O różnych koncepcjach wypłat emerytur

Krótka musi być pamięć społeczna jeśli prawdą jest, że przeciętnemu Kowalskiemu wydaje się, że przez ostatnie trzynaście lat nie było dyskusji o wypłatach emerytur z II filaru. Można wręcz odnieść wrażenie jakby dyskusja o tym jak i jakie wypłacać emerytury w ramach filara kapitałowego wybuchła dopiero wtedy gdy OFE przedstawiły kilka miesięcy temu swą kontrowersyjną propozycję. To nieprawda, obecna koalicja nie przespała ostatnich pięciu lat przerzucając ten gorący kartofel. W 2008 roku bowiem – czyli niespełna rok po wygranych wyborach – rząd premiera Tuska przeprowadził przez parlament dwie zasadnicze ustawy regulujące zarówno co się wypłaca i jak się wypłaca. Były to ustawa o emeryturach kapitałowych (przyjęta przez Sejm 21 listopada 2008) i ustawa o funduszach dożywotnich emerytur kapitałowych (uchwalona 19 listopada 2008). Ta pierwsza ustawa nadal obowiązuje, drugą zawetował prezydent Kaczyński 13 stycznia 2009 roku, a koalicji rządzącej nie udało się tego weta odrzucić.

Przy okazji uchwalania tych ustaw przetoczyła się przez Polskę debata o tym czy tablice życia powinny być równe dla obu płci – bo jak wiadomo kobiety żyją dłużej i przyjęcie oddzielnych tablic dawałoby im niższą miesięczną emeryturę. Przetoczyła się też dyskusja o tym jakie rodzaje świadczeń dożywotnich powinno się wypłacać, czy ma być ich wiele rodzajów, aby było czym konkurować; czy też mało, aby można było łatwo porównać. Ostatecznie przyjęto rozwiązania bardziej pasujące do systemu powszechnego, czyli wspólne tablice dla obu płci i ograniczoną gamę świadczonych produktów emerytalnych. Rozwiązanie redystrybucyjne i akceptowalne społecznie dotyczące równych tablic życia dla obu płci zrodziło potrzebę opracowania mechanizmu wyrównawczego, który wpisano do ustawy.

Równolegle, aby cały system zadział, niezbędne było określenie kto te emerytur będzie wypłacał. Przypomnieć należy, że już 1999 roku został przygotowany projekt ustawy o zakładach emerytalnych, który przewidywał tworzenie osobnych osób prawnych do wypłaty emerytur kapitałowych. Nigdy nie rozpatrywano wariantu, że to PTE (powszechne towarzystwa emerytalne) miałyby je wypłacać. Ustawa z 2008 opierała się na podobnej koncepcji, tyle że tworzona była w zupełnie innych warunkach rynkowych i gospodarczych niż te z roku 1999, stąd znaczna różnica w szczegółach technicznych obu tych ustaw. Ustawa z 2008 roku przewidywała, że świadczenia dożywotnie będą wypłacane przez nowopowstałe osoby prawne, które będą ze sobą konkurowały. Zakładała również, że „Skarb Państwa reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państw może utworzyć fundusz i zakład …” czyli, że fundusz państwowy konkurowałby z funduszami prywatnymi. W sumie zaproponowano wtedy całkiem sensowne rozwiązanie. Ustawa miała wejść w życie 1 stycznia 2013 roku.

Trzeba przyznać, że ustawodawca wtedy zdał egzamin z powierzonych mu zadań. Oba akty prawne przyjęte zostały z 2008 roku, na cztery lata przed wejściem w życie przepisów, czyli z odpowiednim vacatio legis. Co więcej proponowały rozwiązanie kompromisowe, rynkowe z istotnym elementem redystrybucyjnym i z furtką dającą możliwość udziału państwa również w wypłacie emerytur kapitałowych. Tyle, że nadszedł kryzys i zachwiał wiarę w rynek, co było też głównym argumentem weta prezydenta Kaczyńskiego. Ale już rok później zbankrutowała Grecja i zmuszona do oszczędności musiała ciąć swe państwowe zobowiązania emerytalne, które były po prostu na wyrost. Świat znów sobie przypominał, że to nie tylko rynek może być przyczyną kryzysów.

Obecnie trwa tzw. przegląd emerytalny. Od odpowiedzialnego zań Ministra Pracy należałoby oczekiwać odniesienia się do rozwiązań które rząd przedłożył w 2008 roku. Ta część raportu powinna się zacząć od rzetelnej analizy zarówno obowiązującej ustawy jak i tej zawetowanej. I wytłumaczenia jakie to nowe informacje, doświadczenia, opinie spowodowały, że w ostatnich latach nie została ona ponownie zgłoszona. Jestem przekonany, że zapisy ustaw z 2008 można by dziś jeszcze bardziej usprawnić, wprowadzić jeszcze więcej rozwiązań rynkowych ograniczających koszty funkcjonowania systemu. Choćby sam pomysł powoływania nowych podmiotów, które dziś mogłyby śmiało być zastąpione obecnie funkcjonującymi na rynku firmami, dzięki czemu cała operacja byłyby znacznie tańsza. Lepsze byłoby poprawianie tej ustawy niż odkrywania na nowo Ameryki. Trudno bowiem oczekiwać aby system konkurencyjny mógł być gorszy od monopolu.

Przydałby się powrót do zapału z lat 90-ych

Za niespełna rok minie 25 lat od przełomowych wyborów z 4 czerwca, które de facto zakończyły komunizm w Polsce. Zagranicą wiele dobrego mówi się o naszym modelu transformacji, u nas zwracamy częściej uwagę na niedociągnięcia. Że nie udało nam się do dzisiaj wprowadzić sensownego systemu ochrony zdrowia, że wciąż część gospodarki funkcjonuje w skansenie jaki tworzy KRUS, że dopiero od kliku lat udaje nam się nadrabiać zaległości w budowie podstawowej infrastruktury, a że wciąż zbyt dużo zależy od państwa i zbyt mało wciąż jest prywatnego kapitału. Nie chciałbym tu wymieniać całej litanii, bo nie chodzi o narzekactwo ale o przypomnienie o tym, że wciąż niedokończona została transformacja i o tym że przydałoby się chociaż część tego zapału z lat 90-ych.

Przy tak wielkiej zmianie jaką było przejście z gospodarki centralnie planowanej do rynkowej musiały się zdarzyć błędy. Z perspektywy czasu widać, że zbyt łatwo było przejść na wcześniejszą emeryturę czy otrzymać rentę inwalidzką. Stąd też olbrzymi przyrost liczy emerytur i rencistów na samym początku lat 90-ych i znaczny przyrost składki na ZUS do 45 proc, a w konsekwencji wzrost bezrobocia. Drugim błędem było wstrzymanie prywatyzacji, lub jej niekonsekwentna realizacja. Po pierwszym entuzjazmie zespołu Janusza Lewandowskiego prywatyzacja za rządów SLD bardzo zwolniła, dostała przyspieszenia za rządów UW-AWS, po czym znów za kolejnych rządów SLD zwolniła. Nie wspominając rządów PiS, które zupełnie proces prywatyzacji zatrzymały. W Polsce chyba nigdy nie było entuzjazmu prywatyzacyjnego, bo kończył się on zwykle tym, że przejmujące państwowe przedsiębiorstwa firmy prywatne dokonywały ich restrukturyzacji poprawiając tym samym efektywność. Prywatyzacja stawała się popularna dopiero wtedy gdy przejmowany był bankrut albo jeszcze gorzej, firma do której trzeba stale dopłacać. Tyle, że prywatyzacja takiego upadłego przedsiębiorstwa nie jest taka łatwa o ile w ogóle możliwa. Czytaj dalej

Reformy w czasach oszczędności

W Europie coraz więcej słychać głosów wzywających do zaprzestania polityki oszczędności budżetowych. Zaczął szef KE Barosso sugerując, że w Europie osiągnęliśmy już limit wytrzymałości społeczeństw na politykę austerity. W podobnym tonie wypowiadał się ostatnio również nowy premier Włoch Enrico Letta. Pierwszym był oczywiście prezydent Francji Hollande, apelując w kampanii wyborczej o większy nacisk na wzrost w miejsce oszczędności. Jednak tę ostatnią falę dyskusji wywołało zakwestionowanie wyników prac Reinhard i Rogoff, które wskazywały na to, że dług powyżej 90 proc PKB hamuje wzrost gospodarczy. O ile rzeczywiście autorzy musieli przyznać się do pomyłki w obliczeniach, to tak naprawdę zależności pomiędzy poziomem zadłużenia a tempem wzrostu gospodarczego nie została podważona. Z resztą praca Reinhard i Rogoffa nie jest jedyną która te zależności opisuje. Co więcej, politycy nawołujący do zaprzestania dalszych oszczędności wskazują raczej na potrzebę osłon socjalnych, lub też rozłożenie tego procesu w czasie, a nie zupełnego zaprzestania redukcji długu. Pytanie tylko czy spowolnienie tempa wprowadzania oszczędności przyspieszy reformy strukturalne. Wątpię. Czytaj dalej

Potrzebna spójna strategia przyjęcia euro

Trudno mi się zgodzić z komentarzem Pawła Wrońskiego, który uważa, że dziś nie ma potrzeby podejmować specjalnych działań na rzecz naszego członkowstwa w strefie euro, m.in. dlatego że nie ma jakiejś specjalnej presji na Polskę aby euro zaraz przyjmować. Oczywiście trudno się nie zgodzić z jego argumentem, że działania na rzecz reform w Polsce są potrzebne bez względu na to czy do euro będziemy wchodzić czy nie. Tyle, że strategia przyjęcia euro jest nam potrzebna zarówno dlatego, że presja zewnętrzna może być większa niż dzisiaj, ale również dlatego, że bez takiej strategii zajmować się będziemy w trym kraju tylko zarządzaniem bieżączką.

Perspektywa członkostwa pomoże w końcu wymusić niezbędne dla poprawy konkurencyjności Polski reformy, co więcej uzmysłowi politykom, że czas jest ograniczony a nie z gumy. Dziś znaczna część naszej klasy politycznej nie ma tej świadomości, nie odczuwa presji czasu, nie widzi rosnącej globalnej presji konkurencyjnej, ani nawet ryzyka wyhamowania tempa wzrostu gospodarczego ze względu na wyczerpanie prostych rezerw. Strategia wejścia Polski do euro presję tą pozwoli przywrócić. Tego typu prysznic naprawdę wielu by się przydał. Czytaj dalej