydajności pracy, w niskiej robotyzacji polskiego przemysłu, wytwarzaniu niskiej wartości dodanej, eksporcie nisko zaawansowanych technologicznie produktów, znacznie niższych nakładach kapitałowych w przeliczeniu na pracownika” , Panie Ryszardzie powtarza Pan mantrę przedsiębiorców z „Lewiatana”. Nigdzie na świecie pracodawca nie płaci więcej niż musi natomiast poziom płac wymuszane są przez obowiązujące standardy życia, strażnikiem tych standardów jest państwo a instumentami ich realizacji są systemy podatkowe, zabezpieczenia socjalnego ochrony zdrowia, ochrony pracy i inne. Nasze Państwo nie wymusza tego na pracodawcach a przykład przetargu na dostarczanie przesyłek sądowych dobitnie świadczy o tym że promuje pracodawców zatrudniających byle jak i płacących byle jak (umowy śmieciowe) a do tego płacących podatki na Cyprze. Brak nacisku zwalnia większość przedsiębiorców z innowacyjności , nakładów inwestycyjnych i tego o czym Pan pisze i co jest słabością naszej gospodarki. Opowieści o niskiej wydajności pracy Polaków są bzdurą, w dobrze zorganizowanych przedsiębiorstwach ( zwykle zagranicznych) wydajnośc jest znacznie wyższa niż w zachodniej Europie ale tam też zarobki nie są powalające z nóg bo przecież nikt nie bedzie wychodzil przed orkiestrę nie nie zapłaci więcej niż dyktuje rynek. Jedynym wyjściem jest radykalne podwyższenie płacy minimalnej ( o 30-40%) w krótkim czasie może uzdrowić chore zasady – „byle jak praca za jeszcze gorszą płacę” , wyeliminuje pseudopracodawców blokujących rozwój nowych innowacyjnych przedsiębiorstw. Pozostaje jeszcze wątek etyczny , jak Pan myśli czy gospodarka niemiecka która dla wielu jest niedoścignionym wzorem rozwijała by się tak wspaniale gdyby tamtejsi biznasmeni płacili podatki w rajach podatkowych a miarą ich przedsiębiorczości było skutecze unikanie płacenia tamtejszegi ZUS-u ?

    • Dziękuje za upublicznienie swoich przemyśleń . potrzeba nam więcej zdrowych wypowiedzi . Rząd powtarza wypowiedzi Pani Bochniarz , czy Pana Mordasewiczą że nie mamy wydajności pracy . No ale kto ma tą wydajność ustawić w prywatnej firmie minister gospodarki ? A oczywiście że Rząd ma narzędzia oddziaływania , jednak obecny nie chce lub nie umie ich użyć . Może taki przykład na wydajność pracy ; pod Bełchatowem kopią maszyny dziurę w ziemi i będzie jezioro , a także usypują górę ( już nawet jest dla narciarzy ) . To zostanie , bo węgiel spalą . Obsługa tych maszyn to góra sto osób , a gdyby kopali ręcznie łopatami , to ile lat dłużej musieli by się męczyć by uzyskać podobny efekt , lub ilu więcej musiałoby być kopaczy taki sam efekt uzyskać w takim samym czasie ( nie liczyłem , bo po co ) ? Taka u nas moda celebrycka wyśmiać Rząd , po-sędziować w pojedynku gigantów , a na piecu puste garnki .

  31. Dziękuję za podjęcie tematu , bardzo istotnego z wielu powodów dla ludu tej ziemi . Przecież mamy Polskie Towarzystwo Ekonomiczne , a w nim sporo profesorów i co nie chcą podjąć się opracowania programu rozwiązania tematu ? Przecież dobrze rozwijający się karaj winien być ambicją takiego Towarzystwa , A w mediach tylko P. Bochniarz , albo P. Mordasewicz tłumaczą NIE DA SIĘ . Czy na pewno potrzeba błogosławieństwa rządzących w Polsce historyków ?

  32. Nie wszyscy Polacy mało zarabiają. Średnia krajowa ponad 3800. Tyle tylko, że dla wielu ludzi nieosiągalna. Np. mój wspólny dochód z żoną to 2600 brutto po 30 latach pracy. Przyjmując, że armia ludzi pracuje na umowę zlecenie za naprawdę psie pieniądze to są ludzie dzięki którym średnia rośnie. Zgodzę się z Panem, że nie wszystkie umowy zlecenie to grzech, ale patologia jest ogromna. Ostatnio na rozmowie kwalifikacyjnej gdy zapytałem o formę zatrudnienia usłyszałem „umowa zlecenie na czas nieokreślony”. Wspomina Pan również o niskiej wydajności pracy w Polsce. Proszę mi powiedzieć, że wszędzie poza Polską jesteśmy cenionymi i wartościowymi pracownikami tylko we własnym kraju jesteśmy nierobami. Problem polega na tym, że nasza kadra zarządcza jest niedouczona a przedsiębiorcy więcej czasu i energii poświęcają na to jak orżnąć fiskus niż na inwestycje i wprowadzanie nowoczesnych systemów zarządzania.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.