Lekko uchylone drzwi do eurolandu

Ryszard Petru, Paweł Świeboda

 

Polska powinna postulować utworzenie nowego rodzaju przynależności – de facto „członkostwa stowarzyszonego” ze strefą euro

 

Polska potrzebuje dzisiaj zupełnie nowej strategii wobec Europy. Nasze podstawowe, fundamentalne cele zostały zrealizowane. Za parę tygodni powinny zakończyć się też negocjacje nad nowym, wieloletnim budżetem UE na lata 2014-20. To ważne, bo połowa inwestycji publicznych w Polsce jest współfinansowana ze środków europejskich. Teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie powinno być miejsce Polski w pokryzysowej Europie. Dzisiaj, kiedy na naszych oczach decyduje się najbardziej zasadnicza rekonstrukcja projektu europejskiego od jego powstania, już nie wystarczy deklarować europejskości. Obecne dylematy nie polegają na tym, czy dany kraj uważa się za europejski, czy nie, ale jak widzi swoje miejsce w Europie za dziesięć, dwadzieścia lat. Czy chce być w grupie krajów budujących de facto nową, bardzo ściśle ze sobą współpracującą unię, czy też zadowoli się członkostwem Schengen i wolnym przepływem dóbr i usług. W Polsce brakuje wspólnej odpowiedzi na to pytanie.


Jak poważne mogą to być wyzwania, pokazują najnowsze pomysły utworzenia odrębnego budżetu w ramach strefy euro. W dłuższym okresie jego powstanie jest nieuniknione, bo w „prawdziwej”, jak mówi Herman Van Rompuy, unii gospodarczo-walutowej potrzebny jest wspólny budżet na wsparcie reform strukturalnych. Tego typu podział byłby dla nas, pozostających poza strefą euro, wyjątkowo niekorzystny, odcinałby nas od nowego źródła finansowego Europy i wpływu na jej politykę. Na razie propozycja oddzielnego budżetu strefy euro ma charakter taktyczny, mowa jest o niewielkich sumach, ale w przyszłości będzie rosnąć, czego nie można powiedzieć o budżecie UE-27.


Taka długoterminowa strategia jest niezbędna po to, aby podejmowane na bieżąco decyzje były zgodne z obranym strategicznie kierunkiem. Wbrew powszechnej opinii polityka europejska nie odbywa się na zasadzie od szczytu do szczytu. Szczyty i decyzje tam podejmowane są konsekwencją wcześniej obranej strategii. Najlepszym przykładem jest stanowisko Wielkiej Brytanii w kwestii paktu fiskalnego – to, że Londyn ostatecznie nie uczestniczy w ściślejszej integracji w ramach UE, było swego rodzaju postawieniem kropki nad „i” oraz konsekwencją bardziej długofalowego wyboru. My także przed takim wyborem stoimy, bo Unii, do której przystępowaliśmy, już nie ma. Proponujemy, aby Polska mocno wyartykułowała swój strategiczny cel, jakim jest współudział w tworzeniu nowego projektu integracyjnego w gronie państw, które są na to gotowe.
W praktyce najlepszym rozwiązaniem na krótką metę byłby status członka stowarzyszonego w strefie euro (o czym za chwilę), a w perspektywie dekady pełne członkostwo w nowym klubie, a więc także przyjęcie wspólnej waluty.

To, co dziś w okresie zarządzania kryzysowego okazuje się słabością Unii, w normalnych czasach było jej główną zaletą – spory rozwiązuje się w niej w sposób systemowy przy stole rozmów, a nie na polach bitew. To właśnie sprawiło, że Unia Europejska jest jak dotychczas największym i najlepszym dokonaniem Europejczyków w całej ich historii. Nic lepszego – pomimo wszelkich niedoskonałości – dotychczas nie wymyślono. Na szczęście doświadczenia pokazują, że można usprawnić sposób podejmowania decyzji, zachowując istotę uporczywych i żmudnych, ale ostatecznie skutecznych rozmów przy stole. Ku temu właśnie zmierzają propozycje ściślejszej integracji w ramach UE. Ważne, aby nie wylać dziecka z kąpielą, ale w tym właśnie tkwi najważniejsza rola Polski.


Musimy w taki sposób wpłynąć na nową odsłonę projektu europejskiego, aby łączył on możliwości pogłębionej integracji wśród państw nią zainteresowanych, ze wspólnym mianownikiem „szerszej” Europy, do której będziemy należeć, póki nie przystąpimy do strefy euro. Nasza polityka europejska nie może skończyć się na walce o wysoki budżet i ambitną politykę spójności. Potrzebujemy dalekowzrocznej strategii, która akurat w kwestii budżetu europejskiego może być bardzo pomocna. Oprócz postawy brytyjskiej jest także wariant szwedzki, czyli wspieranie ważniejszych działań UE przy jednoczesnym braku natychmiastowego akcesu do pogłębionej integracji i utrzymywaniu własnej waluty. I jest jeszcze jedna możliwość polegająca na wspieraniu głębszej integracji i kierunkowym „zapisywaniu się” do niej przy zachowaniu elastyczności w sprawie terminu i warunków podjęcia ostatecznej w tej sprawie decyzji. Ta ostatnia droga jest w naszym przekonaniu najlepszym rozwiązaniem dla Polski. Jak taka strategia powinna wyglądać?


Polska nie jest ani Wielką Brytanią, ani Szwecją. Pozycja gospodarcza Wielkiej Brytanii jest nieporównywalnie silniejsza od naszej, mniej zależna od Europy, ze znacznie bardziej globalnym spojrzeniem na świat. Ale nawet będąc wyspą, Brytyjczycy i tak są najściślej związani z Europą. Około połowy brytyjskiej wymiany handlowej jest związana z UE. Jak zauważył w niedawnym wystąpieniu w Oksfordzie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, do niedawna Wielka Brytania sprzedawała więcej do Irlandii niż Chin, Indii, Brazylii i Rosji razem wziętych. Dalsza dezintegracja nie jest w interesie Wielkiej Brytanii, a gdyby miała nastąpić, byłoby to największym błędem zarówno gospodarczym, jak i politycznym. Oczywiście Europa bez Wielkiej Brytanii byłaby słabsza, niemniej nieporównywalnie więcej straciliby wyspiarze. Szwecja przy swej skali i globalnych powiązaniach gospodarczych nie zyskałaby zbyt wiele z przyjęcia wspólnej waluty czy głębszej integracji europejskiej.


Polska jest w innej sytuacji – 80 proc. naszego handlu przypada na kraje UE, w tym 55 proc. na kraje strefy euro. Gospodarczo jesteśmy z każdym rokiem bardziej zależni od naszego głównego partnera handlowego, jakim są Niemcy, co akurat boleśnie widać teraz, gdy polska gospodarka, podążając za niemiecką, wyraźnie zwalnia. Nasze położenie geopolityczne nigdy nie było naszym atutem. Ostatnie 20 lat pokoju nie oznacza wcale, że przyszłość musi być aż tak świetlana. Co prawda realne i potencjalne konflikty zbrojne są w innych regionach świata – co najlepiej widać było w zasadniczej zmianie polityki amerykańskiej wobec tej części Europy – to wciąż daleko jest do odtrąbienia końca historii w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego też ze względów geopolitycznych w naszym najwyższym interesie jest ścisła integracja w strukturach europejskich.


W dyskusji o reformie architektury europejskiej powinniśmy postulować w najbliższych miesiącach utworzenie nowego rodzaju przynależności – de facto „członkostwa stowarzyszonego” ze strefą euro. W praktyce taka konstrukcja oznaczałaby udział w gremiach decyzyjnych i roboczych strefy euro, a tym samym dostęp do pełnej wiedzy na temat dyskutowanych i podejmowanych inicjatyw. Polska deklarowałaby symetryczne dostosowanie własnej polityki makroekonomicznej. Tym samym realizowana byłaby zasada, o którą walczył polski rząd przy dyskusji o pakcie fiskalnym – udziału w procesie podejmowania decyzji, choć nie w samym formalnym głosowaniu.

Nie chodzi o to, by odkładać na święte nigdy przyjęcie wspólnej waluty, ale o to, by akceptować fakt, że strefa euro nie jest dzisiaj gotowa do przyjęcia do swego grona stosunkowo dużej gospodarki, jaką jest Polska. Nam samym takie rozwiązanie dawałoby trzy rzeczy:


a) strategiczną orientację na przynależność do europejskiego rdzenia,


b) udział w bliższej koordynacji polityki gospodarczej (w tym m.in. uzgadnianie poziomów deficytów, bieżący monitoring konkurencyjności gospodarki), co zwłaszcza z punktu widzenia rynków finansowych, ale także wewnętrznej samodyscypliny będzie wartością samą w sobie,


c) elastyczność: przyjmujemy zobowiązania te, którym podołamy i lobbujemy za rozwiązaniami korzystnymi z punktu widzenia naszej gospodarki. Nie przyjmujemy wszystkiego, co Siedemnastka teraz uchwala, bez wpływu na treść zapisów.


Tego rodzaju „stowarzyszenie” nie może trwać wiecznie. Polskim celem powinno być przystąpienie do strefy euro jak tylko wystarczająco się ona zreformuje i stanie na nogi. Ale póki co mamy czas, by przekonać się co do wartości nowego rodzaju kontraktu, jaki negocjowany jest pomiędzy państwami strefy euro. Ten model pośredni pokazałby Wielkiej Brytanii, że wybór europejski nie jest zerojedynkowy i nie trzeba albo się pod wszystkim podpisywać, albo na wszystko obrażać. Powstała w ten sposób Unia byłaby Unią trzech, a nie dwóch prędkości, ale dzięki temu mniejsze byłyby między nimi różnice i większa szansa na zachowanie jako takiej spójności. Na przykładzie zaproponowanego parę dni temu nadzoru bankowego widzimy, jakie potencjalnie byłyby korzyści z takiego rozwiązania. Zamiast poddawać się pełnemu nadzorowi Europejskiego Banku Centralnego, co było bardzo ryzykowane dla naszego sektora bankowego, zachowalibyśmy odrębność narodowego nadzoru z doradczą, a nie kontrolną rolą EBC. A jednocześnie polscy urzędnicy mieliby wgląd w procedury i sposób funkcjonowania nadzoru europejskiego. Rozwiązania przyjęte w przypadku unii bankowej staną się nieuchronnie punktem odniesienia w pracach nad dalszym modelem pogłębienia integracji ze wspólną polityką fiskalną oraz elementami rzeczywistej integracji ekonomicznej, w tym na rynku pracy.


W tym wszystkim chodziłoby o to, aby drzwi do strefy euro trzymać stale lekko uchylone z jednoznaczną intencją wejścia do środka. Chociaż dzisiaj nie bylibyśmy skłonni deklarować terminu wchodzenia do strefy euro – tak długo jak nie wyłoni się ostateczny kształt nowej unii – nie możemy także przybierać postawy biernego widza, przez niektórych określanych mianem pragmatycznej. Pragmatyzmu bowiem nie należy mylić z oportunizmem. W Europie idą czasy strategicznych wyborów. My też od nich nie uciekniemy. Jeżeli nie możemy z przyczyn obiektywnych podjąć w tym momencie finalnych decyzji, przynajmniej dajmy mocny sygnał, że na nich nam zależy.

 

1 Komentarz

  1. Re: Lekko uchylone drzwi do eurolandu [0]Jeszce jeden fundamentalny cel pozostał czyli przyjęcie euro

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.