Czas na industrializację

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

MicrosoftInternetExplorer4

 

Krzysztof Domarecki i Ryszard Petru

 

Kiedy w wieczór wyborczy ogłoszono wyniki wyborów we Francji, Francois Hollande w swoim przemówieniu zaczął od … koniecznej reindustrializacji Francji. Przypomniał że siłą Francji jest produkcja przemysłowa i jej wzmocnienie uczynił pierwszym w kolejności priorytetem. Obecna siła gospodarki niemieckiej bierze się z olbrzymiej nadwyżki eksportowej generowanej przez przemysł – w większości średnie firmy rodzinne. W USA mamy do czynienia z narastającą kampanią przenoszenia lokalizacji produkcji z Chin z powrotem do poszczególnych stanów. Podobnie obecna polityka brytyjska zmierza w kierunku reindustrializacji a jak wielkie znaczenie rząd brytyjski przypisuje tej kwestii jest fakt, że jednym z najważniejszych zadań obecnej dyplomacji brytyjskiej jest przyciąganie inwestorów. Brytyjczycy są tak zdeterminowani w przywróceniu siły swojego przemysłu, że inwestorów szukają nawet w Polsce.

Światowa rozgrywka ekonomiczna toczy się obecnie o dwa główne źródła bogactwa narodów: zasoby (surowcowe i ludzkie) i lokalizację produkcji. Konkurencja o to gdzie będą zlokalizowane centra produkcyjne – zarówno te regionalne jak i te globalne obejmuje wszystkie państwa. W tym celu w świecie działa ponad 400 stref ekonomicznych o międzynarodowym charakterze a polityka przyciągania inwestorów jest często jednym z najważniejszych elementów polityki gospodarczej państwa. Kryzys ekonomiczny wyraźnie podzielił państwa na dwie kategorie; te, które dużo produkują i dużo eksportują i te, które mają kłopoty.

Jak popatrzymy dziś na Europę to właśnie Polska ma wręcz idealne warunki do tego aby stać się fabryką pokryzysowej Europy. Przez ostatnie osiem lat staliśmy się nie tylko pełnoprawnym członkiem UE ale coraz lepiej poruszamy się w jej strukturach. Ale okres budowania wzrostu w oparciu o środki unijne powoli będzie  przechodził do historii. Poziom wsparcia akcesyjnego będzie malał, aż do zupełnego zaniku. Na szczęście, po dwudziestu latach transformacji pojawił się w końcu polski kapitał, na tyle duży i znaczący, aby mógł wspierać działania publiczne w zakresie poprawy warunków życia mieszkańców naszego kraju. Oba te trendy, w sposób odpowiedni skojarzone, powinny być fundamentem nowoczesnej strategii rozwoju kraju. W ostatnim dwudziestoleciu dużą wagę przykładaliśmy do zachęcania inwestorów zagranicznych. I dobrze, gdyż na początku transformacji nie było w Polsce ani kapitału ani know-how w zakresie zarządzania poważniejszym biznesem.  Ale dzisiaj jest już inaczej, ściąganie inwestorów zagranicznych za wszelką cenę nie jest ani w interesie państwa ani społeczeństwa. Obecnie rolą władz publicznych powinno być tworzenie warunków sprzyjających alokacji kapitału prywatnego zgodnie z przyjętą strategią rozwoju. Szansą Polski jest dzisiaj stworzenie warunków dla budowy zaplecza przemysłowego Europy.

Spójrzmy na najlepsze przykłady ze świata. Obszar przemysłowy wzdłuż autostrady Wenecja – Mediolan jest jednym z najlepiej uprzemysłowionych regionów globu. W odległości do 50 km po obu stronach autostrady zlokalizowano tysiące małych, średnich i dużych firm przemysłowych. Wszystkie te firmy korzystają z faktu, że zlokalizowanie swojej produkcji / biur w tym obszarze obniża im koszty operacyjne ze względu na bardzo dobra komunikację – głównie transportową, dostęp do wielu kooperantów i kulturę przemysłową regionu. Po pewnym czasie zaczyna występować efekt kuli śnieżnej. Oprócz firm stricte przemysłowych, pojawiają się wszelkiego rodzaju firmy świadczące usługi dla przemysłu i będące jego zapleczem: firmy logistyczne, księgowe, konsultingowe poddostawcy etc. Na końcu efektem takiego procesu jest gigantyczny klaster przemysłowy oddziaływujący swoim potencjałem na wiele branż w całej Europie.

Chiny stały się fabryką świata w znacznej mierze dzięki temu, że ich władze z odpowiednio wielkim wyprzedzeniem stworzyły olbrzymią sieć infrastrukturalną obejmującą początkowo głównie prowincje wschodnie a obecnie w coraz większym stopniu obejmującą prowincje centralne i zachodnie. Nie bez znaczenia były oczywiście tania siła robocza i olbrzymi potencjał kraju oraz stabilność i przewidywalność polityki gospodarczej. Ale przykład innego wielkiego kraju – Indii, pokazuje że nie są to czynniki wystarczające. W Indiach bowiem biznes napotyka znaczne bariery wewnętrzne w wykorzystaniu potencjału gospodarki. Podstawową barierą jest właśnie brak sprawności państwa w zakresie zbudowania odpowiedniej infrastruktury i stabilności gospodarczej. Indyjskie drogi i koleje (a raczej ich brak) stanowią obecnie podstawową barierę wzrostu. Rezultat jest taki, ze Indie mające szybciej rosnącą populację rozwijają się znacznie wolniej. Czytaj dalej

W sprawie Amber Gold

 

W sprawie Amber Gold wiele już zostało powiedziane, ale wciąż nie mamy pełnej wiedzy o całej tej aferze.  Sprawa ta ma kilka wymiarów: społeczny, prawny i finansowy. W ostatnich dwóch należałoby dogłębnie przeanalizować które z instytucji państwa nie zadziałały i dlaczego tak się stało. Inną kwestią jest sam pomysł biznesowy, który dla przeciętnych nawet znawców rynku finansowego wyglądał co najmniej mało poważnie. Przez 3 lata jednak ponad 20 tysięcy osób zdecydowało się powierzyć oszczędności swojego życia temu właśnie pośrednikowi. Oczywiście tak długo nie zostanie udowodnione przestępstwo tak długo mamy do czynienia z domniemaniem niewinności. Niemniej kilka kwestii wciąż budzi wątpliwości. Po pierwsze sam pomysł biznesowy, polegający na przechowywaniu sztabek złota.

 

 

 

 

Jeśli spojrzymy na wykres ceny uncji złota od momentu kiedy Amber Gold rozpoczął działalność, czyli w roku 2009, to widać jak pięknie pięła się cena tego kruszcu wyrażona w dolarach. W drugiej połowie 2011 złoto było dwa i pół raza droższe w porównaniu z ceną z połowy 2009 roku. Dla Polaków kluczowe były ceny wyrażone w złotych. Na szczęście tak się złożyło, że kurs złotego wobec dolarach w roku 2009 należał do najsłabszych w całym rozpatrywanym okresie, był słabszy zarówno w porównaniu z poziomami z 2011 roku jak i pierwszej połowy 2012. Z tej prostej arytmetyki płynie wniosek, że w latach 2009 – 2011 na inwestycjach w złoto można było nieźle zarobić, a kurs złotego sprzyjał tym którzy dokonali zakupów w 2009 roku. Ale zakup złota w 2011 już nie był tak atrakcyjny i nie mógł przynieść już jakichkolwiek zysków. A biorąc pod uwagę zmienność kursu walutowego w tym okresie, na złocie łatwo można było  stracić. Tak więc  pierwotny sukces „lokat w sztabki złota”, które przynajmniej na papierze przynosiły niezłe zyski. Ale żadna hossa nie trwa wiecznie i już od roku złoto nie aż tak atrakcyjne (spekulacyjnie oczywiście) jak na kilka lat wcześniej. Czytaj dalej

Euphoria rules

 

 

It’s again become impossible to know whether to laugh or cry.  One day the markets react with disappointment to ECB President Draghi’s vague statements (despite his declaring unequivocally that there is the possibility of buying up government treasuries on the primary market) – the next day markets are bursting with euphoria when the Spanish premier says he would consider accepting such aid from the ECB.  Unsurprisingly this logic defying display is completely over the head of the man in the street.  

 

In the meantime, of all the CEE countries, Poland is looking good.  Bond yields are at record lows.  The government recently issued ten year bonds at 4.7%.  This is low compared with such countries like Italy and Spain which have to borrow from the markets at 6 and 7 %. 

 

This is also not much higher than the current rate of inflation in Poland.  In buying Polish bonds, investors take into account the likely inflation rate a few years from the date of purchase.  Such optimism against a background of pretty dynamic prices bears witness to a high degree of optimism which leads to results such as the record level of the zloty to the euro (now around 4 euro – a level not seen since August of 2011).  We still can’t tell if this is a passing phase or a stable trend.  I would like it to be the latter but based on experience this is unlikely and as all passing phases, this too shall pass.  I have enjoyed the comments coming from City of London financiers who are capable of singing the praises of the Polish economy (relatively low debt, economic growth, strong domestic demand, a stable and responsible government) while closing zloty positions, citing slower growth, problems in keeping the deficit in check, a large portfolio of Swiss franc debt and a growing number of foreign creditors holding Polish bonds.  The market situation dictates the way events are interpreted.  When the euro falls, it will bring the zloty down with it.  We should view any mood swings with caution and not fall prey to euphoria.  It’s fairy dust and the same goes for the reactions to ECB statements or the lack thereof. 

 

In the markets one thing always holds true:  the financial markets like liquidity and will nearly always react positively in the short term when there is extra cash available whatever its source.   But according to another basic economic principle, monetary policy cannot create economic growth all by itself.  The appropriate economic policy can neither support nor hamper economic growth, but will not create growth out of nothing.  Mario Draghi is perfectly aware of this in appealing to governments to implement their planned reforms – liquidity will depend on this.  But as usual no one is paying attention.  The majority of politicians and market players are concerned with getting cash flowing here and now.  This will probably soon happen – Draghi just needs a little time to agree the principles with his German colleagues.  Then pre-announced moves can be put into action.  Even if he does not manage to thrash out an agreement, he will not leave Spain and especially not Italy without in the lurch.  The only thing is that this doesn’t solve the crucial problem of growth although undoubtedly most politicians will declare an end to the crisis as the ECB starts buying up Spanish and Italian bonds in bulk until …

 

… until market indicators worsen once again or until it is obvious that the market still doesn’t believe in the integrity of the euro zone and places France into the group of countries which have to be financed by the ECB.  What then awaits is a repeat of the current discussion, with the risk that there will be much more at stake – this time the very raison d’etre of the common currency.  The problems of France will automatically become the problems of Germany with all the consequences including partial loss of credibility and German bond yield increases.  Now German bonds are considered to be the safest in the world.  In the face of such a scenario, even Germany might opt for the collapse of the euro zone because it would just cost too much to prop it up.  Unfortunately the next steps in the race against the clock to save the euro are increasingly costly and riskier by the day.  We should repeat ad nauseam that the countries involved must beat the recession alone.  This is possible – one only need look to the example of the Baltic countries, to Ireland, and surely soon to the UK.  The advantage that these countries have is that they believe in one fundamental principle which is not the case in the countries of southern Europe – you have to go it alone and not count on anyone else.

  

Polska powinna być jak najbliżej europejskiego centrum

 
Znów rozpoczynają się dyskusje o tym, w jaki sposób można by się pozbyć Grecji ze strefy euro, lub jak nie doprowadzając do zupełnego fiaska europejskiego projektu pozostawić strefę euro wyłącznie w gronie odpowiedzialnych fiskalnie krajów. Wariantem alternatywnym -  w rozumieniu wielu – jest dalsze drukowanie pieniędzy, przy pogłębiającej się recesji i wymuszaniu na zagrożonych krajach kolejnych oszczędności. Czarno białe prezentowanie świata jak zwykle jest fałszywe. Niemniej dziś tak  właśnie postrzegana jest alternatywa. Wraz z upływem czasu dylemat ten wręcz się wyostrza, coraz większy jest sprzeciw wśród społeczeństw Południa wobec wprowadzanych oszczędności, ale też w krajach Północy rosną w siłę przeciwnicy finansowania zagrożonych krajów. Rośnie też poziom nastrojów antyeuropejskich. Jak na razie jednak w kwestii utrzymania wartości jaką jest Unia Europejska panuje silny konsensus wśród przywódców Europy. Ale tak nie musi być wiecznie. Już niedługo wybory wygrać mogą siły bardziej sceptyczne w stosunku do konceptu wiecznego finansowania krajów biednych przez kraje bogatsze. Może to być Finlandia, może Dania, a być może jeden z większych krajów Północy. Ten sposób myślenia jest dziś wyraźnie widoczny w Wielkiej Brytanii, gdzie premier Cameron, występując tym razem jako szef partii konserwatywnej, rozważał niedawno rozpisanie referendum w sprawie członkostwa w Unii. Tak czy inaczej cały projekt europejski jest na ostrym wirażu i seria prostych błędów może doprowadzić do katastrofy tego przedsięwzięcia. Pytanie jakie powinno być stanowisko i postawa Polski w tych sprawach.

 

To oczywiście nie od nas będzie zależało jaka przyszłość czeka w najbliższym czasie Grecję, Hiszpanię czy Włochy. Nie mamy też wpływu na strategię realizowaną przez EBC. Nie możemy jednak wyłącznie czekać z boku z założonymi rękami i obserwować jedynie przebieg procesu. Nie chodzi o to aby zgłaszać własne propozycje rozwiązania problemów w Europie ale o to aby określić strategiczne cele gospodarcze i polityczne.  Z politycznego punktu widzenia dylematu nie widać, Polska ze swoimi historycznymi doświadczeniami powinna dążyć do tego aby być w centrum Europy, wśród jej decydentów (z uwzględnieniem wszystkich proporcji). Aby było to możliwe Polska będzie musiała w niedalekiej przyszłości zaangażować się w pełni w projekt europejski. Aby to zrealizować niezbędne będzie przystąpienie do obszaru wspólnej waluty. I tu pojawia się pytanie ekonomiczne, czy nam się to opłaca. Nie jest to koncept specjalnie popularny w Polsce, ciężko też deklarować członkostwo w mechanizmie który znajduje się w okresie swej największej przebudowy. Jeśli przebudowa ta się uda i euro przetrwa, w obecnej lub zawężonej liczbie uczestników, to do takiego projektu musimy przystąpić. Ma szansę być to bowiem oaza stabilności i rozwoju.

 

Brzmi to dzisiaj zapewne zupełnie obco, ale restrukturyzacje przeprowadzane w kryzysie albo się nie udają lub też okazują się uzdrowieńcze. Elastyczny kurs walutowy zastąpimy wtedy niższymi kosztami transakcyjnymi i większą wiarygodnością.  Tak się stanie tylko w przypadku kiedy Europa wyjdzie z kryzysu wzmocniona. Coraz mniej osób chyba w to wierzy. Ale sceptycyzm liderów opinii nie może determinować naszej strategii wobec Europy. Nie możemy mieć postawy zupełnie pasywnej. Powinniśmy się zaangażować w ratowanie projektu europejskiego, oczywiście na miarę naszych możliwości. Uważam, że w dłuższym okresie jeśli wspólna Europa będzie polegać na oddaniu części zadań wspólnocie, to w Polskim interesie leży uczestnictwo w takim rozwiązaniu. Nie jesteśmy bowiem wyspą, ani też tak silnym bytem gospodarczym jak Wielka Brytania aby móc pozwolić sobie na zupełnie oddzielne funkcjonowanie. Nawet w przypadku Wielkiej Brytanii ta niezależność nie jest wcale taka pewna. Dla biznesu brytyjskiego strefa euro jest główną destynacją eksportową i powiązania gospodarcze są znacznie silniejsze niż wydaje się to tamtejszym politykom i opinii publicznej.

 

Polska jest znacznie bardzie zależna zarówno gospodarczo jak i politycznie od Europy. Nie jesteśmy aż tak silnie zintegrowani z Niemcami jak Czesi i chyba nigdy nie będziemy ze względu choćby na rozmiar naszego kraju i znacznie większy rynek wewnętrzny. Nie wspominając o zupełnie innym położeniu geopolitycznym. Dlatego nasza strategia powinna być w pełni europejska z możliwością dołączenia do centrum Europy wtedy kiedy będzie możliwe i uzasadnione. Paradoksalnie nowy podział Europy na Północ i Południe jest dla nas znacznie lepszy niż podział Wschód i Zachód. To trzeba wykorzystać.

 

Zrobiło się superoptymistycznie


Znów  mamy roller coaster nastrojów. Jednego dnia rynek z niezadowoleniem przyjmuje wciąż pozbawione konkretów deklaracje prezesa EBC, choć zadeklarował on jednoznacznie możliwość skupowania papierów rządowych na rynku pierwotnym, drugiego zaś – po deklaracji premiera Hiszpanii iż rozważyłby przyjęcie takiej pomocy ze strony EBC – na giełdach eksploduje euforia. Nie dziwię się przeciętnemu zjadaczowi chleba, który nic nie rozumie z takiego emocjonalnego zachowania rynku. To wygląda przecież na zupełnie pozbawione logiki.

 

W tym czasie na naszym podwórku ostatnie tygodnie to moda na Polskę. Rentowności (czyli oprocentowanie) polskich obligacje notują rekordowo niskie poziomy, ostatnio polski rząd sprzedał dziesięcioletnie obligacje oprocentowane na poziomie 4.7 proc. To mało w porównaniu z takimi krajami jak Włochy czy Hiszpania, które płacą odpowiednio 6 i 7 procent za pożyczanie na rynku pieniędzy. To też niewiele ponad poziom bieżącej inflacji w Polsce. Kupując obligacje inwestorzy biorą pod uwagę inflację za kilka lat, taka pewność przy bądź co bądź dość wysokiej dynamice cen świadczy o wysokim poziomie optymizmu. Skutkiem tego są rekordowe jak sytuację światową poziomy złotego wobec euro, tuż w pobliżu 4 złotych za wspólną walutę, czyli poziomu nie widzianego od sierpnia 2011 roku. Pytanie czy to przejściowa moda czy też trwały trend. Chciałbym aby był to trwały trend, ale doświadczenie pokazuje, że to raczej moda jest. A z modą jest tak, że pewnego dnia przemija. Uwielbiam komentarze zarządzających z londyńskiego citi, którzy jednym tchem wymieniają dzisiaj zalety polskiej gospodarki: relatywnie niski dług, wzrost gospodarczy, silny popyt wewnętrzny, stabilny i odpowiedzialny rząd. Ale ci sami zarządzający jutro, zamykając pozycje na złotym jednym tchem uzasadnią dlaczego to robią: spowalaniający wzrost, trudność z utrzymaniem zaplanowanego deficytu, wciąż duży portfel kredytów frankowych, rosnące zaangażowanie inwestorów zagranicznych w polski dług. Teza zostanie dobrana w zależności od sytuacji rynkowej. Jak się będzie waliło euro, walić się będzie również złoty.  Trzeba uważać na takie mody i nie popadać w hurraoptymizm, są one bowiem przemijające. Tak jak przemijające są reakcje na kolejne deklaracje, lub ich brak, ze strony EBC.

 

Na rynku jedna prawda zawsze się sprawdza: rynek finansowy lubi płynność, prawie zawsze będzie pozytywnie reagował w krótkim okresie jak ten lub drugi ekstra kasą sypnie. Ale inna fundamentalna zasada (tym razem ekonomii) mówi że nigdy jeszcze polityka monetarna sama z siebie nie stworzyła wzrostu gospodarczego. Właściwa polityka pieniężna może wzrost gospodarczy wspierać, niewłaściwa hamować, ale sama w sobie wzrostu nie wytworzy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę prezes Draghi, apelując do rządów o realizację zaplanowanych reform, od czego uzależnia wsparcie płynnościowe. Ale tak to zwykle bywa, nikt już nie zwraca uwagi na ten „stały element gry”, większości polityków i graczy rynkowych zależy na tym aby jak najszybciej tu i teraz popłynął strumień pieniędzy. I prawdopodobnie niedługo popłynie, Draghi potrzebuje trochę czasu aby uzgodnić ze swymi niemieckimi kolegami zasady na których zapowiedziane działania będą podejmowane. A nawet jeśli z nimi się nie dogada to i tak nie zostawi Hiszpanii, a przede wszystkim Włoch, w sytuacji odcięcia od płynności finansowej. Tyle tylko, że zasadniczych problemów wzrostu działania te nie rozwiążą. Zapewne jednak większość klasy politycznej ogłosi koniec kryzysu jak tyko EBC zacznie na większą skalę skupować hiszpański i włoski dług. Do czasu …

 

… do czasu, kiedy znów nie pogorszą się wskaźniki gospodarcze, albo okaże się, że rynek wciąż nie wierzy w integralność strefy euro i zaliczy Francję do grona krajów które muszą być finansowane przez EBC. Wtedy znów czeka nas powtórka z obecnej dyskusji, z ryzykiem że będzie ona dotyczyła znacznie poważniejszej stawki – sensu istnienia wspólnej waluty. Problemy Francji staną się automatycznie problemami Niemiec, ze wszystkimi konsekwencjami, włącznie z utratą części wiarygodności i ze wzrostem rentowności niemieckiego długu, który wciąż jeszcze ma opinię jednego z najbezpieczniejszych na świecie. W takim wariancie to nawet Niemcy mogłyby optować za rozpadem strefy euro, za dużo by ich bowiem podtrzymywanie tego bytu kosztowało. Niestety okrążając kolejne etapy wyścigu z czasem o podtrzymanie wspólnej waluty, kolejne okrążenia są coraz mniej bezpieczne i coraz kosztowniejsze. Do znudzenia należy powtarzać, że poszczególne kraje z recesji muszą się wyciągnąć same. A że jest to możliwe pokazują przykłady nie tylko krajów bałtyckich, ale również Irlandii, i niedługo jak sądzę Wielkiej Brytanii. Kraje te cechuje jedna fundamentalna zasada, której ciężko dopatrzeć się na południu Europy – trzeba pomóc sobie samemu nie licząc na innych.

 

Things have just got worse … again

 

Last week saw in a whole raft of very disturbing news.   Once again disaster was on everyone’s lips  while others said "I told you so".    In the eye of the storm was the news that Sicily and Valencia needed bailouts and that the yield on 10 year Spanish bonds had risen to 7.75%.  Spain is days’ away from bankruptcy and will be forced to ask for much more help than before  - probably around three to four hundred billion euro in order to finance the country’s basic needs.

All eyes are now on Italy where premier Monti’s declining popularity will shortly turn into a serious economic problem.   He has introduced  a number of essential and unpopular reforms, but six months after his team of experts took over the helm, the markets are once again demanding the same bond rates as at the end of Berlusconi’s reign.  Hence the question going around Italy now is "what was the point of Monti, sweat and tears if nothing has changed since Berlusconi?"  As I have said many times, the crisis is more political than economic because economic growth all depends on political resolve.  Italy’s problem is that there were no parliamentary elections resulting in a pro-reform majority, for against this backdrop of shrinking approval ratings, the government will find it increasingly difficult to get Parliament to approve any reasonable measures while markets expect a drying up of liquidity as is currently the situation in Spain.  At least a year will have to go by before the fruits of Monti’s reforms can be seen.

Fresh elections will not be enough, the only things that matter are the speed and depth of reforms.  The Spanish government is at last making the right changes but it is almost half a year too late.  The markets no longer believe that these reforms will spur growth in the short term.  No one is expecting any green shoots in Spain for at least two years.  The economy is falling into an ever deeper recession – the end of bad bank debt is nowhere in sight, not to mention the  financial problems facing Spanish regions.  The autonomous regions account for almost 40% of public finances.  For years the banks and the local authorities benefitted from the property boom but with today’s shrinking market they are both experiencing ever greater losses.  It is difficult to expect that in the short term this trend will change in any way.  However this time around, compared with Greece or Portugal, the sheer scale of the financial problems is impressive. Things have just got worse  …  again.

Last week  a member of the ECB Executive Board and then its President indicated how serious things were when they said that the ECB will defend the euro at all costs.  The director of the Austrian central bank and the deputy director of the ECB suggested granting the ESM a banking licence which was seen as showing the way in which it would be legally possible to finance indebted countries while using the mechanisms exclusive to the ECB.   President Draghi went even further, saying plainly that he will do everything possible to save the common currency.  The market is looking purely  at short term liquidity and this can only be granted in unlimited quantities by the ECB.  But that will still not solve the basic question about the prospect of growth in Europe.  This is a problem that the ECB will definitely not manage to solve.  This is in the hands of politicians and will depend on their resolve in implementing  difficult supply-side reforms.

In Poland one gets the impression that for many decision makers, the broader perspective got overshadowed by Euro 2012.  Recent comments by some of our politicians make it sound as if they had only just realized that the economy really is slowing down.  Some confusion about statistics produced an unusually warm final quarter for 2011.   Moreover the economy was artificially stimulated by infrastructure spending which has now fallen off considerably.  This is also the cause of the problems in the construction sector where it is estimated that in two years’  time building demand could be met by a construction sector which is a third of its current capacity.   What counts most for the authorities however,  is that a slowdown in consumption and a feeble increase in investment have an adverse impact on budgetary inflows which not everyone had expected.  Most probably next year will be worse than this one which makes it crucial to amend the 2013 budget.  Poland should be more committed to the rescue of the european project because it does concern us.  The relationship between the Spanish and Polish economies is much greater than one might imagine.  Especially when it comes to trade via Germany.  Meanwhile last week Germany for the first time glimpsed the prospect of having their rating cut.  In Poland, when contemplating emergency measures,  it is not enough to focus on tax hikes and a reduction in investments.  We have to also have to examine spending and speed up privatisation.  In this the Elewar scandal should help.