Jak oszczędzać na emeryturę

Nowy system emerytalny polegał na tym, że część naszej emerytury będzie pochodziła z odkładanych na bieżąco oszczędności a część sfinansują przyszłe pokolenia. Oszczędzanie polega na tym, że z naszego bieżącego dochodu, załóżmy 4000 złotych co miesiąc odkładamy 100 zł. Aby się na tę samą kwotę nie zadłużać ograniczamy inne  wydatki. Zwolennicy systemów państwowych mówią lepiej przeznaczmy te 100 zł na edukacje dzieci, dzięki czemu będą one mogły więcej zarabiać w przyszłości. A co się stanie jak pojawi się pomysł atrakcyjnego wydania tych pieniędzy na telewizor plazmowy?  Są takie rodziny, które wolą plazmę od edukacji. Nikt nam nie zagwarantuje, że za rok czy za pięć rząd taki się nie pojawi. Odpowiedzialna rodzina ze średnim dochodem, będzie przeznaczać 100 złotych na edukację i drugie 100 zł na oszczędności. Nie  będzie kupować plazmy!

Dlatego pomysł rządu nie jest dobry. Nikt nam nie zagwarantuje, że kolejne rządy nie zmienią zasad indeksacji, sposoby wyliczania emerytur, czy tablic życia. Pewniejszym systemem emerytalnym był system dotychczasowy.

Obniżenia składki nie wpłynie na poziom podatków, gdyż głównym problemem polskich finansów jest sztywność wydatków. W okresie prosperity wszystko gra, natomiast jak przychodzi spowolnienie drastycznie spadają dochody, a wydatki automatycznie rosną … i rośnie dług. Wtedy podnosi się podatki. Obcięcie składki na OFE odsuwa tylko problem w czasie, jutro będzie je trzeba podnieść aby wypłacić obiecane emerytury. 

Dzięki OFE rozwinął się polski rynek kapitałowy, stał się miejscem długoterminowych inwestycji a nie spekulacji. Mniejsza składka na OFE to mniej tego pozytywnego bodźca i ryzyko wolniejszego wzrostu gospodarczego. W kwestii wysokości przyszłych emerytur – najważniejszym czynnikiem jest wiek emerytalny. Jeśli nie zostanie wprowadzono wyższy niż obecnie obowiązujący wiek emerytalny to emerytury będą niskie bez względu na to czy składka będzie 2.3% czy 3.5%.

Fakty i mity o OFE

W dyskusji na temat sensowności reformy emerytalnej rzadko powoływano się na badania międzynarodowe czy też opracowania ekonomiczne. W sumie nie ma się czemu dziwić, bez tego i tak dla wielu obywateli Rzeczpospolitej spór jest wyjątkowo zagmatwany, trudno więc oczekiwać, że będzie to debata w oparciu o badania naukowe. Ja jednak postaram się poruszyć również ten wątek.

Zwolennicy obniżenia składki powoływali się m.in. na Josepha Stiglitza, Laurenca Kotlikoffa i Nicka Barra. Te ostatni opublikował wiele prac dotyczących systemów emerytalnych i nie można przejść obojętnie wobec jego teorii. W niniejszym tekście pozwolę sobie z kilkoma kwestiami polemizować.

Odniosę się do jednej z jego nowszych publikacji „Reforming pensions: myths, truths, and policy choices”, czyli „Reformy systemów emerytalnych: prawdy i mity oraz możliwości wyboru”. Jest to o tyle ważna pozycja, że część wątków w niej poruszanych pojawiała się również w naszej debacie publicznej.

Zacznijmy od podstaw. Autor opracowania  pisze, że są dwa sposoby zabezpieczania dochodów na przyszłość. Pierwszy to oszczędzanie bieżących dochodów i odkładanie ich na czas przejścia na emeryturę, drugi to zobowiązanie państwa do wypłaty ich w przyszłości. Jego zdaniem są one podobne, gdyż bazują na przyszłym dochodzie. W obu przypadkach więc, jego zdaniem, mamy do czynienia z „claims on future output”, czyli „zobowiązaniami wobec przyszłego dochodu”.  Podkreśla, że spadek dochodu w przyszłości obciąża w taki sam sposób zarówno system repartycyjny jak i kapitałowy. 

Teza ta może być prawdziwa tylko przy serii założeń, które w realnym świecie są niemożliwe do spełnienia. O ile prawdą jest, że przyszły dochód wpływa na poziom przyszłych emerytur o tyle nie można powiedzieć że w taki sam sposób w obu systemach. Po pierwsze czym innym jest zobowiązanie finansowo – prawne, a czym innym zobowiązanie polityczne. Znacznie łatwiej jest zmienić to drugie, choć oczywiście oba zobowiązania nie dają 100% gwarancji wypłaty w przyszłości (ale też nie ma chyba na świecie instrumentu, który dawałby taką 100% gwarancję). Tak więc nie tylko wzrost ma wpływ na emerytury ale i forma zobowiązań. Po drugie prace empiryczne wskazują, że fundusze emerytalne efektywniej zarządzają środkami niż średnia dynamika PKB inwestując w bardziej produktywną część gospodarki. Po trzecie fundusze emerytalne nie prowadzą swych inwestycji wyłącznie na terenie danego kraju – tak więc ich zakumulowany wynik nie musi być wyłącznie pochodną bieżącego PKB. Po czwarte organizacja systemu emerytalnego wpływa też na dynamikę PKB (choćby poprzez rynek kapitałowy), tak więc bardziej efektywny system daje szanse na wyższe emerytury.

Kolejny ważny argument Barra mający postawić znak równości pomiędzy systemem repartycyjnym opartym o zdefiniowaną składkę i systemem kapitałowym jest taki, że wszelkie emerytury zależą od ryzyka politycznego gdyż są pochodną skutecznego rządzenia. Ogólnie jest to prawda, ale w obu przypadkach zależność ta ma inny charakter i inną siłę. Zmiany w części państwowej systemu emerytalnego są dokonywane znacznie częściej niż w części kapitałowej. Co więcej przykładem jak łatwo jest manipulować częścią państwową systemu a jak trudno częścią prywatną jest obecna debata. Fundusz Rezerwy Demograficznej został zlikwidowany jednym pociągnięciem pióra, podczas gdy debata dotycząca obniżania składki do OFE trwa kilka miesięcy i decydenci liczą się z opinią publiczną (tak się przynajmniej wydaje).  

Stopa zwrotu środków zarządzanych przez OFE jest pochodną skuteczności ich inwestycji. Natomiast tempo waloryzacji składek, wysokość indeksacji emerytur jest zależne od koniunktury politycznej. Co więcej, w OFE po przejściu na emeryturę środki muszą się bilansować, ich brak grozi upadkiem wypłacającego podmiotu. Tak więc zobowiązania emerytalne muszą być skalkulowane zgodnie z poziomem zgromadzonych zasobów. Natomiast w części państwowej system może być zbilansowany wyłącznie przy założeniu indeksacji cenowej świadczeń, indeksacji składek zgodnej z funduszem płac, brakiem jakichkolwiek przywilejów emerytalnych oraz akceptacji ujemnej waloryzacji składek w okresie kiedy fundusz płac ma ujemną dynamikę. Założenie politycznie niespełnialne, gdyż nawet w swej dzisiejszej retoryce zwolennicy systemu repartycyjnego nie akceptują negatywnej waloryzacji składek. Gdy w ZUS brakuje środków, podwyższa się podatki. W OFE taka waloryzacja jest automatyczna, następuje bowiem w wyniku zmian wyceny aktywów. OFE są w tym zakresie samoregulujące. ZUS nie.

Kolejny argument mówi o tym, że część kapitałowa ma dodatkowe ryzyka (których nie ma system repartycyjny) a mianowicie ryzyko inwestycyjne, ryzyko zarządzania, ryzyko właściwego skalkulowania czasu średniego dożycia. W rzeczywistości wszystkie te ryzyka występują w systemie państwowym, z tym, że nie są one tak oczywiste. Jest to ryzyko właściwej oceny przyszłego wzrostu i dostosowania do niego tempa waloryzacji świadczeń. W historii wielokrotnie państwa miały skłonność do składania obietnic ponad miarę. Nie wspominając o ryzyku zarządzania instytucją państwową – patrz słynny kontrakt informatyczny dla ZUS, za który przecież płacą wszyscy podatnicy. I ryzyko nieodpowiedzialnych rządów – patrz Grecja.  

W teorii Barra oba systemy przy pewnych założeniach reagują w taki sam sposób na zmiany w tempie wzrostu gospodarczego. I wtedy teoria się zgadza. To jest trochę tak jak przytoczonym przez Witolda Orłowskiego dowcipie o rozbitkach z puszką na bezludnej wyspie, bez otwieracza do konserw. Jednym z nich był ekonomista, który jako sposób na otwarcie puszki, zaproponował założenie, że „mamy otwieracz”. W przestawionym koncepcie oba systemy są takie same przy pewnych założeniach, a prawie takie same bez tych założeń. A jak wiadomo, „prawie” robi wielką różnicę.

Barr argumentuje, że finansowanie tworzenia funduszy emerytalnych, może być dokonane przez ograniczanie innych wydatków ale państwo też ma sposoby zabezpieczania się na przyszłość odkładając środki. Daje przykłady Norwegii i USA, czyli krajów w których gromadzi się w specjalnych państwowych funduszach środki (w przypadku Norwegii z dochodów z ropy, w USA Trust Fund) aby w przyszłości móc finansować zmiany demograficzne. Argument ten ma świadczyć o tym, że odkładanie w prywatnych funduszach jest tak samo dobre jak w państwowych. Tyle, że rzeczywistość jest znacznie bardziej brutalna. W Polsce Fundusz Rezerwy Demograficznej, który miał ten sam cel zlikwidowano. Dostęp polityków do środków zgromadzonych w prywatnych funduszach emerytalnych jest znacznie utrudniony (choć nie niemożliwy – patrz Węgry), a do państwowych znacznie łatwiejszy.

W dyskusji na temat tego czy OFE tworzą oszczędności jest bogata literatura. Badania empiryczne wskazywały, że największe oszczędności prywatne tworzone są w tych krajach gdzie państwo nie ma organizowanego przez państwo systemu emerytalnego. Im państwo więcej obiecuje obywatelom tym mniejsza zachęta do prywatnego oszczędzania. Ale przecież nie o to chodzi. Nick Barr powołując się na opracowanie Mackenzie, Gerson and Cuevas (1997) stwierdza, że celem system emerytalnego nie jest wpływ na wzrost ale zapewnienie zabezpieczenia na starość. Ale przecież wcześniej podkreśla, że nasza emerytura będzie zależeć od przyszłego dochodu! Jeśli mamy dwa systemy, z czego oba dają podobną wysokość emerytury, a jeden jest bardziej pozytywny dla wzrostu gospodarczego niż drugi, to ten pierwszy jest lepszy przyszłych emerytów. W swej analizie wpływu systemów na rynek pracy autor nie wspomina też o wpływie na rynek pracy poprzez zmianę percepcji pracownika w traktowaniu składki emerytalnej. Składka która jest jedynie rejestrowana na koncie w ZUS daje mniejsze poczucie powiązania niż składka w OFE, która jest dziedziczona.

Barr podkreśla, że zalety tworzenia funduszy emerytalnych obrosły mitami. Pisze jednak, że aby system prywatnych instytucji zarządzającymi środkami na przyszłą emeryturę sensownie działał niezbędne jest zaufanie do tych instytucji. No właśnie. Niektóre skrajne argumenty zwolenników obcięcia składki podważają często wiarygodność prywatnych instytucji jako miejsca pomnażania pieniędzy na przyszłą emeryturę. Przez ostatnie lata  w Polsce udało zbudować się zaufanie do prywatnych funduszy emerytalnych. Nie wmawiajmy Polakom, że bezpieczne jest tylko państwo. W ten sposób nie zbudujemy dobrobytu.

Skąd się biorą oszczędności

Oszczędności biorą się z ograniczania bieżących wydatków. Jest wiele czynników wpływających na poziom oszczędności w danym kraju, wiele z nich jest nieintuicyjnych. Na przykład taki, że największe oszczędności w relacji do PKB są w rozwijających się krajach Azji Wschodniej, gdzie nie funkcjonują powszechne systemy emerytalne lub też ich zakres jest bardzo ograniczony a społeczeństwa są relatywnie młode. Mieszkańcy tych krajów muszą sami dbać o własną przyszłość odkładając środki na emeryturę. Systemy pomocy społecznej mają nieporównywalnie mniejszy zakres niż w Europie i tym samym obywatele w większości krajów azjatyckich nie mogą liczyć na to, że w przypadku braku środków na starość w ten czy w inny sposób zajmie się nimi państwo. Zasada ta działa też w drugą stronę – im więcej zapewnień ze strony państwa, że zadba o naszą przyszłość tym mniejsza skłonność do zapobiegliwości. Oczywiście pod warunkiem, że obietnice państwowe dla obywateli są wiarygodne.

W Polsce po 45 latach komunizmu mieliśmy problem z oszczędzaniem. W okresie PRL-u większość oszczędności pochłonęła inflacja. Ucieczka do dolara okazała się również niezbyt dobrą inwestycją, bowiem udana transformacja umocniła znacznie złotego wobec dolara, tym samym zmniejszając wartość złotową oszczędności zgromadzonych w walutach obcych. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym do oszczędzania było przekonanie, że to państwo jest od zapewniania obywatelom przyszłej emerytury. Przez ostatnie 20 lat udało się zmienić nastawienie Polaków, że to od nich zależy jak będą żyli na emeryturze. Ważne jest aby w ramach całej tej debaty w sprawie obniżenia składki do OFE wśród obywateli nie powstało wrażenie, że teraz znów to głównie państwo zabezpieczy im dochód po zakończeniu aktywności zawodowej.

Pytanie jak można zwiększyć oszczędności w kraju takim jak Polska? Czy proponowane ulgi podatkowe na dobrowolne oszczędności mogą zwiększyć poziom ogólnych oszczędności w kraju? Doświadczenia innych krajów pokazują, że ulgi podatkowe nie tworzą nowych oszczędności tylko przenoszą je z jednej formy w drugą. Główną zaletą oszczędności emerytalnych jest to, że mają one długotrwały charakter – tak więc dzięki ulgom podatkowym zmienia się struktura oszczędności ogółem. Każde państwo ma prawo podjąć decyzję dotyczącą tego, jakiego typu działania czy też aktywności promować za pomocą ulg podatkowych. Jednak form wsparcia poprzez ulgi podatkowe nie może być zbyt wiele, gdyż ulgi przestają mieć charakter polityki gospodarczej a stają się wyłącznie formą obniżania ogólnego poziomu opodatkowania. Osobiście nie mam nic przeciwko wspieraniu za pomocą ulg dodatkowych oszczędności emerytalnych pod warunkiem jednak, że inne ulgi powinny być równocześnie zlikwidowane. Chyba najbardziej nieskuteczną ulgą (z punktu widzenia celu) jest ulga na dzieci, z której korzystają zarówno bogaci jak i biedni. Co więcej ulga ta nie spełnia podstawowego celu w jakim została ona wprowadzona, a mianowicie wspierania przez państwo zastępowalności pokoleń.

Błędne szacunki

Obecnie dwie sprawy przykuwają uwagę opinii publicznej: wojna w Libii i katastrofa w Japonii. W pierwszym przypadku nie sposób ocenić jaki nowy ład wyłoni się po tym jak kurz wojenny opadnie. W drugim wciąż nieznane są skutki katastrofy w reaktorach atomowych. W obu przypadkach na ostateczną odpowiedź trzeba będzie poczekać. W tle cały czas tli się kryzys fiskalny na tzw. peryferiach Europy, gdzie pomimo sukcesów niektórych krajów z wprowadzaniem pakietów oszczędnościowych podstawowy problem perspektywy spłat długu nie jest rozwiązany.

Tak długo jak problemy Libii i Japonii będą na pierwszym planie tak długo cały świat finansowy będzie czekał w napięciu na nowe wydarzenia i nerwowo na nie reagował. Jeśli w obu tych krajach nie dojdzie do głębokiego kryzysu, w pierwszym przypadku politycznego, w drugim ekologiczno – gospodarczego, to problem kryzysu fiskalnego w Europie znów znajdzie się w centrum uwagi. Problem polega bowiem na tym, że o ile kierunek zmian jest właściwy to ich tempo zupełnie niewspółmierne do potrzeb.

Rząd grecki przy sprzeciwie społeczeństwa wprowadza niezbędne oszczędności budżetowe po to aby móc w przyszłości spłacać swój dług. Ale pomimo ciężkich starań i wyrzeczeń dług rośnie. Rośnie przede wszystkim dlatego, że grecka gospodarka jest w recesji, z wciąż olbrzymim deficytem budżetowym. Deficyt co prawda maleje, ale nie znika ‑ ciągle pozostaje dziura w budżecie – a to oznacza przyrost nominalny długu. A w przypadku kiedy PKB rośnie wolniej niż dług, dług w relacji do PKB powiększa się. Tak więc pomimo wszelkich wysiłków rządu Grecji w roku 2015 dług tego kraju wzrośnie z obecnych 140% PKB do 165% PKB. Podobnie w Irlandii gdzie szacuje się, że dług wzrośnie w roku 2015 do 124% PKB z obecnych 97% PKB.

Kraje strefy euro przygotowują pakt dla euro, który ma zapobiec tego typu problemom w przyszłości. Niemniej jednak, zanim prokonkurencyjne działania wejdą w życie, Grecja i Irlandia będą miały wyższy dług niż dzisiaj. Nie jest to przecież żadna wiedza tajemna – mają tego świadomość wszyscy przywódcy europejscy. A to znaczy, że będąc świadomymi problemów udają, że ich nie ma. Odżegnują się publicznie od propozycji przeprowadzenia kontrolowanej upadłości Grecji i Irlandii, proponują stress testy bankowe, do których niezbyt pasuje przymiotnik „stress”. Trudno nie odnieść wrażenia, że ze względów politycznych trudne decyzje są odkładane, a rzeczywistość zaklinana. Dzisiaj widać, że ocena skali niezbędnej redukcji deficytu Grecji i Irlandii była niewspółmierna do potrzeb. Dokonano po prostu błędnego szacunku na etapie przyjmowania pakietów ratunkowych. Teraz trudno się przyznać do tego błędu bogatszym krajom Zachodu, trudno też uzasadnić dlaczego teraz do i tak głębokiego pakietu reform należy dołożyć jeszcze kolejny. Przecież tego typu sugestie uderzyłyby w wiarygodność tych, którzy pakiety te niespełna klika kwartałów ustalali. A także mogłoby zupełnie zmieść ze sceny politycznej polityków, którzy te pakiety wprowadzają. Stąd też przesuwanie terminów spłat zadłużenia do siedmiu lat, nie wspominając o tym co potem.

Nie wierzę, że nie ma opracowanego planu B. W sytuacji takiej niepewności jak teraz, kiedy utrzymują się wysokie ceny ropy oraz ryzyko ujemnej dynamiki PKB w Japonii w tym roku, żaden poważny przywódca europejski nie może kłaść się spokojnie spać bez takiego planu. W najlepszym wypadku plan B oznacza, że za kilka lat kiedy gospodarka europejska wejdzie na stabilną ścieżkę wzrostu i globalna niepewność będzie znacznie niższa niż obecnie, dokona się kontrolowanej restrukturyzacji długów niektórych krajów. W wariancie mniej optymistycznym przywódcy europejscy muszą mieć przygotowany plan działania na wypadek np. zaprzestania reform przez jeden z krajów znajdujących się w tarapatach czy też załamanie na rynkach finansowych zupełnie z innego powodu.

Im wcześniej ta napięta sytuacja fiskalna zostanie rozwiązana tym lepiej. Nie ma innej drogi niż restrukturyzacja długu. Bez tego będziemy żyli w ciągłej niepewności i napięciu. To, że takie decyzje jeszcze nie nastąpiły wynika z zasad polityki a nie ekonomii.

Reformy nie muszą boleć

Reformowanie gospodarki często utożsamiane jest ze zmianami, które są bolesne dla ludzi i mogą skończyć się utratą popularności tych, którzy je wprowadzają. Dominuje pogląd, że to co trudne i nieprzyjemne jest odrzucane, a to co łatwe i przyjemne przyjmowane. Tyle tylko, że tak dzieje się tylko na krótką metę. Inaczej wciąż wygrywaliby populiści. Historia gospodarcza świata przynosi nam wiele przykładów jak kończą się zbyt długie rządy populistów. Prędzej czy później katastrofą. Ale pomiędzy populizmem i reformami jest cała paleta odcieni.

Przyjęło się sądzić, że rząd UW-AWS stracił popularność przeprowadzając zbyt dużo reform. Aby jednak udowodnić tę tezę nie wystarczy wskazywać na wspówystępowanie obu zjawisk, czyli reform i klęski, a doszukać się związku przyczynowo skutkowego. Taką zależność trudno jednak udowodnić.

Rząd Jerzego Buzka przeprowadził pięć głębokich reform. Były to reforma administracji, edukacji, emerytalna, zdrowotna i górnictwa. Z tych pięciu najgorzej przygotowana i najgorzej wprowadzaną była reforma zdrowia. Szczególnie, że w tym wielkim projekcie wszystkie niedociągnięcia widoczne były tuż po wprowadzeniu nowego systemu. Z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać, że reforma ta była niedopracowana i niegotowa do wprowadzenia 1 stycznia 1999 roku. Dodatkowo obszar ochrony zdrowia jest wyjątkowo wrażliwy społecznie. Tak więc pierwszy spadek popularności reformatorów nie wynikał ze zbyt dużej ilości reform ale złego przygotowania jednej z nich. W pozostałych przypadkach też nie odbyło się bez zgrzytów, jak choćby nie działający nowy system informatyczny ZUS-u w momencie wprowadzania nowego systemu emerytalnego. Można więc mieć zarzuty nie tyle o sam fakt reformowania ale o dalece nieoptymalne wprowadzanie nowych rozwiązań.

To co zadecydowało o spadku popularności to fakt, iż w okresie rządów Jerzego Buzka Polska doświadczyła głębokiego spowolnienia gospodarczego, na które nałożył się proces wchodzenia roczników wyżu demograficznego na rynek pracy. W sumie doświadczyliśmy na początku lat dwutysięcznych spowolnienia wzrostu gospodarczego do poziomu 1%. Gospodarka polska w tamtym okresie wciąż była we wczesnym stadium transformacji i ta pierwsza recesja od zmian w 1989 roku, z wielką podażą młodych pracowników była wstrząsem dla polskiego społeczeństwa. Spowolnienie miało charakter głównie cykliczny, na który nałożył się jeszcze kryzys rosyjski 1998 roku i globalne spowolnienie gospodarcze. To nie reformy były przyczyną upadków koalicji UW-AWS, a w znacznej mierzy cykl gospodarczy i … oczywiste błędy polityczne. 

Najnowsze doświadczenia krajów europejskich pokazują, że można wprowadzać nieporównywalnie mniej akceptowalne społecznie reformy, niż te przeprowadzane przez rząd Buzka, i utrzymywać poparcie społeczne. Oczywiście ważny jest kontekst i moment w czasie w jakim działania takie są podejmowane. Zasadnicza jednak jest polityka informacyjna. Jeśli bowiem przez lata mówi się np. że wiek emerytalny nie musi być podwyższany – i powtarzają to wszystkie ugrupowania – to ciężko będzie nagle wprowadzić takie rozwiązanie będąc przy władzy. Społeczeństwa demokratyczne nie akceptują populistów w dłuższym czasie. U nas też po rządach egzotycznej koalicji z Samoobroną i LPR społeczeństwo zapragnęło normalności i realizmu. Właściwe komunikowanie i powtarzanie pewnych prawd w formie zrozumiałej społecznie jest fundamentem zmian. Dzisiaj żadne istotne ugrupowania nie przeciwstawia się prywatyzacji, nikt nie proponuje – jak to było na początku transformacji – drukowania pieniędzy, bo gospodarka jest niby jak gąbka i wszystko wessie.  Dzisiaj Polacy też wiedzą, że emerytury nie biorą się z państwa tylko trzeba na nie odkładać pieniądze. Duża część społeczeństwa przekonała się, że nie ma darmowych obiadów, za każdy obiad, który nazywa się darmowy, ktoś musi zapłacić.

Różnica pomiędzy reformami w 1989 a dzisiaj jest taka, że wtedy nie było czasu na przekonywanie ludzi do zmian, bo gospodarka była w stanie agonalnym. Dziś sztuka reformowania polega na przekonywaniu do reform, tak aby społeczeństwo widziało w tych zmianach korzyść dla siebie. Wtedy reformy nie będą boleć.

Wyższe stopy w eurolandzie

Dawno już ze strony banku centralnego nie słyszano tak jednoznacznej zapowiedzi podwyżki stóp. W zeszły czwartek prezes EBC odpowiadając na pierwsze pytanie dziennikarza powiedział, że podwyżka stóp procentowych na kolejnym posiedzeniu jest prawdopodobna. Trudno o bardziej jednoznaczną deklarację. Rynek w pełni wycenia podwyżkę na najbliższym posiedzeniu, a w perspektywie najbliższych sześciu miesięcy spodziewa się że koszt pieniądza wzrośnie po raz kolejny . Pytanie, na ile obecne wyceny rynkowe są podyktowane ostatnimi wzrostami cen surowców, a na ile jest to pochodna powoli odbudowującego się ożywienia w gospodarce.

Gdyby wziąć pod uwagę wyłącznie prognozy banku centralnego eurolandu na najbliższe dwa lata, to po oczekiwanym przejściowym wzroście inflacji w roku 2011 w przedziale 2.0% do 2.6% inflacja spada w roku 2012 do przedziału 1.0% – 2.4%. Ale bilans ryzyka dla tej prognozy wskazuje na przewagę czynników, które mogą oddziaływać w kierunku wyższej inflacji. Jednakże to nie same prognozy inflacji na najbliższe lata były powodem zapowiedzi podwyżki stóp. Z komunikatu opublikowanego po posiedzeniu ECB widać, że główna obawa bankierów centralnych eurolandu dotyczy utrwalenia się podwyższonych oczekiwań inflacyjnych w dłuższej perspektywie i wystąpienia efektów drugiej rundy.

Sama zapowiedź podwyżek stóp już dużo zrobiła. Wzrosły stawki na rynku pieniężnym, umocniło się euro wobec dolara i tym samym EBC poprzez działanie wyłącznie werbalne zaostrzył warunki monetarne w strefie euro. Dodatkowo wysłał mocny sygnał do prowadzących negocjacje płacowe, że jakiekolwiek nadmierne podwyżki będą musiały się spotkać z reakcją władz monetarnych. Jak się mówi A to po jakimś czasie przyjdzie czas na B. EBC nie może pozostawić niezmienionych stóp na swym najbliższym posiedzeniu w kwietniu, chyba, że warunki makroekonomiczne zmienią się na tyle, żeby uzasadnić zasadniczą zmianę oceny rzeczywistości gospodarczej w perspektywie jednego miesiąca. Aby jednak nie stworzyć wrażenia rozpoczynania cyklu podwyżek stóp procentowych prezes Trichet dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie będzie to w żadnym razie rozpoczęcie cyklu podwyżek. Tak więc chodziło o efekt, który został już osiągnięty, czyli lekkiego zaostrzenia parametrów monetarnych i sygnału, że wszelka presja inflacyjna będzie bacznie monitorowana.

Wnioski dla Polski są takie, że nasza podwyżka stóp w styczniu trochę tylko wyprzedziła ruch EBC, co potwierdza słuszność tej decyzji. Jest to też ważny sygnał, że rozpoczyna się na poważnie walka z inflacją i to nie tylko na rynkach wschodzących ale również i w krajach rozwiniętych. To też swego rodzaju powrót do normalności.

Czas na kompromis

Intensywna dyskusja na temat zmian w OFE trwa już prawie trzy miesiące. I to jeszcze nie koniec sporu, bo przecież projekt ustawy nie wylądował nawet w Sejmie. Trudno o lepsze pole do popisu w okresie kampanii wyborczej niż dyskusja na temat tak wrażliwy społecznie jakim są emerytury. Dyskusja o benchmarku, zdefiniowanej składce, limitach inwestycyjnych czy też poziomie opłat za zarządzanie czy opłat składki jest dla wielu Polaków zupełnie niezrozumiała. Obawiam się, że z całego zamieszania wiele osób rozumie jedynie to, że mieszane jest przy naszych emeryturach. Po debacie w Sejmie ten efekt może być tylko spotęgowany.

W ostatnich dniach udało się  uzgodnić pewien kompromis co do zmian w systemie emerytalnym. Jak to kompromis, zwolennicy reformy emerytalnej z 1999 roku będą niezadowoleni, bo wciąż uważają, że to nie OFE są przyczyną wysokiego długu publicznego a brak reform. Z kolei przeciwnicy OFE uznają, że powrót składki przekazywanej do funduszy emerytalnych do 5 procent jest zakwestionowaniem całej retoryki wskazującej na bezsens powoływania tych instytucji w 1999 roku.

To jest trochę tak jak w tym dowcipie z kozą, która po pojawieniu się w mieszkaniu znacznie ogranicza przestrzeń życiową domowników, a kiedy w końcu koza znika z mieszkania domownicy odczuwają wielką ulgę. I to samo mieszkanie, które przed zjawieniem się kozy wydawało się małe i trochę niekomfortowe teraz stało się przestrzenne i wygodne. Podobnie jest z debatą o OFE. Osobiście byłem przeciwny obniżaniu składki do OFE, nawet tymczasowo. Kilka miesięcy później kiedy realny dylemat decyzyjny to wariant zmniejszenia składki do OFE do 2.3% i de facto marginalizacji części kapitałowej systemu, lub też wariant w którym składka w 2018 roku wzrasta do 5% i część kapitałowa – choć osłabiona – wciąż stanowi ważne źródło przyszłej emerytury. Wolałbym aby składka wracała do poziomu 7.3% i aby stało się to szybciej niż w wariancie przyjętym przez Komitet Stały Rady Ministrów. Ale dzisiaj alternatywą nie jest wariant optymalny tylko wybór spośród tych które leżą na stole.

W ostatnich tygodniach były prowadzone rozmowy w ramach Komisji Trójstronnej, gdzie wariant proponowany dzisiaj przez Michała Boniego jest propozycją, na którą część  partnerów społecznych byłaby skłonna przystać. Rozwiązanie, w którym nie likwiduje się kapitałowej części systemu emerytalnego, jest kompromisem, który powinien zostać przyjęty jak najszybciej przez rząd i zakończyć debatę jak zmieniać system emerytalny w Polsce. W innym wypadku ustawa która trafi do Sejmu w procesie prac legislacyjnych zmieni się prawdopodobnie w twór nie do poznania.

W debacie sejmowej najciężej będzie wytłumaczyć opinii publicznej dlaczego dobrowolność pomiędzy ZUS i OFE jest złym rozwiązaniem. Każdy woli wybór niż odgórne wyznaczanie poziomu składki przekazywanej na OFE. Argument, że w takim wariancie ZUS wybiorą raczej starsi i mniej zamożni, a OFE bogatsi i młodsi nie będzie przekonujący. W kampanii wyborczej partie, nawet koalicyjne, będą kierować się coraz częściej nastrojami opinii publicznej a nie zobowiązaniami koalicyjnymi. Podobnie jak premier, mam poważne obawy co do tego co wyjdzie ostatecznie z parlamentu.

Mam nadzieje, że przeważy rozsądek i chłodna analiza. Drugim krokiem po decyzji o powrocie składki do 5% powinno być jak najszybsze wprowadzenie zmian w ustawie o OFE zwiększających efektywność systemu. Tu nie chodzi wyłącznie o limity inwestowania w akcje, bo żaden rozsądny fundusz nie zainwestuje powyżej 50% w akcje. Chodzi przede wszystkim o nowy benchmark, likwidację opłaty od składki, umożliwienie zarządzania aktywami przyszłych emerytów nie tylko przez PTE. Prace w tym zakresie przez wiele lat były odkładane. Dziś, zamiast powtarzać po raz setny te same argumenty za i przeciw OFE lepiej skupić się na tym co można sensownie i dla dobra Rzeczpospolitej poprawić.

Rok inflacji

Część ekonomistów spodziewała się, że kolejną fazą kryzysu będzie wzrost inflacji. Jednak obecny wzrost cen nie jest wynikiem poluzowania ilościowego prowadzonego przez główne banki centralne. To co się dzieje z cenami na rynkach światowych to efekt dwóch czynników: wzrostu cen żywności spowodowanym mniejszą niż w poprzednich latach podażą i wzrostu cen ropy z powodu rewolucji na Bliskim Wschodzie. Zarówno pierwszy jak i drugi czynnik ma charakter przejściowy, pod warunkiem oczywiście, że nastąpi w miarę szybki powrót do równowagi. A to jest wysoce niepewne.

Obecny kryzys na rynku ropy ma inną charakterystykę niż ten sprzed trzech lat. Na początku lipca 2008 baryłka ropy osiągnęła poziom 145 dolarów. Tamten wzrost cen surowców był spowodowany silnym przyrostem popytu ze strony szybko rozwijających się krajów azjatyckich, w szczególności Chin. Mieliśmy więc do czynienia ze wstrząsem popytowym, napędzanym dodatkowo przez spekulację na rynkach surowcowych. Pół roku później cena spadła do 44 dolarów za baryłkę, co było pokłosiem upadku Lehman Brothers i obawami o najgłębszą od lat 30-tych recesję gospodarczą. W Polsce w 2008 roku wysokie ceny ropy były neutralizowane silnym złotym, który w okresie kiedy ropa osiągała swoje wartości maksimum, również notował najwyższe w historii poziomy. Inwestorzy przed upadkiem Lehman Brothers inwestowali bowiem zarówno w surowce jak i w waluty krajów wschodzących uciekając od dolara. Po Lehman Brothers trend się odwrócił, spadły ceny surowców i osłabił się złoty.

Tym razem problem dotyczy podaży ropy na świecie. Co prawda Libia to tylko 2% światowej podaży, ale już wszystkie kraje regionu wydobywają 35 % światowej ropy, z czego sama Arabia Saudyjska 9 %. I tego właśnie obawiają się rynki finansowe: niepewności i ryzyka dłuższej niestabilności w regionie, która w skrajnym przypadku mogłaby się skończyć zakręceniem kurka przez niektóre z krajów produkujących ropę. Wariant mało realny, bo sprzedaż ropy będzie potrzebna tym krajom bez względu na to kto będzie rządził. Ale już ograniczenie podaży ropy, czy też próba spekulacji na cenach ropy wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna. Najbardziej strategicznym producentem ropy w tym regionie jest Arabia Saudyjska, która jest w stanie zwiększyć wydobycie tego strategicznego surowca nawet o 3 procent globalnej podaży, czyli zneutralizować teoretyczne zamknięcie kurka przez Libię.

Nie ma jednak co spekulować co się wydarzy w najbliższych tygodniach i miesiącach na Bliskim Wschodzie. Trudno przewidzieć rozwój sytuacji politycznej w tym regionie zarówno w okresie rewolucji jak i później, kiedy rządy będą musiały przejąć nowe formacje polityczne. Wciąż też nad regionem wisi ryzyko wojny z Izraelem, co od razu wywindowałoby ceny ropy do rekordowych poziomów. Tak więc prawdopodobnie czekają nas miesiące niepewności i tym samym poziom cen ropy znacznie wyższy od fundamentalnego poziomu równowagi.

Drugim czynnikiem cenotwórczym dla polskich konsumentów jest kurs walutowy. Tym razem niestety kurs złotego nie będzie neutralizował wyższych cen surowców. Wraz z ze wzrostem ryzyka i cen ropy następuje wyprzedaż aktywów uważanych za bardziej ryzykowne, w tym złotego. Tak więc dalszy wzrost niepewności na Bliskim Wschodzie dawałby efekt podwójny, wzrostu cen ropy i osłabienia złotego.

Oprócz ropy świat zmaga się z rosnącymi cenami żywności. W ciągu ostatniego roku indeks cen żywności wzrósł o 50 %. Wzrost ten był spowodowany mniejszą produkcją żywności m.in. w wyniku suszy w Rosji i Argentynie, ograniczeniom handlowym i rosnącym zapasom. To właśnie znacznie wyższe ceny żywności były jedną z przyczyn rewolucji na Bliskim Wschodzie. W Polsce efekt widoczny jest w poziomie inflacji, gdzie ceny żywności są dziś o prawie 5% wyższe niż jeszcze rok temu.

Teoria makroekonomii mówi, że polityka pieniężna nie powinna reagować na szoki podażowe, chyba że przełożą się one na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Tym razem mamy do czynienie z szokami o charakterze tymczasowym, choć nie sposób dzisiaj ocenić jak długo ten stan tymczasowości będzie trwał. Z oceną proponowałbym więc poczekać.