Znów chmury nad Europą

  

Hiszpania przejęła ostatnio miejsce Włoch jako kraju od którego zależeć może przyszłość Europy. Rosną rentowności hiszpańskich obligacji, a udany przetarg hiszpańskich papierów stał się wydarzeniem tygodnia. To pokazuje jak duże napięcie dzisiaj wywołują perspektywy Hiszpanii. Problemy hiszpańskiej gospodarki powiązane są przede wszystkim z wciąż znajdującym się w recesji rynkiem nieruchomości, z którym powiązany jest zarówno sektor bankowy, jak i pośrednio cała realna gospodarka, w tym rynek pracy i dochody podatkowe. Hiszpania w 2012 znajduje się w recesji, która jest szacowana na zapaść od 2 do nawet 3 procent. Wprowadzane oszczędności, również po stronie wydatkowej, w krótkim okresie zmniejszają siłę nabywczą społeczeństwa. Jednak przede wszystkim gospodarka Hiszpanii musi osiągnąć poziom równowagi, w tym głównie na rynku mieszkaniowym i dopiero od tego momentu będzie dopiero możliwy wzrost. Jak widać z danych taki moment jeszcze nie nastąpił.

 

A polityków europejskich uśpiło ostatnie kilka miesięcy, kiedy EBC zalał płynnością cały europejski rynek bankowy, dzięki czemu środków do zakupów obligacji było wręcz w nadmiarze. Ale, jak na łamach DGP wcześniej wspominałem, zalanie płynnością strukturalnych problemów Europy nie rozwiązało. Ten chwilowy błogostan uśpił też rynki finansowe, które przez pewien czas zaczęły wyceniać niejako koniec kryzysu w Europie. Krótko to jednak trwało i teraz znów mamy do czynienia z nerwowością, wynikającą przede wszystkim z ryzyka, że znów sytuacja wymknie się spod kontroli. Dzisiaj coraz częsciej można przeczytać szacunki co do potencjalnej restrukturyzacji hiszpańskiego długu. Na szczęście obecnie diabeł już nie taki straszny, udało się taki proces przeprowadzić w sposób kontrolowany i skuteczny w przypadku Grecji, tak samo można będzie więc działać w przypadku Hiszpanii. Sądze jednak, że o ile w przypadku Grecji restrukturyzacja długu była od początku przesądzona o tyle w przypadku Hiszpanii sprawa nie jest aż tak oczywista. Co do skali publicznego długu Hiszpania na tle Unii nie wypada słabo, jest on wciąż poniżej 80 procent w relacji do PKB. Gorzej z długiem prywatnym, który wciąż narasta, a co gorsza nie sposób rzetelnie ocenić jego skali. Wraz z dalszym spadkiem cen na rynku nieruchomości może dojść do znacznie głębszego niż obecnie pogorszenia kondycji zarówno przedsiębiorstw jak i finansujących ich banków, co w efekcie zwiększy skalę zadłużenia. I z takim właśnie procesem będziemy mieć do czynienia conajmniej przez cały bieżący rok. Stąd też niepewność rynków finansowych i obawy o czarny scenriusz. Wciąż daleko nam jeszcze do sytuacji w której możnaby stwierdzić, że najgorsze mamy już za sobą.

 

Wszelkie scanariusze rozpadu euro pojawiają się zwykle wtedy, gdy jeden z krajów przeżywa głębsze trudności. Nie zaliczyłbym jednak takiego rozwiązania do arsenału prawdopodobnych działań. Ale same już tylko obawy pogłębiają niepewność i pogarszają nastroje.  Przez najbliższe miesiące będziemy mieć do czynienia ze stałą huśtawką nastrojów, ważne aby politycy nie dali się po raz kolejny temu zwieść, tak jak uczynił to nowy premier Hiszpanii Rajoy. Zasilenie w płynność systemu bankowego przez EBC uśpiło czujność i zachęciło do odłożenia w czasie niezbędnych reform. A innej drogi niż żmudna i niepopularna dla krajów Południa nie ma. Rynek musi osiągnąć poziom równowagi, ważne jednak aby nie doprowadzić poprzez efekt domina do zapaści systemu bankowego i pośrednio całej gospodarki. Stąd też wydaje się niezbędne, drogą Stanów Zjednoczonych dokapitalizowanie banków, tak aby uniknąć czarnego scenariusza. W realnej gospodarce oprócz oszczędności kluczowe są reformy podażowe, w przypadku Hiszpanii szczególnie rynku pracy, po to aby zwiększyć elastyczność gospodarki.

 

Poza Hiszpanią wciąż bardzo trudna sytuacja jest w Portugalii, gdzie prawdopodobieństwo restrukturyzacji długu należy wycenić bardzo wysoko. Zacięło się też ostatnio we Włoszech, gdzie rząd premiera Monti’ego ma poważne trudności z przeprowadzeniem reformy rynku pracy. Te czarne chmury które znów zebrały się na Europą powinny pomóc reformatorom, bo niektórzy już uwierzyli, ze wystarczy. Niestety wychodzenie z kryzysu zadłużenia i utraty konkurencyjności będzie długotrwałe. I o tym nie można zapominać.

 

The euro is not to blame

  

Stefan Kawalec and Ernest Pytlarczyk state  that the fact that the euro cannot be devalued means it may not be possible to adjust competitiveness of euro zone economies which in turn may lead to their disorderly disintegration. To avoid this, they suggest an orderly dismantling of the currency but I personally don’t like either scenario.

 

The problems of various euro zone countries are not caused by the common currency but by faulty economic policies.  If responsible policies were in place a "simple adjustment instrument" would be superfluous.  Obviously without the euro, warning signs would have appeared earlier.  But the lack of such signs was not caused by the single currency but by european institutions giving the markets the wrong message.  But let’s look at things as they occurred.

 

Today the euro zone crisis usually refers to five countries:  Greece, Portugal, Ireland, Spain and Italy.  There we can see the problems caused by the existence of a common currency and how a return to national currencies could solve problems piling over the years.  Greece benefited amongst other things from a considerable drop in the cost of debt servicing.  Those savings were earmarked for current expenditure.  For the years that followed, despite competitiveness falling because of excessive wage growth, the Greek economy grew at a fast pace thanks to external financing.  Until 2009, the yield on Greek bonds was only at 0.3percent, which was higher than the yield on German bonds – all this with Greek debt already at 113 percent of GDP!  People often ask why financial market did not react to such high debt and stop Greece from taking on even more but the markets did not react, and the ECB treated Greek bonds the same as Germany bonds!  The market was giving out the message that Greek debt was safe.   Moreover european politicians themselves suggested that a euro zone country cannot go bankrupt – in other words – others will carry the Greek debt can.  It only emerged earlier this year that things don’t quite work like that and Greek debt underwent controlled restructuring.  Earlier, investors had received false signs from decision makers.  If they hadn’t, each of the euro zone country’s debt would have been assessed individually and Greece would never have got into debt of such unprecedented proportions.  Greece would have had to pay higher interest rates much sooner and the market would have stopped financing the debt several years earlier.  Adjustments to the Greek economy would most probably have started in the middle of last decade and been far lesser.  Portugal is facing a similar situation although this is thankfully more contained.

 

Spain and Ireland are another story.  Both of those countries had a responsible budgetary policy – at least on paper.  Spain’s deficit was low and in Ireland the budget was in surplus only no one seemed to notice that this was based on the boom in property prices.  Then the bubble burst, unleashing the current financial problems.  The property boom was caused above all by cheap money, or by excessively low interest rates which are the same for all countries in the euro zone. 

 

They were too low for both Spain and Ireland but if we look over to the US and Great Britain, both much larger countries but where very low interest rates also let to property prices spiralling out of control.  Both the FED and the Bank of England took decisions exclusively based on the needs of their own economies.  In other words,  excessively low rates are not just a problem of euro zone countries. 

 

If rates are too low – be it in euroland, the US or in the UK,  steps must be taken to keep the situation in check.  This means proper banking supervision.  These are the kind of measures that were implemented in Poland, namely the notorious "S" recommendation which restricted the supply of loans in foreign currencies which at the time were much more attractive than loans expressed in zloty.

 

In other words, the explosion in the cost of goods is not an exclusively euro zone feature.  This is why each country should use whatever means are necessary to fend off such imbalance.  In Ireland and Spain,  at the heart of the boom was the banking sector, the losses of which led to public debt in Ireland doubling in the course of one year.  In Spain, the unhealthy state of the banks do not permit the holders of Spanish bonds to sleep easy.  Where was banking supervision during the credit boom?

 

Italy suffered a lost decade.  There was neither wild growth in debt like in Greece nor a property boom.  In Italy and other countries, wages increased disproportionately and the country lost its competitiveness compared with its main trade partners and  in particular with Germany.  An example is the transfer of Fiat Panda production from Poland to a much more expensive Italy.  The Germans did exactly the opposite which explains their current account surplus of 5% GDP and the reverse trend occurring in the above mentioned countries (a shrinkage of 2 to 3% of GDP).  During that period Germany neither experienced a property boom nor did they increase their debt excessively, nor was there an excessive increase in wages.  Moreover, Germany transferred part of their production to central and eastern europe and took full advantage of the common currency which was cheap for them.  If it hadn’t been for the euro, they would not have enjoyed such an increase in their current account surplus.  Germany has benefitted for years from its membership of the common currency club  which means they would be somewhat affected if it disappeared.  The collapse of the euro zone would be a huge blow to the competitiveness of that country.  Now Italy is faced with the difficult task of following in Germany’s footsteps.

 

It took Germany ten years to reach its current position of strength.  This will be the case for countries like Ireland, Spain or Italy.  I don’t want to express an opinion on Greece because the situation there is much more difficult given the scale of the problems and the quality of the political class.  However, in other countries, growth in wages has to be curbed and there have to be supply side reforms which improve economic potential (deregulating the labour market, opening up access to heretofore closed professions and trades, an increase in the retirement age, privatisation).  All this is on the agenda in those countries.  It’s therefore not true to say that the only way to improve competitiveness is through fiscal adjustment in order to force internal devaluation.  Applying that same rhetoric, it is possible to say that Germany applied the policy of internal devaluation in the first decade of the millenium, curbing wage growth, deregulating the labour market and not using a budget deficit to stimulate the economy.  That kind of long term adjustment is not easy but undoubtedly safer than the shock therapy which leaving the euro zone would mean.

 

The collapse of the euro zone would most probably give rise to a greater crisis than the fall of the Lehman Brothers.  More importantly, we are not able, like on the 15th august 2008, to estimate the scale of devastation following such an event.  With today’s volatile financial markets, the exit of one single country, even of Greece, would transfer the attention of the markets and with it the valuation of debt securities, to another country, or to Portugal and then Spain and Italy which would anticipate the devaluation of their currencies.  This process would be difficult to control and it would result in a paralysis of trade and investments. 

 

This theory which is completely divorced from economic and political reality cannot be taken seriously and European politicians are doing everything to ensure this remains just a theory.   In the future, of course, there must be a formal procedure enabling a country to  legally leave the  euro zone if it so wishes.  Today such a possibility doesn’t even exist on paper.

 

There are no short cuts

  

While we can say that the US have left the worst behind them,  the euro zone has to face the unpleasant truth.  The zone is in a recession;  with economic indicators trending downwards, but to sweeten this bitter pill, we should mention that this is a light recession, bordering on stagnation.

 

In the light of the disastrous forecasts of the last six months, this is indeed quite an optimistic picture.  No one today fears a disorderly collapse of the euro zone because of Greek bankruptcy.  Greece has pulled off a coordinated restructuring of its debt which means that it will not repay part of its debt and this has been accepted by investors.  It was possible to do this in a completely controlled way and avoiding any market panic.  This is a very important lesson which shows how it is possible to declare insolvency if you are a member of the euro zone.  If there is such a need and most likely there is,  Portuguese debt will probably be restructured in the same way as the Greek.  Things will go more smoothly this time, although the biggest problem facing Europe – lack of growth prospects – will not go away.

 

The average size of public debt for euro zone countries is today 88 percent of GDP.  Even Germany who are held up as having an exemplary budgetary policy cannot boast about their public debt which stands at 82 percent of GDP.  To pay off the debt, economic growth is the most important remedy.  This today is the biggest challenge facing Europe.  Germany is held up as the shining example of  increased productivity and export expansion to new markets.  which  has been possible thanks to four factors:   wages kept in check, deregulated labour regulations, in addition to transferring a significant part of production to Poland and also thanks to the euro which for Germany is a cheap currency.  While in 2002 the German surplus on current account amounted to 2 percent GDP in 2011 it is already at 5.7 percent.  The Germans in this way made excellent use of the possibilities offered them by the expansion of the European Union and the creation of a common currency area.  The situation looks completely different in the countries of southern Europe.  Those countries are in recession.  Growth in Italy is forecast at -2 percent and the figure for Spain is even lower – at -3 percent.  Italy is in recession because the economy is not competitive and because of the austerity measures which in the short term choke growth.  Without growth there is no chance of reigning in the excessive debt of those states.  This means no chance of a significant improvement this year and probably not in 2013 either. This means that for the coming year we will remain in a state of uncertainty regarding growth prospects in the euro zone.  In comparison, the US are in much better shape.

 

While we are not facing a similar catastrophe like the collapse of the Lehman Brothers,  having to function in a permanent state of uncertainty makes people work feverishly to come up with ways of solving the problems faster than by the application of time consuming and unpopular reforms.  One such simple recipe is the division of the euro zone into countries intending to leave (thanks to which they will quickly recover their competitiveness, and those countries which will retain the common currency.  I do not however think that anyone in Europe is willing to apply that remedy for in economics, unlike in physics, it is not possible to experiment.  If the euro zone were split up, there would be a breakdown in trade and production.  It is not possible to predict the long term consequences.  The lesson of the  Lehman Brothers’ collapse is that politicians have been cured for all time of taking that sort of decision.  Of course the disorderly variation cannot be ruled out, but today, after the successful restructuring of the Greek debt, the risk of such a scenario is very small.  This of course does not mean that in the future no country will ever leave the euro zone.  It is essential to create a mechanism which will allow countries to slip out of the zone without creating shockwaves.   It cannot be ruled out that a country will want to leave in the future and the creators of the euro zone never envisaged that.  However it would be irresponsible to even entertain the idea in this current period of heightened tension and at a moment when markets are exerting pressure on other countries to go down that very path.

 

To nie euro jest przyczyną problemów

  

Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk twierdzą, że brak możliwości dewaluacji walut niesie ryzyko niemożności dostosowania konkurencyjności gospodarek strefy euro, a tym samym grozi jej niekontrolowanym rozpadem. Aby tego uniknąć, proponują rozpad kontrolowany. Nie sądzę jednak, aby ten drugi wariant był lepszy od pierwszego.


Problemy poszczególnych państw strefy euro nie wynikają z wprowadzenia wspólnej waluty, ale z błędów popełnionych w polityce gospodarczej. Gdyby polityka była odpowiedzialna, nie byłby potrzebny "prosty instrument dostosowawczy". Oczywiście, gdyby wspólnej waluty nie wprowadzono, zapewne wcześniej włączyłyby się sygnały ostrzegawcze. Jednak brak tych sygnałów nie był spowodowany faktem istnienia wspólnej waluty, ale wynikał z niewłaściwych sygnałów wysyłanych przez instytucje europejskie do rynków. Ale po kolei. 


Jeśli mówimy dziś o kryzysie w strefie euro, zwykle mamy na myśli pięć krajów: Grecję, Portugalię, Irlandię, Hiszpanię i Włochy. Na ich przykładach najlepiej prześledzić, za co można winić wspólną walutę i na ile powrót do walut narodowych rozwiązałby narosłe przez lata problemy. 
Grecja skorzystała na przyjęciu wspólnej waluty m.in. dzięki głębokiemu spadkowi kosztów obsługi długu. Oszczędności te przeznaczone zostały na bieżące wydatki. Przez kolejne lata pomimo relatywnego spadku konkurencyjności (z powodu nadmiernego wzrostu płac) grecka gospodarka utrzymywała wysokie tempo wzrostu dzięki finansowaniu zewnętrznemu. Do 2009 r. oprocentowanie greckich obligacji było tylko o 0,3 pkt proc. wyższe od niemieckich. A dług tego kraju wynosił już 113 proc. PKB. Często pada pytanie, dlaczego rynki finansowe nie reagowały na tak wysoki poziom długu, dlaczego nie powstrzymały Grecji przed nadmiernym zadłużeniem. Nie reagowały, gdyż Europejski Bank Centralny traktował greckie obligacje na równi z niemieckimi! Sygnał, jaki był przekazywany rynkom, był jednoznaczny – greckie obligacje są bezpieczne. Co więcej, politycy europejscy sami sugerowali, że kraj strefy euro nie może zbankrutować, czyli że za długi Grecji odpowiadają pozostali. To, że tak nie jest, zostało formalnie ogłoszone dopiero na początku tego roku, kiedy nastąpiła kontrolowana restrukturyzacja greckiego długu. Wcześniej inwestorzy otrzymywali fałszywe sygnały od decydentów. Gdyby nie one, dług każdego z krajów euro był traktowany niezależnie i osobno wyceniany. Nie doszłoby do nadmiernego zadłużenia kolebki demokracji, a przynajmniej nie w takiej skali. Znacznie wcześniej Grecja musiałaby płacić wyższe odsetki i rynek kilka lat wcześniej zaprzestałby finansowania jej długu. Dostosowanie greckiej gospodarki rozpoczęłoby się prawdopodobnie już w połowie zeszłej dekady i skala niezbędnego dostosowania byłaby mniejsza. Podobną sytuację, choć na szczęście mniejszą co do skali, mamy w Portugalii.


Hiszpania i Irlandia to inna historia. W obu tych krajach była prowadzona odpowiedzialna polityka budżetowa, przynajmniej na papierze. Mianowicie deficyty w Hiszpanii były niskie, a w Irlandii mieliśmy wręcz do czynienia z nadwyżką budżetową. Tyle że nikt nie uwzględniał tego, że dochody budżetowe były oparte na wielkim boomie rynku mieszkaniowego. Jego korekta doprowadziła do obecnych problemów gospodarczych. Boom na rynku nieruchomości wziął się przede wszystkim z taniego pieniądza, czyli zbyt niskich stóp procentowych, które są ustalane na tym samym poziomie dla wszystkich krajów strefy euro. Zarówno dla Hiszpanii, jak i Irlandii były one zbyt niskie, ale tuż obok mamy przykłady dwóch znacznie większych krajów, takich jak USA i Wielka Brytania, gdzie poziom stóp procentowych też był za niski i doprowadził w konsekwencji do podobnie nadmiernego wzrostu cen aktywów. A zarówno FED, jak i Bank Anglii podejmowały decyzje, uwzględniając wyłącznie potrzeby ich własnych gospodarek. Tak więc problem zbyt niskich stóp nie jest wyłącznie domeną krajów znajdujących się w strefie wspólnej waluty. 


Jednak jeśli już stopy są zbyt niskie, czy to w Eurolandzie, czy Stanach, czy w Wielkiej Brytanii, należy korzystać z arsenałów innych dostępnych środków kontroli, przede wszystkim leżących w gestii nadzoru bankowego. Tego typu środki były zresztą wprowadzone w Polsce, gdzie słynna rekomendacja S ograniczyła podaż kredytów w walutach obcych, które dzięki niższym stopom procentowym w momencie brania kredytu były tańsze niż złotowe. 


Innymi słowy, niekontrolowany wzrost na rynku aktywów nie jest wyłącznie cechą strefy euro. Dlatego każdy kraj powinien używać całego wachlarza instrumentów, aby do takich nierównowag nie dopuścić. W Irlandii i w Hiszpanii pośrednikiem w tym boomie był sektor bankowy, którego straty doprowadziły do podwojenia długu publicznego Irlandii w przeciągu jednego roku. W Hiszpanii niezdrowe portfele banków do dziś nie dają spokojnie spać posiadaczom obligacji tego kraju. Pytanie, gdzie był w okresie boomu kredytowego nadzór bankowy?


Z kolei Włochy to przykład straconej dekady, gdzie ani nie doszło do przyrostu zadłużenia, tak jak w Grecji, ale nie było też boomu na rynku nieruchomości. Tam, podobnie jak w pozostałych krajach, nadmiernie rosły płace i kraj ten tracił swą konkurencyjność wobec głównych parterów handlowych, w szczególności Niemiec. Choćby przez takie decyzje, jak przenoszenie produkcji Fiata Panda z tańszej Polski do droższych Włoch. Niemcy postępowali w tym czasie odwrotnie. Stąd przez ostatnią dekadę przyrost nadwyżki na rachunku obrotów bieżących Niemiec do 5 proc. PKB i ujemne wartości tego wskaźnika w opisanych powyżej krajach (od – 2 do – 3 proc.
PKB). Niemcy w tym okresie nie doświadczyły ani boomu na rynku nieruchomości, nie zwiększyły nadmiernie swego zadłużenia, nie podwyższały płac. Co więcej, przeniosły część swej produkcji do Europy Środkowo-Wschodniej i korzystały z komfortu, jaki im dawała wspólna, tania dla nich waluta. Gdyby nie było euro, nie byłoby takiej nadwyżki na ich rachunku obrotów bieżących. Krajem, któremu najmniej powinno zależeć na rozpadzie euro, są właśnie Niemcy, gdyż najbardziej gospodarczo na nim zyskały. Rozpad strefy euro na lata zniszczyły konkurencyjność tego kraju. A Włochom pozostaje trudna droga pójścia za niemieckim przykładem. 


Niemcom zajęło uzyskanie dzisiejszej silnej pozycji dekadę. Tak też będzie z takim krajami jak Irlandia, Hiszpania czy Włochy. Nie chcę się wypowiadać w sprawie Grecji, bo sytuacja jest tam znacznie trudniejsza, zarówno ze względu na skalę narosłych problemów, jak i jakość klasy politycznej. Jednak w pozostałych krajach musi nastąpić wstrzymanie przyrostu płac i reformy podażowe zwiększające potencjał gospodarki (liberalizacja kodeksu pracy, odblokowanie zamkniętych zawodów, podwyżka wieku emerytalnego, prywatyzacja). To wszystko jest na agendzie obecnie sprawujących władzę w tych krajach. Nie jest więc prawdą, że jedyną formą poprawy konkurencyjności gospodarki będzie dostosowanie fiskalne wymuszające wewnętrzną dewaluację. Trzymając się tej retoryki, można powiedzieć, że Niemcy stosowały politykę wewnętrznej dewaluacji w latach 2000., trzymając płace w ryzach, liberalizując rynek pracy i nie pobudzając gospodarki za pomocą deficytu budżetowego. Takie długotrwałe dostosowanie nie jest łatwe, ale na pewno bezpieczniejsze niż szokowe, za pomocą opuszczenia wspólnego obszaru walutowego.


Rozpad strefy euro wywołałby prawdopodobnie wstrząs większy od upadku Lehman Brothers. Co najważniejsze, nie jesteśmy w stanie – podobnie jak 15 sierpnia 2008 – ocenić skali spustoszenia po tym wydarzeniu. Dziś przy rozedrganych rynkach finansowych wyjście jednego kraju, nawet Grecji, przeniesie uwagę rynku – i automatycznie też wycenę papierów dłużnych – na kolejny kraj, czyli na Portugalię, a potem na Hiszpanię i Włochy, wyceniając przyszłą dewaluację ich walut. Proces ten byłby trudny do opanowania, a jego skutkiem ekonomicznym byłby paraliż wymiany handlowej i inwestycji. 


Koncept teoretyczny, oderwany od zarówno realiów gospodarczych, jak i politycznych, nie może być traktowany poważnie. Dziś politycy europejscy zrobią wszystko, aby do takiego wariantu nie dopuścić. W przyszłości oczywiście musi istnieć formalna furtka do wyjścia ze strefy euro, ale nie po to, aby ratować euro, ale po to, aby taka ścieżka miała swoją procedurę i ramy prawne. Każdy kraj musi mieć bowiem możliwość opuszczenia obszaru wspólnej waluty. A dziś nawet formalnie nie jesteśmy do takiego procesu przygotowani. 

 

Nie ma drogi na skróty

  

O ile o Stanach Zjednoczonych można powiedzieć, że najgorsze mają już za sobą, o tyle w strefie euro nie sposób ukryć smutnej prawdy. Eurostrefa jest w recesji, dominuje trend spadkowy. Aby jednak nieco osłodzić ten pesymistyczny obraz, trzeba wspomnieć, że jest to lekka recesja, na pograniczu stagnacji.

 

A to w porównaniu z katastroficznymi prognozami sprzed pół roku i tak jest scenariusz optymistyczny. Nikt dziś już nie obawia się ryzyka niekontrolowanego rozpadu strefy euro z powodu bankructwa Aten. Grecja dokonała skoordynowanej restrukturyzacji długu, czyli nie spłaciła i nie spłaci części swych zobowiązań, a inwestorzy to zaakceptowali. Co ważne, udało się to przeprowadzić w sposób w pełni kontrolowany i bez jakiejkolwiek paniki rynkowej. To bardzo ważna lekcja, która pokazuje, jak w sposób cywilizowany przeprowadzić upadłość kraju należącego do strefy euro. Jeśli będzie taka potrzeba – a wiele wskazuje na to, że będzie – restrukturyzacja portugalskiego długu będzie przebiegała według greckiego schematu. O tyle jest dzisiaj łatwiej. Wciąż jednak nierozwiązany pozostaje najważniejszy problem Starego Kontynentu: brak perspektyw wzrostu. 

 

Przeciętna wysokość długu publicznego dla krajów strefy euro to dzisiaj 88 proc. PKB. Nawet Niemcy, podawane jako przykład odpowiedzialnej polityki budżetowej, nie mogą się pochwalić niskim długiem publicznym – wskaźnik ten dla naszego zachodniego sąsiada wynosi 82 proc. PKB. Aby spłacać dług, potrzebny jest przede wszystkim wzrost gospodarczy, i jest to dzisiaj najważniejsze wyzwanie Europy. I tu znowu najczęściej przywoływane są Niemcy jako ilustracja skutecznego zwiększania wydajności produkcji i ekspansji eksportowej na nowe rynki. Udało się to zrobić dzięki czterem czynnikom: utrzymaniu w ryzach płac, liberalizacji kodeksu pracy, przeniesieniu znacznej części produkcji do naszej części Europy, a także dzięki taniej walucie, jaką jest dla Niemiec euro. O ile w 2002 r. niemiecka nadwyżka na rachunku obrotów bieżących wynosiła 2 proc. PKB, o tyle w roku 2011 już 5,7 proc. PKB. Niemcy w doskonały sposób wykorzystali możliwości, które dało rozszerzenie Unii Europejskiej i utworzenie wspólnego obszaru walutowego. Zupełnie inaczej wygląda to w krajach południa Europy. Tam już panuje recesja. Wzrost we Włoszech prognozowany jest na -2 proc., a w Hiszpanii nawet na -3 proc. Recesja we Włoszech to wynik braku konkurencyjności gospodarki oraz wprowadzanych reform oszczędnościowych, które w krótkiej perspektywie duszą wzrost. A bez wzrostu nie ma szans na ograniczenie nadmiernego zadłużenia tych państw. Nie ma więc co liczyć na zasadniczą poprawę zarówno w tym roku, jak i prawdopodbnie w 2013 r. To oznacza, że co najmniej przez najbliższy rok pozostaniemy w niepewności co do perspektyw wzrostu w strefie euro. Na tym tle kondycja Stanów Zjednoczonych wygląda wyjątkowo korzystnie.

 

O ile nie grozi nam załamanie podobne do tego z okresu upadku Lehman Brothers, to funkcjonowanie w stałej niepewności rodzi różne pomysły na to, jak problemy te rozwiązać szybciej niż poprzez czasochłonne i niepopularne reformy. Jedną z takich prostych recept jest podział strefy euro na kraje, które ją opuszczą, dzięki czemu szybko odzyskają konkurencyjność, i te, które pozostaną przy wspólnej walucie. Nie sądzę jednak, aby tego typu recepty ktokolwiek w Europie chciał zastosować. W ekonomii bowiem, w przeciwieństwie do fizyki, nie można przeprowadzić eksperymentu. W razie podziału strefy euro nastąpi głębokie załamanie handlu i produkcji. Długotrwałość tego procesu i jego skutków nie sposób przewidzieć. Doświadczenia z upadku Lehman Brothers na trwałe zniechęciły polityków do podejmowania tego typu radykalnych decyzji. Nie można oczywiście wykluczyć wariantu niekontrolowanego, ale dzisiaj, po udanej restrukturyzacji greckiego długu, ryzyko takiego scenariusza jest bardzo małe. Nie oznacza to oczywiście, że w przyszłości żaden kraj nigdy nie opuści wspólnej waluty. Niezbędne jest stworzenie mechanizmu, który pozwoli na spokojne i formalne porzucenie euro. Nie można bowiem zakładać, że w przyszłości nikt nigdy nie będzie chciał euro opuścić, a twórcy wspólnej waluty nie określili warunków wyjścia. Ale dokonywanie tego teraz, w okresie podwyższonej nerwowości, z ryzykiem wywołania presji rynkowej na inne kraje, aby podążyły tą samą drogą, byłoby skrajnie nieodpowiedzialne.

 

 

Emerytalne pytania bez odpowiedzi

 

Z dnia na dzień dowiadujemy się o nowych szczegółach zawartego w zeszłym tygodniu porozumienia emerytalnego. Niezłym zaskoczeniem była informacja o tym, że wcześniej przechodzący na emerytury rolnicy nie będą ich finansować ze swego kapitału, tylko z budżetu. Jeśli to prawda, przydałoby się zapytać dlaczego rolnik ma być inaczej traktowany niż kobieta, o którą tak bardzo przedstawiciele PSL-u się troszczyli. Innym zaskakującym rozwiązaniem jest możliwość łączenia częściowej emerytury z pracą. Przecież częściowe miały być dla tych którym ciężko będzie o pracę w tym wieku. Można się domyślać, że pomysłodawcom chodziło o to, aby system pozostał samofinansującym bez negatywnego wpływu na rynek pracy. Nie sądze jednak aby było to możliwe w praktyce.

 

Teoretycznie, kobieta przechodząca na cząstkową emeryturę w wieku 62 lat, zachowując stanowisko pracy, nadal kontrybuuje do sytemu płacąc składki, a emeryturę pobiera z własnego zgromadzonego kapitału. Wygląda na neutralne. Tyle, że po co stwarzać taką możliwość osobie która i tak pracę ma? A co z bezrobotną w wieku 62 lat? Nadal będzie mogła pobierać zasiłek dla bezrobotnych, czy urząd pracy zmusi ją do przejścia na cząstkową niską emeryturę? A czy w przypadku zatrudnionych nie będziemy mieli do czynienia z masowym zjawiskiem wypychania na emerytury osób które właśnie osiągnęły wiek uprawniający do częściowego świadczenia? Albo najbardziej prawdopodobne rozwiązanie – kobieta przechodzi na częściową emeryturę zachowując miejsce pracy, a pracodawca ją zwalnia przed 63 rokiem życia, tak aby nie zdążyła wejść w okres ochronny. To chyba nie o to chodziło? To tylko kilka przykładów które pokazują jak rozwiązanie neutralne w teorii, w praktyce neutralne nie będzie. I co najważniejsze, doprowadzi w konsekwencji do niższej aktywności zawodowej Polaków i niższych emerytur, w porównaniu z wersją pierwotną.

 

Rozumiem, że politycznie trzeba było się jakoś dogadać. Dobrze byłoby jednak aby pomysłodawcy mieli świdomość ryzyk związnych z tzw. kompromisem emerytalnym i byli w stanie zminimalizować te ryzyka na etapie opracowania ustawy. Pamiętajmy, że doświadczenia światowe pokazują, że wszelkie wyłomy zawsze tworzą pokusę nadużyć. Najlepszym i jedynym skutecznym rozwiązaniem będzie w niedalekiej przyszłości przywrócenie pierwotnej wersji, bez wyjątków i ulg. No bo jak uzasadnić wspólny docelowy wiek emerytalny dla obu płci, ale różny dla kobiet i mężczyzn w przypadku emerytur częściowych. I dlaczego 62 a nie na przykład 63, lub 64? I skąd ta asymetria? Chyba tylko z postsocjalistycznego myślenia, kiedy kobiety powszechnie uważano za słabsze (w pracach fizycznych) i nie będące w stanie pracować tak długo jak mężczyźni, a do tego z całą masą ważnych zadań domowych do wykonania (których oczywiście mężczyźni wykonywać nie są w stanie). I to patriarchalne myślenie, jak widać, kolejny raz wygrało w polskim parlamenecie.  

 

Wraz z podwyżką wieku emerytalnego uzgodniono zmiany w zasadach opłacania składek za kobiety prowadzące działalność gospodarczą i będą one od teraz traktowane na takich samych zasadach jak w te na etacie. W końcu! Najwyższy czas odejść od podziału na Polskę etatową i nieetatową. W przyszłości praca będzie coraz mniej etatowa, rosnąć bedzie znaczenie elastycznych form zatrudnienia. Nie wspominając o potrzebie stałego kształcenia jak i przekwalifikowania. W takiej,  zupełnie innej od końcówki lat 80-ych rzeczywistości przyjdzie nam żyć za dekadę, może chwilę później. Tak samo z rodzajem prac jakie wykonujemy. Zauważmy, że krajach od nas bogatszych część prac wykonywana w Polsce przez specjlanie w tym celu zatrudnione osoby, tam jest zwykle zautomatyzowana. Większość parkingów jest w obsługiwana bez ingerencji człowieka, u nas wciąż dominuja praca rąk ludzkich. Ta różnica nie wynika w zapóźnienia technologicznego a jedynie z różnicy w poziomie płac. Przy dalszym wzroście wynagrodzeń w naszym kraju w pewnym momencie zostanie przekroczony próg powyżej którego bardziej będzie opłacalne zautomatyzowanie procesu parkowania niż opłacanie wynagrodzenia pilnującym. Tak samo w supermarketach, gdzie skanowanie zakupów będzie odbywało się wyłącznie automatycznie, bez udziału człowieka. A jeszcze dwadzieścia lat temu sprzedający musiał posiadać umiejętność zapamiętywania cen jak również ręcznego dodawania w słupkach na papierowych workach w które pakowano zakupione produkty. Ta świadomość zmieniających się czasów wciąż jak widać z rzadka pojawia się w polskim parlamencie, gdzie dominują schematy myślowe z minionej epoki i często zupełny brak kontaktu ze światem realnym. Na pocieszenie, wsłuchując się debatę prezydencką we Francji, widać że nie jesteśmy w tym odosobnieni.

 

Na koniec krótkie podsumowanie. To dobrze, że szkielet wprowadzanych zmian w systemie emerytalnym został nienaruszony. Na szczęscie odrzucono wszelkie szalone pomysły rozkładania tej decyzji na raty, czy też wiązania wieku emerytalnego z liczbą urodzonych dzieci.  Ale pomysł emerytur częściowych w znacznym stopniu zaprzecza sensowności całej zmiany. Na początku przyszłej kadencji należałoby zacząć od wyczyszczenia systemu z tych nieszczęśliwych rozwiązań.