Rewolucja w strefie euro

Komisja Europejska proponuje rozwiązania, które jeśli zostaną wprowadzone, to nasz kontynent wyjdzie z kryzysu wzmocniony, oddalając się w końcu od socjalnego modelu gospodarczego.

Komisja Europejska przedstawiła rekomendacje dla strefy euro i poszczególnych krajów członkowskich w ramach planów konwergencji na najbliższe lata.  Trzeba przyznać, że rekomendacje Komisji są dość rewolucyjne jak na tę instytucję.

Walka nowej solidarności ze starą

Ryszard Petru, Paweł Świeboda

 

W trakcie Polskiej prezydencji w Unii nie unikniemy konsekwencji kryzysu strefy euro. Może on zdominować inne tematy, bo główni rozgrywający zajęci będą gaszeniem finansowego pożaru lub ograniczaniem skali spustoszenia, jakie spowoduje.

W ostatnich dniach powróciło ryzyko niekontrolowanego bankructwa Grecji oraz zainfekowania innych krajów Południa, w tym Hiszpanii. Do końca czerwca musi zostać uzgodnione rozszerzenie pakietu ratunkowego albo Grecja zacznie zwijać żagle, nie wypłaci pensji i emerytur, co może tym razem doprowadzić do eksplozji niepokojów społecznych.

Problem Grecji nie polega na braku płynności, ale na tym, że rekordowo zadłużona, niekonkurencyjna gospodarka nie daje perspektyw spłaty rosnącego zadłużenia. Kolejna transza pomocy nie rozwiąże więc w dłuższym okresie żadnego z istotnych greckich problemów strukturalnych. Niektórzy politycy coraz bardziej otwarcie zachęcają do przecięcia tego węzła gordyjskiego poprzez restrukturyzację greckiego długu.

Kwestia Grecji bardzo nas dotyczy. Trudno sobie wyobrazić, aby przedstawiając pod koniec czerwca propozycję wieloletniego budżetu UE, komisarz Janusz Lewandowski mógł nie uwzględnić konsekwencji kryzysu w strefie euro. Tymczasem inni komisarze, szczególnie z krajów płatników netto, wysyłają sygnały, że problemy tzw. krajów peryferyjnych Unii przysłaniają wyzwania związane z wyrównywaniem różnic pomiędzy starą i nową Europą.

Koncepcja UE od dawna opierała się na zasadzie solidarności. Jej przejawem było rozszerzanie Wspólnoty o kraje mniej zamożne, w tym przyjęcie dziesięciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2004 i 2007. W wymiarze gospodarczym chodziło o dorównanie zapóźnionych krajów postkomunistycznych do starej Unii. Oprócz podstawowego instrumentu jednolitego rynku UE z jego swobodnym przepływem osób, towarów, usług i kapitału sposobem na osiąganie konwergencji była i jest polityka spójności. Niektórzy nazywają ją drugim planem Marshalla, którego celem było uruchomienie mechanizmów prowzrostowych w uboższych krajach. Taką politykę stosowano od lat. Działo się to jednak w czasach prosperity, kiedy szybki rozwój niwelował problemy fiskalne.

Kryzys finansowy zmienił gospodarcze oblicze Europy. Coraz częściej słyszymy o podziale Europy na rozwijającą się konserwatywną Północ i rozrzutne, pozbawione perspektyw wzrostu Południe, a nie na biedny Wschód i bogaty Zachód. Jednak powiązania finansowe przebiegają według starego podziału. Skala zaangażowania Północy w obligacje tzw. państw peryferyjnych jest niewspółmierna do inwestycji poczynionych przez kraje Północy na Wschodzie. Ma to swoje konsekwencje w różnicach w definiowaniu i rozumieniu pojęcia solidarności w Europie. Bogate kraje muszą zmagać się z nadmiernym deficytem i długiem publicznym przy mizernym wzroście gospodarczym. Jednocześnie muszą wygospodarowywać coraz większe kwoty na kolejne pożyczki dla krajów peryferyjnych strefy euro. W sytuacji, gdy kluczowym ryzykiem są strukturalne zagrożenia sprawnego funkcjonowania strefy euro, coraz realniejsza staje się obawa, że polityka spójności zejdzie na dalszy plan.

Obsłużenie dwóch solidarności, tradycyjnej i tej nowej, polegającej na przepływach finansowych do państw stojących na skraju bankructwa, staje się problematyczne. Przykładowo Niemcy wpłacają rocznie nieco ponad 20 mld euro do budżetu UE. Minimalnie więcej, bo ok. 22 mld euro, będzie wynosiła ich całkowita składka do Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) mającego od 2013 r. ratować zagrożone kraje. Niemcy nie zgodziły się na połowę płatności w 2013 r., uzyskując zgodę na pięć rocznych rat. Oprócz kapitału wpłaconego pozostaje jeszcze kapitał "na wezwanie". W przypadku kłopotów kolejnych krajów, np. Hiszpanii czy Włoch, nie sposób wycenić rzeczywisty koszt, jaki będą musiały ponieść kraje finansujące EMS. Gdyby trzeba było wesprzeć Hiszpanię na podobnych zasadach jak Grecję czy Irlandię, to roczne zapotrzebowanie wyniosłoby 120 mld euro. To kwota przewyższająca roczne zaangażowanie w Grecji, Irlandii i Portugalii razem wziętych. Na razie problem nie został zwerbalizowany w przedbiegach do negocjacji wieloletniego budżetu UE. Trzeba się spodziewać, że tak się stanie.

Trudności w sfinansowaniu budżetu UE po stronie przychodowej będą miały odzwierciedlenie po stronie wydatkowej, gdzie kraje członkowskie zintensyfikują zabiegi mające na celu maksymalnie duży zwrot kapitału wpłaconego do kasy UE. W Brukseli pojawiają się koncepcje nowego funduszu infrastrukturalnego, z którego korzystałyby wszystkie, nie tylko nowe, kraje UE. Podobnie w dyskusji o źródłach wzrostu pojawia się postulat uruchomienia programu inwestycyjnego skoncentrowanego na zielonych technologiach i wspieraniu innowacyjności. Z kolei Komisja Rozwoju Regionalnego Parlamentu Europejskiego przedstawiła propozycję utworzenia kategorii regionu w UE z PKB pomiędzy 75 a 90 proc. Do tej pory po przekroczeniu progu 75 proc. następowało sukcesywne wycofanie pomocy. Kraje gospodarczego środka (wiele to państwa pogrążonego w kryzysie Południa) będą chciały uzyskać dostęp do większego kawałka finansowego tortu, argumentując, że to niezbędne do ich powrotu na ścieżkę wzrostu. Problem w tym, że płatnicy do budżetu UE dopuszczają jako możliwy jego wzrost zaledwie o poziom inflacji. Już prosta kalkulacja wskazuje, że dla wszystkich nie wystarczy.

Nowa solidarność nie musi wykluczać starej. Obecne problemy finansowe strefy euro muszą zostać rozwiązane poprzez powrót na ścieżkę konkurencyjności zadłużonych gospodarek i przeprowadzenie miękkiej restrukturyzacji długów najbardziej zadłużonych państw. To proces bez wątpienia kosztowny, ale koszt nie może przesłaniać agendy poszukiwania nowych źródeł wzrostu. Do dynamiki gospodarczej UE przyczyniają się dziś wschodzące gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej. Osiągają szybkie tempo wzrostu dzięki rencie zapóźnienia, poprawie infrastruktury i napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI). W interesie Unii leży wspieranie tej dynamiki, w szczególności w krajach o niższym poziomie rozwoju. Paradoks polega na tym, że biedniejsze kraje Europy Środkowo-Wschodniej prowadziły ostrożniejszą politykę fiskalną niż tzw. kraje peryferyjne strefy euro, a gdy kondycja finansowa niektórych z nich została zagrożona, dokonały głębokich reform.

Główną dźwignią wzrostu w UE jest wzrost wydajności. Jednak w krajach doganiających unijny peleton przyrost wydajności był pochodną działań restrukturyzacyjnych i zmian w strukturze zatrudnienia, podczas gdy w krajach rozwiniętych pochodził przede wszystkim z innowacji. W biedniejszych krajach zapóźnienia infrastrukturalne wciąż obniżają możliwości wzrostu.

W tej debacie Polska powinna przekonująco wykazać znaczenie utrzymania silnej polityki spójności w odniesieniu i do uboższych, i bogatszych regionów UE. Powinna wskazywać na przełożenie, jakie wyższa stopa inwestycji publicznych w krajach kohezyjnych ma na poziom wzrostu gospodarczego, dowieść znaczenia budowy infrastruktury transportowej i przesyłowej dla sprawnego funkcjonowania jednolitego rynku europejskiego, a także sposobu wpisywania się polityki spójności w działania modernizacyjne gospodarki UE, reform rynku pracy, wspierania innowacyjności, badań i rozwoju oraz spójności społecznej. Innymi słowy, Polska musi pokazać, że trzeba promować obszary, które napędzają rozwój UE. Dlatego z punktu widzenia przyszłych źródeł wzrostu, jak również modernizacji polskiej gospodarki, głównym źródłem oszczędności w budżecie UE powinna zostać Wspólna Polityka Rolna. W debacie powinniśmy opowiadać się za konserwatywnym podejściem budżetowym i popierać stanowisko Niemiec w kwestii rozwiązania greckiego kryzysu, co oznacza współudział finansowy inwestorów prywatnych.

Kryzys zmienia Europę. W bogatych krajach zyskują radykalne partie, jak choćby Prawdziwi Finowie czy holenderska Partia Wolności (PVV), a starą solidarność zastępuje nowa, której istotą jest finansowanie upadających państw członkowskich, aby ratować własne instytucje finansowe.

Czas przerwać błędne koło kolejnych pożyczek skrywanych pod eufemistycznymi nazwami seryjnych "europejskich mechanizmów" i skupić się na tym, co jest źródłem wzrostu w całej Unii. Gospodarcza historia świata pokazuje przecież, że działania protekcjonistyczne i skupianie się wyłącznie na rozwiązywaniu własnych, bieżących problemów prowadzą do jeszcze większych kryzysów.

Grozi nam upadek niekontrolowany

Znów słychać w Europie euforię bo Niemcom udało się dogadać z Francją. Oba kraje ogłosiły, że nie będzie się zmuszać obecnych posiadaczy greckich obligacji do przymusowego wydłużenia zapadalności tylko poprosi się o powtórny wykup tych papierów. Różnica między tymi dwoma rozwiązaniami jest taka, że w pierwszym przypadku wydłużenie zapadalności obligacji doprowadziłoby do zaliczenia greckich obligacji do niewypłacalnych (z ang. default) podczas gdy w wariancie dobrowolnego wykupu jest szansa, że do niewypłacalnych te obligacje zaksięgowane nie zostaną.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel powoływała się przykład porozumienia między bankami z 2009, kiedy to w Wiedniu banki zaangażowane w Europie Środkowo-Wschodniej uzgodniły, że pomimo własnych problemów z płynnością nie będą drenowały z płynności swoich banków córek w Europie Centralnej. Paraleli z tą właśnie inicjatywą użyła pani Kanclerz sugerując, że tak jak w 2009 nie wstrzymano zasilania w płynność Europy Centralnej tak teraz nie można płynności pozbawić Grecji. Jest jednak spora różnica pomiędzy tamtą decyzją a dzisiejszą. Przede wszystkim dlatego, że kraje Europy Centralnej nie były wtedy na skraju bankructwa. Po drugie zasilenie w płynność banków córek było biznesowo opłacalne, gdyż banki matki zarabiały na dostarczaniu płynności swym córkom. Była to niezła inwestycja która się zwróciła, czego nie można powiedzieć o Grecji. Wykup greckich obligacji po cenie innej niż rynkowa nie leży w interesie prywatnych podmiotów. Mają one oczywiście świadomość, że jeśli kolejnych obligacji nie wykupią to wzroście ryzyko formalnego defaultu greckich papierów. Tyle, że kupując nowe greckie papiery na kolejnych kilka lat narażają się na ryzyko, że w tej dość długiej perspektywie i tak dojdzie do ogłoszenia niewypłacalności Grecji. Nie chcąc ich wycenić według zasady mark-to-market bo to oznaczałoby natychmiastową stratę będą musieli trzymać wykupione obligacje do zapadalności (hold to maturity) „licząc” na to, że za lat kilka odzyskają zaangażowane środki. Ale jak wiadomo mało kto w to wierzy. Ciekawe jak politycy zamierzają zachęcić do dobrowolnego wykupu greckich papierów. Chyba tylko jako pomysł na zrolowanie straty i przekazanie jej przyszłym zarządom rolujących instytucji.

Jednak największe ryzyko całej operacji wiąże się z ryzykiem niekontrolowanego defaultu. Czyli sytuacji w której wbrew intencji polityków następuje olbrzymia przecena greckich papierów. Może się to stać w przypadku braku zgody władz greckich na kolejne pakiety oszczędnościowe co uniemożliwi MFW uruchomienia kolejnej transzy płynności. Ale jest też możliwy mechanizm rynkowy. Przypomnijmy agencja S&P obniżyła rating greckiego długu do CCC, czyli najniższego na świcie – o krok przed defaultem. Aby ogłosić default musi zdarzyć się tzw. „default event” czyli wydarzenie które w według definicji agencji ratingowej jest klasyfikowane jako niewypłacalność. Ale oprócz długu państwa jest też dług przedsiębiorstw który najczęściej ma niższy rating niż dług suwerena. Jednocześnie default event w ramach poszczególnych umów kredytowych może być definiowany inaczej niż przez S&P czy Moody’s.  Istnieją takie zapisy jak default clause które polegają na tym, że znaczna obniżka ratingu lub niewypłacalnośc danego podmiotu może powodować zaliczenie danego papieru przedsiębiorstwa jako niewypłacalnego. Wtedy kredytodawca ma obowiązek zapisania tego jako stratę i wykazanie jej w bilansie. Co więcej większość kredytodawców ma określone minima ratingowe po których może udzielać pożyczek. Ciężko mi sobie wyobrazić jak greckie przedsiębiorstwa miałyby w dłuższym okresie otrzymywać finansowanie na rynku kiedy państwo w którym operują ma śmieciowy rating.  

Cała ta operacja staje się jak widać bardzo skomplikowana i kosztowna. Rachunek niespłacalnego długu i tak i tak trzeba będzie zapłacić. Na pewno lepiej byłoby koszty rozłożyć na raty, ale nie można udawać, że Grecja wyjdzie z tego kryzysu na prostą. Według najnowszych szacunków Komisji Europejskiej w 2012 dług Grecji do PKB wyniesie już 160%! Wcześniej czy później bez restrukturyzacji długu się nie obejdzie. Najgorszym jednak wariantem byłaby restrukturyzacja niekontrolowana.

Pomoc nie zawsze jest dobra

Dlaczego rynki finansowe przez lata ignorowały problemy Grecji i innych krajów peryferyjnych? Dlaczego Grecy mogli się przez lata zadłużać po prawie takich samych stawkach jak Niemcy kiedy z roku na rok narastał ich dług i z roku na rok kraj ten tracił konkurencyjność? Pamiętam dyskusje przed kryzysem o stale rosnących kosztach pracy w krajach peryferyjnych na tle rosnącej przewagi konkurencyjnej Niemiec. Jednak wtedy nie zadawano sobie pytania czy w wyniku kontynuacji tych dwóch czynników może dojść do ryzyka niewypłacalności kraju leżącego w strefie euro. Ryzyko takie nie było brane pod uwagę ze względu na ukryte gwarancje pozostałych krajów strefy euro. Ukryte gwarancje to przekonanie, że inne kraje obszaru wspólnej waluty przyjdą na pomoc temu kto znajdzie się w potrzebie. I jak na razie taki właśnie scenariusz jest realizowany, Grecja jest ratowana na zupełnie innych zasadach niż jakikolwiek kraj będący w podobnych tarapatach w przeszłości. Gdyby problem dotyczył wyłącznie Grecji to kroplówka zostałaby zamontowana na długie lata, tak aby poprzez pożyczki chronić własne interesy. Ale jak wiadomo problem na Grecji się nie kończy i dlatego jest znacznie poważniejszy. A do tego jeszcze wraz z upływem czasu się pogłębia.

Politycy europejscy wciąż debatują nad sposobem w jaki przy najmniejszym koszcie zrolować grecki dług. Powstają coraz to nowe określenie w poszukiwaniu jak najłagodniejszego brzmienia po to aby nikomu podejmowane działania nie kojarzyły się z ogłoszeniem upadłości. Nie chodzi oczywiście o wymiar symboliczny tylko o przeprowadzenie tego procesu w taki sposób aby nie wywołał on wydarzenia które przez agencje ratingowe zostanie zaklasyfikowane jako ogłoszenie niewypłacalności. Gra idzie o to aby Grecja mogła w sposób zaplanowany redukować swój dług nie nazywając tego niewypłacalnością. Ciekawe czy komuś uda się taką transakcję przeprowadzić, ale nie ma co się oszukiwać, Grecja długów nie spłaci i w tym sensie jest bankrutem.

Znów mamy do czynienia z sytuacją w której gra się z rynkami finansowymi sugerując im, że możliwe jest uniknięcie restrukturyzacji greckiego długu, co przez logicznie myślących graczy jest interpretowana jako dalsze wspieranie finansowe Grecji. Rachunek jest do opłacenia, albo więc pożycza się pieniądze aby go spłacić albo się nie płaci. Nie ma innych rozwiązań. Tyle, że oszukiwanie rynków finansowych w dłuższym okresie nie ma sensu. Co więcej, stoi w sprzeczności z długoterminowymi interesami stabilności strefy euro.

Wciąż bowiem w Europie trwa debata jak nie dopuścić do powtórki z podobnego jak ten kryzysu. Padają propozycje wspólnego ministra finansów dla całej Unii, Komisja Europejska przedstawia liberalne propozycje deregulacyjne nawołując do dyscypliny fiskalnej. Unia chce badać w przyszłości konkurencyjność unijnych gospodarek i być znacznie twardsza w egzekucji zasad fiskalnych, które powinny (tak jak to ma miejsce w Polsce) być wpisane w narodowe ustawy poszczególnych państw członkowskich. Ale nie za bardzo widzę jak miałoby to skutecznie zadziałać, jeśli na samym końcu i tak politycy w danym kraju odpowiadają przed swoimi wyborcami. A wyborcy czasem wybierają populistów (jak to miało miejsce w niedalekiej przeszłości w Polsce), będzie więc bardzo trudno odgórnie na poziomie unijnym narzucić dyscyplinę fiskalną nie wspominając o dyscyplinie konkurencyjności.

Jest tylko jeden skuteczny, acz niedoskonały, krytykowany i nielubiany mechanizm. Nazywa się rynek finansowy. Rynek wymusza dyscyplinę na poszczególnych rządzach pod warunkiem jednak, że nie będzie się z rynkiem grało. Jeśli w przyszłości będziemy wysyłać sygnały o ratowaniu państw w kłopocie to rynek finansowy nie będzie wcześniej wymuszał korygujących działań na rządach tych państw. Poprawnie mechanizm powinien działać następująco – kraj który się nadmiernie zadłuża dostaje sygnał ostrzegawczy od rynku w postaci wyższych rentowności emitowanego długu. Im bardziej nieodpowiedzialną prowadzi politykę tym bardziej rosną koszty długu. Dla każdego rządu jest to wystarczający sygnał ostrzegawczy aby dokonać korekt w polityce gospodarczej. Jeśli jednak wysyłane są sygnały, że nieodpowiedzialny kraj nie może stać się niewypłacalny to wtedy opisany mechanizm nie zadziała w pełni. I kraj się jeszcze bardziej zadłuży. W ekonomii nazywa się takie zjawisko hazardem moralnym. Chodzi o to aby go unikać.

Gospodarcze bumerangi

Ostatnio premier zdystansował się od dwóch kontrowersyjnych pomysłów zgłoszonych przez ministrów jego rządu. W pierwszym przypadku chodziło o pomysł minister pracy aby na dziesięć lat przed przejściem na emeryturę rozpocząć przekazywanie pieniędzy zgromadzonych w OFE do ZUS-u, w drugim przypadku o specjalny podatek bankowy który miałby zasilać nowopowstały funduszu celowy. Obie te zgoła różne propozycje mają jeden wspólny mianownik – poprawiają księgowo wynik deficytu finansów publicznych. I taka jest moim zdaniem główna idea przyświecająca pomysłodawcom. Zdystansowanie się premiera od obu tych pomysłów jest dobrą decyzją. Nie wiadomo jednak, czy po wyborach pomysł ten nie powróci jak bumerang, jak to wydarzyło się w zeszłym roku z OFE. Przypomnę, że też zaczęło się niewinnie od zgłoszenia pomysłu obcinania składki na OFE, potem premier się od pomysłu odciął, a jak się skończyło to wszyscy pamiętamy.

Przydałby się zapewne dwa słowa wyjaśnienia jak miały działać obie propozycje. Przypadek przekazywania składek do OFE opisałem kilka tygodni temu w DGP. Przypomnę tylko, że przekazanie gromadzonych przez nas pieniędzy z OFE do ZUS-u oznaczałoby ostateczną likwidację OFE.  Po prostu środki zgromadzone w funduszach emerytalnych zostałyby wydane na bieżące emerytury pozostawiając niewielki kawałek obowiązkowych oszczędności gromadzonych z 2.3% składki do 55 roku życia. Z kolei drugi pomysł miał polegać na stworzeniu specjalnego funduszu celowego na który to fundusz musiałby się składać wszystkie banki w postaci nowoustanowionego podatku bankowego. Można zadać po co w Polsce tworzyć dodatkowy fundusz w tym celu jeśli już działa istnieje Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Odpowiedź jest prosta: głównym celem tego funduszu nie będzie przecież ochrona polskiego systemu bankowego przed potencjalnymi zagrożeniami a poprawa wyniku finansów publicznych. Jeśli zgodnie z zamysłami twórców projektu do tego funduszu miałoby wpływać rocznie ok. 700 mln złotych to o taką właśnie sumę pomniejszałby się deficyt sektora finansów publicznych. Podobnie w przypadku przekazywania środków zgromadzonych w OFE do ZUS-u, przekazywane kwoty obniżałyby saldo budżetu państwa.

Sytuacja finansów publicznych w dobrym stanie nie jest. W roku 2012 nie uda się zejść z deficytem do poziomu 3% PKB, tak jak to wciąż prognozuje rząd. Aby wariant taki stał się bardziej realny trzeba będzie poszukiwać dodatkowych oszczędności lub też źródeł dochodów. Dotychczasowa praktyka wskazuje na to, że będzie raczej grany ten drugi wariant. Dla dobra gospodarki oszczędności powinny być dokonywane po stronie wydatkowej, ale to tylko pobożne życzenia. Najłatwiej jest dokonać podwyżek podatków w sposób niezauważalny, taki właśnie jak wprowadzenie podatku bankowego. Społeczeństwo dostaje prosty przekaz, że bogate banki będą musiały zapłacić podatek, a to przecież w końcu one właśnie są odpowiedzialne za ostatni kryzys. Rozwiązanie wydaje się więc fair – bogate banki musza tworzyć własny fundusz na wszelki wypadek gdyby coś im się stało. Tyle, że nikt nie wspomina o tym, że za podatek bankowy zapłacą ich klienci. I paradoksalnie proporcjonalnie więcej zapłacą Ci, którzy mniej świadomi działania systemu bankowego a nie ci obracający dziesiątkami milionów. Pytanie jakie jeszcze pojawią się po wyborach pomysły.

Okres po wyborach to doskonały moment do przeprowadzenia poważnych reform. Można też ten czas zmarnować wprowadzając takie pomysły o których przed chwila była mowa. A najgorsze co może się zdarzyć to populizm w okresie powyborczym. Nie dość, że jest szkodliwy dla gospodarki to jeszcze miesza społeczeństwu w głowach. Po takiej dawce tego typu pomysłów trudniej będzie przeprowadzać sensowne reformy bo społeczeństwo uwierzy, że można tego typu trickami rozwiązać problemy gospodarcze. Można, tylko kosztem wolniejszego wzrostu i mniej efektywnej gospodarki.