Kryzys przywództwa 2011

Gdyby starać się podsumować jednym zdaniem cały miniony rok wskazując na główną porażkę w skali globalnej to byłby nią brak przywództwa. Przez cały rok przywódcy Europy próbując rozwiązać kryzys zadłużenia wykazali się raczej brakiem podejścia strategicznego i wizji nowoczesnej Europy. Kolejne szczyty ostatniej szansy nie rozwiązały problemu, co gorsza pod koniec 2011 roku kryzys finansowy w Europie wygląda znacznie poważniej niż jeszcze rok temu. O ile na początku 2011 roku główna obawa dotyczyła ryzyka utraty płynności Hiszpanii, o tyle teraz ryzyko utraty płynności dotyczy siódmej największej gospodarki świata. Niewłaściwe zarządzanie w kryzysie doprowadziło to tego, że Włochy które od lat były w stanie obsługiwać swój dług na poziomie 120 proc PKB utraciły wiarygodność jako kraj który jest w stanie obsługiwać swój dług. Gdyby dwa lata temu doprowadzić do normalnego bankructwa Grecji, z przejęciem za nią odpowiedzialności przez MFW, dziś nie mielibyśmy problemu Włoch.

Brak przywództwa widać nie tylko w Europie ale i na całym świecie. Ameryka dziś nie czuje się odpowiedzialna za losy świata, ma wystarczająco własnych problemów aby zajmować się problemami innych. Stąd też ich strategia gospodarcza na wychodzenie z kryzysu m.in. poprzez politykę QE (monetarnego luzowania) czyli drukowania wciąż najbardziej pożądanej waluty świata. To podtrzymywanie popytu prowadzi w dłuższy okresie do wzrostu nierównowag na świecie, w krótkim okresie może jednak dać Ameryce dodatkowy wzrost. Zgodnie z teorią ekonomii dolanie pieniądza do gospodarki realnego wzrostu nie tworzy, wywołuje wyłącznie inflację (ale nie od razu). W przypadku USA jednak polityka FED wpływa nie tylko na gospodarkę amerykańską ale na gospodarkę całego świata, negatywnie też. 

Amerykanie za bardzo tym się jednak nie przejmują. Nie jest też dla mnie zrozumiała postawa krajów pozostających poza strefą euro w sprawie Włoch. O ile problem Grecji, czy nawet Portugalii, Irlandii i Hiszpanii był problemem wciąż jednak europejskim o tyle wyzwanie związane z płynnością Włoch jest już problemem globalnym. Utrata płynności przez siódmą gospodarkę świata nie będzie wyłącznie problemem Starego Kontynentu, ale również i kontynentów pozostałych. Kiedy widać, że Europejczycy sami nie radzą sobie z problemem do akcji powinny wkroczyć największe potęgi gospodarcze świata włączając w to Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, za pośrednictwem MFW. Jak na razie mamy niestety wręcz z odwrotną tendencją: wypchnięciem de facto Wielkiej Brytanii ze spraw europejskich i zupełnie ambiwalentną postawę USA.

No może przesadziłem, z tą ambiwalencją, wystarczy przypomnieć wizytę Thimothy Garthnera we Wrocławiu nawołującego do rozwiązywania kryzysu w sposób podobny jak postąpili Amerykanie po upadku Lehman Brothers. Przypomnę tylko, że na reakcje Europejczyków na tego typu wypowiedzi była, używając języka dyplomacji, niezbyt entuzjastyczna. A szkoda, bo amerykański sposób rozwiązywania kryzysu zadłużenia okazał się skuteczny. Jeszcze kilka miesięcy temu na sugestie MFW wskazujące na potrzebę dokapitalizowania banków Europejczycy reagowali alergią. Dzisiaj jest już jasne, że banki w Europie muszą zaabsorbować straty związane z niewypłacalnością krajów peryferyjnych. Obawiam się, że kwota niezbędnego dokapitalizowania będzie znacznie wyższa niż 100 mld euro oszacowane na jednym z ostatnich szczytów europejskich. Wciąż jednak decydenci europejscy są kilka kroków za wydarzeniami. A inni stoją z boku, uznając, że to problem wciąż wyłącznie europejski.

W tym roku odbyło się już kilka szczytów europejskich, w tym kilka z nich ostatniej szansy. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ich celem było uspokojenie rynków finansowych a nie realne rozwiązanie prawdziwych problemów. Dzisiejszy przywódcy najchętniej wyłączyliby ocenę rynków finansowych i pozostawili sytuację gospodarczą taką jaką jest, no być może z wyjątkiem Grecji, którą po dwóch latach kryzysu większość już jest skłonna uznać za bankruta. Zrzucanie winy za obecny kryzys na rynki finansowe jest dokładnie tak jak z oskarżaniem termometru na gorączkę. Termometr doskonały nie jest, a źle używany niedokładnie mierzy. Ale mierzy. A gorączka jest efektem wielu lat, utraty konkurencyjności i przyrostu zadłużenia. No cóż, do wielu polityków europejskich to nie dociera.

Rok 2011 to kryzys przywództwa. Nie widać dziś w Europie polityków, którzy byliby w stanie podejmować decyzje wbrew sondażom opinii publicznej, decyzje których celem byłyby efekty długofalowe, takie które trzeba by społeczeństwu tłumaczyć ryzykując swą popularność i polityczne poparcie. Szkoda, bo dzisiejsze wyzwania takich właśnie decyzji wymagają.

Prognozy na 2012

2011 był całkiem udany dla Polski. Pomimo krążącego nad Europą widma recesji, a przynajmniej stagnacji, w kończących się 2011 roku negatywne zjawiska do nas jeszcze nie zdołały dotrzeć. Zakończymy ten rok ze wzrostem gospodarczym powyżej 4 procent i poziomem bezrobocia mierzonym według standardów Unii Europejskiej poniżej średniej unijnej. Rok 2011 udało się przejść bez większych zawirowań politycznych co jest ewenementem na tle Europy. Wyniki przedsiębiorstw niefinansowych były najwyższe w okresie całej transformacji. Zyski sektora bankowego też będą należeć do rekordowych. No i był to okres rekordowego wykorzystania środków unijnych. Nie wspominając o wyjątkowo łagodnej pogodzie, bez powodzi i z ciepłą zimą. Czyli nie było najgorzej. Ale też kilku istotnych dla gospodarki spraw się nie udało. Nie ruszono, choć w końcu zapowiedziano, reform strukturalnych. Mało było prawdziwej prywatyzacji, uwaga opinii publicznej została skupiona na wielkich projektach upubliczniania spółek państwowych. Proces ten też oczywiście ma swoją wartość, ale prawdziwą prywatyzacją nie jest. 2011 rok to również okres obniżki składki na OFE. Nie było też chyba zbyt wielu osiągnięć w zakresie deregulacji czy np. zwiększenia efektywności sądownictwa w Polsce. Co prawda budowa dróg w 2011 kojarzy się z opóźnieniami, ale na tle zastoju w kolei, drogownictwo wypada wyjątkowo korzystnie.

2012 rok będzie znacznie trudniejszy. Przede wszystkim ze względu na kryzys w strefie euro i ryzyko wejścia gospodarki europejskiej w recesję. Najgroźniejszym skutkiem ubocznym niepewności z którą mamy do czynienia jest wstrzymywanie inwestycji przez przedsiębiorców nie tylko w Polsce ale i w całej Europie. Innym czynnikiem, widocznym szczególnie w ostatnich miesiącach, jest osłabianie się walut rynków wschodzących, w tym szczególnie złotego. O ile słaby złoty pomaga eksporterom i sprzyja dodatniej kontrybucji eksportu netto do wzrostu gospodarczego o tyle obserwowana wysoka zmienność kursu walutowego zamraża jakikolwiek długofalowy proces inwestycyjny i jego planowanie.

Nadchodzące spowolnienie gospodarcze będzie przebiegało inaczej niż to z którym mieliśmy do czynienia w 2009 roku. Z jednej strony jesteśmy bogatsi o doświadczenia 2009 roku, a gospodarka na progu nowego roku jest znacznie bardzie zbilansowana niż ta w roku 2009 (z wyjątkiem finansów publicznych). Z drugiej zaś strony znacznie wyższy poziom długu do PKB niż pod koniec 2008 roku wytwarza większą presję rynkową. W roku 2012 nie można też oczekiwać przyrostu wydatków publicznych jaki miał miejsce w 2009, nie wspominając o efekcie redukcji składki rentowej w owym okresie. Dla przypomnienia, tym razem składka zamiast spaść, lekko nawet wzrośnie, co oznaczać będzie ograniczenie a nie wzrost dochodów do dyspozycji. Tak więc w roku 2012 nasze możliwości krótkoterminowych manewrów będą znacznie ograniczone. Nie można więc oczekiwać, że reakcja gospodarki będzie podobna do obserwowanej trzy lata temu.

Polska w 2012 będzie się prawdopodobnie rozwijała się w tempie pomiędzy 2 a 3 procent (spodziewam się dynamiki 2.8%) bazując na konsumpcji prywatnej i eksporcie netto. Należy spodziewać się wyższej niż założona w budżecie średniorocznej inflacji i wciąż jednak słabego złotego. Przyjmując takie szacunki, wnioski dla polityki gospodarczej na 2012 rok są następujące. Niezbędne jest jak najszybsze wprowadzenie pakietu zapowiedzianego w expose wraz z szeregiem dodatkowych zmian (przede w wszystkim w ochronie zdrowia i rentach inwalidzkich) gdyż może okazać się, że zaproponowany zakres reform jest niewystarczający. Bowiem w przypadku głębszego niż się spodziewano spowolnienia do dyspozycji zostaną wyłącznie podwyżki podatków i ograniczenie wydatków inwestycyjnych. Ważne jest aby ruszyć z prywatyzacją wracając do starych sprawdzonych reguł, gdzie dokonywana jest sprzedaż przedsiębiorstwa inwestorowi branżowemu, co daje też możliwość uzyskania wyższej ceny.

Za strefę euro przyjdzie nam jedynie trzymać kciuki. To tam rozstrzygną się główne wydarzenia determinujące dynamikę wzrostu gospodarczego w naszym kraju w 2012 roku. W Europie w przyszłym roku spodziewam się stagnacji, lub lekkiej recesji i dużej zmienności na rynku ze względu na utrzymujące się problemy strukturalne i wciąż nierozwiązany kryzys zadłużenia. Mam nadzieje, że nie dojdzie do rozpadu strefy euro, a niezbędne reformy, szczególnie te podażowe, będą (aczkolwiek powoli) wprowadzane. Nie spodziewałbym się jednak pozytywnego przełomu, ze względu na niechęć europejskiej klasy politycznej do rewolucyjnych zmian. Europa będzie się więc czołgać, miejmy nadzieje że przynajmniej we właściwym kierunku. Wychodzenie z kryzysu w Europie będzie trwało latami. Na tym tle Polska może dryfować z tempem wzrostu między 2 a 3 procent, lub też zawalczyć o ponad 4 procentowe tempo w dłuższej perspektywie wprowadzając głębokie reformy podażowe. Jak na razie okoliczności sprzyjają.

The summit was a political failure but economic success

Last week’s EU summit was a political failure. The UK’s rejection of the conclusions unequivocally means that London’s influence on the future of Europe will be diminished. I will leave it to historians and political analysts to judge the final repercussions. From the economic standpoint the summit was not a failure. The major decision taken by European leaders to return to the IMF fold has received sparse comment. Europe has thus openly admitted that it is unable to cope with Italy’s debt singlehandedly. And it’s a good thing that this was finally put on the table because it has been true for a long time. All other attempts to save the eurozone have failed. The return to the classic methods which were seen at first to be avoided at all costs is further proof that the two year old Greek crisis should have in fact been resolved by the IMF. In the short term, the financial markets are concerned principally about Italian liquidity but the medium term should not be ignored. Of crucial importance is whether Italy will get back on the path of growth. The plan submitted recently by Premier Monti does not just envisage a 30 billion euro deficit reduction over a period of three years but also reforms such as the extending of opening times of shops or tax reductions in order to attract more women on to the labour market.

The package will surely be approved this month by the Italian parliament but no one knows how long the current political consensus will last. When the ECB assumed responsibility for the Italian debt before, this immediately relieved former premier Berlusconi from the pressure of implementing reforms. The IMF offer guarantees that this will not happen as IMF help is dependent on what the reforms achieve. Clearly the biggest mistake made by Europeans at this stage of the crisis was the decision to try and solve the eurozone countries fiscal problems strictly within the confines of the eurozone club.

Now after almost two years of muddling through, the simple conclusion is that the EU does not have tried and tested mechanisms for getting out of the kind of mess it’s in and that all shortcuts lead to even greater disaster.

The initial decision to enlarge the role of the IMF doesn’t at all mean that we are home and dry. Firstly the IMF must obtain pledges for the funds and then get a mandate to save Italy. The last prime minister was unable to request that aid as he was not convinced that Italy was in danger and that anyway the responsibility for liquidity aid lay with the ECB. Mario Monti has a better understanding of the situation and will not hesitate to ask the IMF for help. This decision is crucial for the solution of the european debt problem. Poland’s role is still very limited. The debate on whether or not part of the NBP’s reserves should be made available to the IMF has no foundation. These are simply the obligations which we agreed to when we signed up to participating in the global financial system. Moreover the NBP statement regarding readiness to pay loans against interest into the Fund will not reduce the reserves of the central Bank. Whichever way you look at it this is what world order depends on – helping those in need. It is in our interests to save Italy for if this country goes under, the whole of the eurozone could collapse and Poland would not be unaffected. The main problem of the summit (apart from the lack of agreement amongst the 27 countries) is the lack of details concerning the solutions adopted. It would be useful to quickly divide up the agreed sum of 200 billion euro for the IMF and work out in detail the application of automatic sanctions which would be applied by the European Commission and pressed home by the Court of Justice. It would also be necessary to accurately describe the conditions according to which such a process would work and to demonstrate that it is automatic rather than discretionary. The same would apply to introducing German rules on debt and deficit into national legislation – a timetable for their implementation would be useful. Questions regarding the details remain but things are going in the right direction. Dangerous notions such as eurobonds or unlimited ECB purchasing of bonds issued by countries under threat have been thrown out. What has remained is the IMF and the resolve to make sure that this doesn’t happen again. It’s crucial that these arrangements be implemented without delay.

Szyt był porażką polityczną. Nie gospodarczą

Zeszłotygodniowy szczyt unijny był porażką polityczną. Odrzucenie przez Wielką Brytanię ustaleń szczytu jest bez wątpienia wydarzeniem historycznym, zmniejszającym wpływ Londynu na losy Europy. Pozostawiam historykom i analitykom politycznym czy taki musiał być ostateczny efekt tego spotkania. Gospodarczo jednak nie można zaliczyć szczytu do nieudanych. Najważniejsza z decyzji podjętych przez przywódców europejskich jest rzadko komentowana, a jest nią powrót do gry Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ta decyzja jest de facto przyznaniem się Europy, że sama sobie z problemem zadłużenia Włoch nie poradzi. I dobrze że w końcu zostało to jasno powiedziane, bo taka jest od dawna prawda. Wszelkie inne sposoby ratowania strefy euro nie powiodły się. Powrót do standardowych metod, od których próbowano za wszelką cenę uciec, jest wyłącznie dowodem na to, że już grecki kryzys, ten sprzed dwóch lat, należało rozwiązywać właśnie za pomocą MFW. W krótkim okresie rynki finansowe martwią się głównie o utratę płynności Włoch. Nie bez znaczenia jest jednak średniookresowa perspektywa, dla której kluczową jest odpowiedź na pytanie czy Włochy wejdą niedługo na ścieżkę wzrostu. Plan przedstawiony ostatnio przez premiera Montiego przewiduje nie tylko redukcję deficytu o 30 mld euro w ciągu trzech lat ale także reformy liberalizujące, w tym np. wydłużenie godzin pracy sklepów czy też redukcje podatków w celu zaktywizowania kobiet na rynku pracy. Pakiet zapewne zostanie jeszcze w tym miesiącu przyjęty we włoskim parlamencie, ale nie ma pewności jak długo będzie trwał ten miły konsensus polityczny. Jak pokazała historia, przejęcie odpowiedzialności za włoski dług przez EBC natychmiast zniosło jakąkolwiek presję na premiera Berlusconiego do wprowadzania reform. MFW daje gwarancje, że tak się nie stanie, gdyż pomoc Funduszu jest uzależniona od postępu reform. Ewidentnie, największym błędem Europejczyków w tej fazie kryzysu była decyzja aby problemy fiskalne skrajów strefy euro rozwiązywać wyłącznie w gronie członków klubu. Z dzisiejszej perspektywy widać, że musiały minąć prawie dwa lata prób i pomyłek aby dojść do prostego wniosku, że UE nie ma wypracowanych mechanizmów wychodzenia z tego typu kryzysów, a że wszelkie drogi na skróty zwykle kończą się jeszcze większą katastrofą. Ta wstępna decyzja zwiększająca rolę MFW nie oznacza jeszcze wcale, że jesteśmy już po bezpiecznej stronie mocy. Po pierwsze Fundusz musi zadeklarowane środki zebrać (a tak naprawdę zaksięgować) a następnie otrzymać mandat na ratowanie Włoch. Poprzedni premier Włoch nie był w stanie o taką pomoc poprosić, będąc przekonanym, że Włochy nie są w kryzysie, i będąc przekonany, że obowiązek pomocy płynnościowej spoczywa na EBC. Mario Monti ma większą świadomość kryzysu i nie będzie miał problemu aby MFW o pomoc poprosić. Ta decyzja byłaby kluczowa dla rozwiązywania problemu europejskiego zadłużenia. Rola Polski w jest bardzo ograniczona. Dyskusja nad tym czy część rezerw NBP ma być postawione w dyspozycji MFW jest zupełnie bez sensu. Takie są po prostu nasze zobowiązania wynikające z uczestnictwa w globalnym systemie finansowym. Co więcej deklaracja NBP o gotowości wypłacenia Funduszowi oprocentowanej pożyczki nie zmniejszy rezerw NBP. Tak czy inaczej na tym polega porządek tego świata, że pomaga się wtedy gdy ktoś inny jest w potrzebie. Ratowanie Włoch leży również w naszym interesie. Utrata bowiem przez ten kraj płynności grozi zapaścią w całej strefie euro, również w Polsce. Głównym problemem szczytu, obok braku porozumienia w gronie 27 państw, jest brak szczegółów dotyczących przyjętych rozwiązań. Przydałoby się szybko dokonać podziału ustalonej kwoty 200 mld euro dla MFW, szczegółowo opisać zasady działania prawie automatycznych sankcji, które mają być nakładane przez Komisję Europejską i zatwierdzane przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Należałoby również precyzyjnie określić zasady według których przebiegał będzie taki proces i pokazanie, że jest on bardziej automatyczny niż uznaniowy. Podobnie co do wprowadzenia do krajowego ustawodawstwa niemieckich reguł dotyczących deficytu i długu, przydałby się harmonogram kiedy będą one w poszczególnych krajach wprowadzane. Pytania co do szczegółów pozostają, ale kierunek działań jest właściwy. Odrzucono niebezpieczne pomysły takie jak euro obligacje czy też nieograniczony skup papierów zagrożonych państw przez EBC. Pozostał więc tylko MFW i zabezpieczenie się na przyszłość, że nic podobnego się nie wydarzy. Ważne aby jak najszybciej te ustalenia wprowadzić w życie.

The recipe for Budapest

The recipe for making Budapest is not complicated. You only need two glasses of populism, two large dollops of nationalism and a couple of soup spoons of state interventionism. To round off the taste, add a pinch of market liberalism and wrap the entire concoction in a coating of media hype. To create the right effect, the ingredients must be rapidly brought to boiling point. The longer you can keep it on the boil, the longer it will keep its singular flavour.

To understand the problems facing Hungary today, you have to go back twenty years. At the time when Poland was forced to introduce far reaching reforms in order to get up off the floor, the Hungarian economy was faring much better and gradual reforms were opted for. The arguments for doing so were strong. Compared with the coarse orthodox Polish variation, Goulash communism actually appeared to work. Poland started on the path to a free market economy as a much poorer, more closed country – formally bankrupt and lacking in any prospects of foreign investment.

In comparison with the EU average, Polish per capita earnings related to purchasing power are at 40%, while in Hungary the figure in 50%. At the beginning of the change, Poland had difficulties in attracting foreign investment – this flowed first into Hungary and Czechoslovakia. At that time, Hungary had every reason to believe that Budapest would become the new Vienna. Things didn’t work out that way though and today Poland and Hungary have the same per capita GDP in relation to the EU average related to purchasing power which is 62%. Why did Poland develop twice as fast as Hungary during the whole transitional period. If we compare Poland and The Czech Republic, it is obvious that the gap is closing but not at the same rate as vis a vis Hungary. Closer analysis offers an unequivocal answer – the blame for such slow economic growth lies squarely with Hungarian politicians.

The good beginning in the nineties thanks to liberalisation, far reaching privatisation and opening up to market economy put Hungary in the vanguard. However, already after a few years imbalances started to emerge. The current account deficit grew as did the budget deficit and debt and as a result, foreign investment started to tail off. Before the crisis deepened in 1995 Lajos Bokros rescued the country by devaluing the forint, curbing public sector pay, introducing fees for higher education and certain medical services, speeding up privatisation, limiting some social security expenditure and by raising the pensionable age. These reforms were unpopular but saved Hungary from disintegration. Interestingly enough these reforms were introduced during the socialist rule.

In 1998, Viktor Orban’s conservative government backtracked on a number of reforms. During the initial phase his government was not yet extremely populist. But during his second term he tried to obtain popularity by increasing pay in the public sector by 50% and by increasing public expenditure (including for motorways and stadiums (sic)), which led to a massive increase in the budget deficit and caused debt levels to soar. As a result, these activities have forced an increase in taxes and led to the Hungarian economy becoming less competitive. In addition to that, during the 2002 electoral campaign both Orban and Medgyessy’s socialists excelled themselves in electoral promises. Worse – the socialists started applying those electoral promises immediately after coming to power (measures such as the 13th and 14th month). Then came the next phase of growth of government expenditure in relation to GDP and the level of indebtedness of the country. This has produced some of the highest labour costs in Europe.

After the famous street protests following premier Gyurcsany’s admission that he had lied to the people, Viktor Orban was returned to power. But instead of reforming, he levied taxes on banks, foreign telecommunications companies and trade, froze the exchange rate between the swiss franc and the forint, forcing banks to take a loss and nationalised private pension funds. He poured nationalist sauce over the whole mix, something which appeals to many Hungarians. The effect was that average economic growth in Hungary in 1995 – 2010 was at 0.6 percent while in Poland during the same period it was at 4.5 percent. Hungary has the biggest level of debt to GDP ratio in our region 80% with the most external financing (65%) and the highest interest rates (6%). In Hungary every tenth inhabitant has a loan expressed in Swiss Francs. The Prime Minister made light of these problems eighteen months ago and rejected the IMF’s offer of aid. Today there is no choice, Hungary must one again ask the IMF for help especially since Moody’s have downgraded Hungarian debt to junk status.

Most measures have been justified as being in the national interest. A strong nationalist streak can not just be seen in the distrust of the EU or of International Institutions but also of the neighbours (issues with Hungarian minorities in Slovakia. Nationalism and populism are unfortunately well accepted in Hungary. Political emotions in Hungarian society can run so high as to prompt around half a million people to surge onto the streets. The last twenty years in Hungary are a warning to other countries in the region. It is important that Warsaw does not repeat the errors made by Budapest.

Konsekwencje rozpadu euro

Wyobraźmy sobie, że produkujemy pralki i kuchenki elektryczne, które sprzedajemy w Europie ale również w Rosji i na Ukrainie. Z krajami europejskimi rozliczamy się w euro, całe ryzyko kursowe ponosimy my. Nasi kontrahenci w Europie nie chcą bowiem zajmować się zmiennością kursów walut egzotycznych. Z kolei z Rosją i Ukrainą rozliczamy się w dolarach. Jak wiadomo waluta ta jest obca dla obu stron, tak więc ryzyko kursowe ponoszą zarówno nasi odbiorcy jak i my. Do tego ryzyka się przyzwyczailiśmy, w przeszłości bowiem kurs walutowy mało co nie doprowadził do upadku naszego przedsiębiorstwa. Przy osłabieniu złotego w lutym 2009 roku do poziomu 4.90 co prawda zyski z eksportu istotnie poprawiały nasz wynik, to koszt importowanych podzespołów wzrósł do poziomu, który zagroził opłacalności całej produkcji. Do tego wraz ze spadkiem popytu na naszych rynkach eksportowych byliśmy zmuszeni o ponad 30 procent zmniejszyć naszą produkcję. Trzeba było ograniczyc moce wytworcze i tym samym liczbę godzin pracy. Na szczęście ten trudny okres nie trwał zbyt długo, po niespełna roku udało się odbudować wcześniejszy poziom eksportu i produkcji. Ale tym razem może być inaczej.

Przede wszystkim dlatego, że gdyby doszło do rozpadu strefy euro konsekwencje byłyby znacznie bardziej długotrwałe. Dostosowanie do nowych poziomów kursowych trwałoby latami. Ale to i tak najmniejszy problem. Na przykładzie naszej fabryki można prześledzić skale wyzwań jakie wiązałyby się ze scenariuszem rozpadu strefy euro. Część podzespołów do produkcji naszych pralek i lodówek pochodzi z Chin, część z Niemiec, część z Hiszpanii. W momencie rozpadu strefy euro nastapiloby bardzo silne osłabienie euro wobec dolara, ale jeszcze silniej dotkneloby polską walutę (przy zalozeniu, że nie nastąpi ostateczny rozpad strefy euro, a jedynie wyjdą z niej słabsze i mniej stabilne gospodarki). Złoty jednak w tej zawierusze straciłby zarówno wobec euro jak i znacznie bardziej wobec dolara. Nasz koszt produkcji poszybowałby w górę, gdyż zarówno podzespoły z Niemiec jak i przede wszystkim z Chin stałyby się o 50 albo nawet i 100 procent droższe. Co prawda peseta hiszpańska miałaby się znacznie gorzej niż polski złoty, małe to jednak pocieszenie. Tak czy inaczej przestalibyśmy być konkurencyjni. Takie założenie oczywiście ma sens tylko w przypadku kiedy nasza konkurencja ma inną strukturę importową, mniej zależną od wahań kursowych lub też szczęśliwie opartą na imporcie z krajów których waluty się osłabiły. Nasz eksport do Rosji i Ukrainy by się załamał, bo nie byloby ich stac na zakup w dolarach produkowanych przez nas towarów.

Pytanie czy takim problemom zawczasu można zaradzić. Na świecie powstają oprogramowania umożliwiające monitorowanie kraju pochodzenia każdej z części łańcucha produkcyjnego. Niektóre firmy wykupiły ubezpieczenie na ewentualność rozpadu strefy euro. Inne wycofują swoje lokaty z zagrożonych banków. W krajach najbardziej zagrożonych opuszczeniem strefy euro przesuwane są oszczędności i depozyty do banków znajdujących się w bezpieczniejszych krajach. Wstrzymywane są inwestycje, gromadzona jest gotówka. Ale to są jednak wyłącznie formy ubezpieczenia się przed najgorszym. Nie jest to wcale skuteczna metoda działań w sytuacji gdyby doszło do kataklizmu jakim byłby rozpad strefy euro.

Aby się do niego przygotować należałoby przeprowadzić głębszą analizę położenia naszej firmy na rynku i zagrożen płynących w przypadku wystąpienia ryzyka rozpadu wspolnej waluty. Głównym pytaniem jest to na ile jesteśmy uzależnieni od rynku zewnętrznego a na ile nasz popyt jest głównie krajowy. Na ile produkty czy usługi które wytwarzamy cechują się cyklicznością a na ile są od niej niezależne. Typowym przykładem branż niecyklicznych jest produkcja podstawowej żywności czy też usług medycznych. Na koniec zasadnicze pytanie na ile jesteśmy w stanie zachowywać się elastycznie w sytuacji głębokiego spadku popytu na nasze towary czy usługi.

Polskie firmy od ponad 20 lat wykazywały się niesamowitą wręcz elastycznością. Co prawda wiele z nich nie przetrwało do dzisiaj, ale te które przetrwały udowodniły, że są w stanie szybko reagować na zmieniającą się rzeczywistość. Trudne początki transformacji gospodarczej, potem kryzys rosyjski i załamanie eksportu na wschód, następnie silne spowolnienie na przełomie wieków i ostatnio kryzys po upadku Lehman Brothers kiedy to kurs walutowy w przeciągu niespełna pół roku poszybował z 3.20/EUR do 4.90/EUR. Obecny kryzys może być jednak najgłębszy z dotychczasowych, trzeba więc się na to przygotować.

Pozostaje na razie mieć nadzieję, że przywódcy europejscy do tego nie dopuszczą. Nie jest to oczywiście kwestia dni, proces wychodzenia z obecnego kryzysu będzie trwał parę lat. Ważne jednak aby sprawy nie wymknęły się spod kontroli, zarówno na poziomie europejskim jak i konkretnego przedsiębiorstwa.