Plusy dodatnie planu

Zostałem poproszony o to aby pozytywnie spojrzeć na Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2010 – 2013. Każdy porządny dwuręczny ekonomista w planie takim znajdzie zarówno złe jak i dobre strony. Nie będę więc w tym artykule powtarzał argumentów wskazujących na to czego w tym planie brakuje i co jest zbyt optymistyczne. Nie wspominając o realnym okresie obowiązywania tego planu. Postaram się skupić na pozytywach, bo takie też istnieją.

Najbardziej podoba mi się szczerość tego dokumentu. Pokazano w nim bowiem planowaną ścieżkę relacji długu do PKB w najbliższych czterech latach, z której wynika, że przy nieco gorszym scenariuszu drugi próg ostrożnościowy z ustawy o finansach publicznych w każdej chwili może być przekroczony. W dokumencie pojawia się nawet zdanie, że plan „nie przewiduje sytuacji, w której relacja długu publicznego w relacji do PKB przekroczy 55%, co oznaczać powinno brak dalszej konieczności podwyżek stawek VAT po 2011 roku”.  Wynika z tego dość jasno, że brany jest pod uwagę scenariusz, w którym dług próg przekroczy a rząd będzie po raz kolejny musiał podnieść VAT.

Podoba mi się to, że zamiast uciekać się do sztuczek księgowych polegających na zmianie definicji długu, przesunięciu progów ostrożnościowych czy też tymczasowym zawieszeniu obowiązywania tej ustawy  rząd zdecydował się na działania znacznie mniej popularne, ale za to bardziej odpowiedzialne. Co więcej można było, wzorem wielu państw europejskich, nic nie robić w roku przedwyborczym, szczególnie że rynki finansowe nie wymuszają wciąż jeszcze na polskim rządzie działań naprawczych, tak jak to ma miejsce np. w Hiszpanii czy w Portugalii.  Nie wspominając o Grecji. Co więcej, do końca tego roku stosunek długu do PKB nie przekroczy ustawowych 55%, a za rok po wygranych wyborach można by – teoretycznie – dokonać zabiegów księgowych aby na koniec 2011 ta relacja nie została przekroczona. I przeprowadzić konsolidację finansów publicznych, nawet poprzez podwyżkę VAT już w 2012 bez ryzyka negatywnego wpływu na wynik wyborów. Tak opisany alternatywny plan działań może zabrzmieć strasznie cynicznie, ale historia pokazuje, że najlepiej obiecywać raj na ziemi po wyborach. Dla przypomnienia, obniżki podatków od osób fizycznych przyjęto za rządów PiS a wprowadzały je rządy PO.

Przechodząc do prognoz makroekonomicznych muszę przyznać, że zgadzam się z oczekiwaną strukturą wzrostu gospodarczego na najbliższe lata. O ile mam zastrzeżenia co do optymizmu wskaźników na lata 2012 i 2013, to nie mam większych zastrzeżeń do struktury. Podobnie jak w planie rządowym spodziewam się najwyższej dynamiki w roku 2012 i następnie spowolnienia dynamiki w roku następnym. Wraz ze zmniejszającym się bezrobociem, co prawda wolniej spadającym niż założono w planie, spodziewać się należy powolnego narastania presji płacowej i w konsekwencji wzrostu dynamiki konsumpcji prywatnej. O ile jeszcze w tym roku eksport netto prawdopodobnie po raz kolejny zaskoczy nas pozytywnym wkładem do wzrostu gospodarczego o tyle w latach następnych rosnące inwestycje, które w Polsce z natury rzeczy są importochłonne, będą przyczyniać się do ujemnej kontrybucji eksportu netto za sprawą szybkiej dynamiki importu.

Diagnoza sytuacji gospodarczej jest zbieżna z moimi obserwacjami. W dokumencie zauważa się, że „brak rozwiązania obecnych problemów fiskalnych w Polsce lub ich dalsze pogłębienie mogłoby doprowadzić do szybkiego wzrostu kosztów obsługi zadłużenia i wpadnięcia w pułapkę zadłużenia”. Co więcej chwilę wcześniej stwierdza się, że „słabością finansów publicznych w Polsce jest wysoki udział wydatków publicznych w relacji do PKB, który w 2009 roku wyniósł ok. 45% PKB, a także ich struktura, która jest niewystarczająco prorozwojowa”. Na kolejnych stronach dokumentu zwraca się uwagę na to, że głównym zadaniem władz publicznych powinno być zmniejszenie strukturalnego deficytu sektora finansów publicznych do poziomu MTO (medium term objective), czyli średniookresowego celu budżetowego sformułowanego w europejskim Pakcie Stabilności i Wzrostu, który w przypadku Polski wynosi 1% PKB deficytu strukturalnego. I ten cel najlepiej jest osiągnąć poprzez ograniczenia wydatków, gdyż „konsolidacja oparta na ograniczeniu transferów i cięciach konsumpcji publicznej (w tym funduszu wynagrodzeń) powinna mieć najmniej negatywny wpływ na wzrost gospodarczy i zatrudnienie w przeciwieństwie do konsolidacji opartej na cięciach inwestycji publicznych”. Nic dodać nic ująć. Pełna zgoda.

W propozycjach po stronie wydatkowej to, co zostało zaproponowane, jest jak najbardziej pożądane. Po pierwsze reguła wydatkowa, która oczywiście przed kryzysem nie uchroni, ale w sposób systemowy nakreśli ścieżkę wydatków państwa na najbliższe lata (choć tylko w tej części finansów publicznych, która regułą tą zostanie objęta). Po drugie elastyczne podejście do limitu wydatków na obronność, który od teraz nie ma być już limitem sztywnym w każdym roku budżetowym, lecz ma jedynie określać średnią tych wydatków dla okresu sześciu lat (w poszczególnych latach ich poziom byłby dostosowany do bieżącej sytuacji budżetowej). W dokumencie zapowiedziano też wprowadzenie od 2012 roku nowego systemu emerytur mundurowych oraz zmianę sposobu naliczania rent inwalidzkich w nowym systemie. W tym drugim przypadku chodzi o to aby renty inwalidzkie były wyliczane na bazie sposobu wyliczania emerytury w nowym systemie emerytalnym, a nie według formuł obowiązującym w starym systemie. Gdyby bowiem utrzymać obecne rozwiązania renta inwalidzka byłaby niejednokrotnie wyższa od emerytury. Zarówno emerytury mundurowe jak i wyliczanie rent inwalidzkich wymaga szybkich działań i ich zapowiedź w planie rządowym cieszy. Wolałbym aby działania te rozpoczynały się w 2011 a nie w 2012, no ale cóż, idą wybory. Prof. Marek Belka ostatnio w jednym z wywiadów przypomniał ile kosztowała swego czasu partię rządzącą szczerość jego wypowiedzi. Widocznie obecnie rządzący obawiają się tego typu skutków.

W pozostałej części dokumentu, w załączniku, znalazł się podział wydatków budżetu państwa według funkcji, gdzie dokonano próby zmierzenia za pomocą mierników celów w takich obszarach m.in. jak edukacja, budownictwo, kultura, sport i nauka. Jest to w znacznym stopniu zebranie wcześniejszych propozycji w tym zakresie i co do zasady w propozycjach takich obszarach jak edukacja czy nauka pomysły tam zawarte są godne poparcia.

Jak widać więc, to nie do końca tak, że w planie przyjętym przez rząd w zeszłym tygodniu nie ma niczego pozytywnego. Najbardziej jednak rozbraja szczerość tego planu. Plan jest na styk i tak naprawdę aby za rok być w komfortowej sytuacji należałoby albo dokonać kolejnych zmian (w wydatkach lub podatkach) lub też dokonać znacznych redefinicji długu publicznego. Być może rzeczywiście rząd liczy na zmianę przez Eurostat księgowania składki przekazywanej przez fundusze emerytalne. Taka decyzja, zgodna zresztą zarówno z europejskim jak i polskim interesem, oddalałaby problem przekroczenia limitu długu na parę lat. Ale nie rozwiązałaby fundamentalnych problemów polskich finansów publicznych, o których rząd wspomina na początku dokumentu. Dla przypomnienia, z rządowego dokumentu, powinno brzmieć jak motto: „słabością finansów publicznych jest wysoki udział wydatków publicznych w relacji do PKB, … a także ich struktura, która jest niewystarczająco prorozwojowa”. 

Przed czym chroni rekomendacja T

Od poniedziałku obowiązuje część nowych uregulowań Komisji Nadzoru Finansowego zwanych rekomendacją T. Mają one na celu znaczne ograniczenie polityki banków rozdawania kredytów detalicznych „na prawo i lewo”. Co do zasady nie można mieć pretensji do nadzoru, że wyhamowuje akcje kredytową, bo od tego jest. Pytanie czy moment i działania, jakie mają zostać podjęte, są właściwe.

Spośród wielu rekomendacji zawartych w dokumencie KNF widać, że nadzór znaczną uwagę przywiązuje do udzielania kredytów w walutach obcych. Od momentu wejścia w życie rekomendacji będą one dostępne głównie dla bardziej zamożnej części społeczeństwa. I tak w sumie powinno być – jeśli chcesz wziąć na siebie dodatkowe ryzyko związane z ryzykiem kursowym, powinieneś mieć odpowiednie środki, aby przed takim ryzykiem być zabezpieczonym. Chodzi zarówno uwzględnienie w kalkulacji LtV bufora na poziomie 20% kwoty kredytu hipotecznego z tytułu niedopasowania walutowego ekspozycji kredytowej i wartości zabezpieczenia, jak również o przyjęcie dodatkowego buforu bezpieczeństwa w przypadku wyliczania zdolności kredytowej przez podwyższenie przyjmowanych obciążeń z tytułu spłat o 20%. Trudno mieć fundamentalne zastrzeżenia do wprowadzanych obostrzeń, pod warunkiem że podejście nadzorcy do ryzyka charakteryzuje symetryczność wobec zmiennych czynników wpływających na wysokość rat, w tym ryzyka walutowego oraz ryzyka stopy procentowej.

Nadzór zaproponował, aby banki przy ocenie zdolności kredytowej klientów uwzględniały założenie wzrostu stóp procentowych o 4 punkty procentowe oraz założenie osłabienia złotego o 30%. W kontekście dotychczasowego niedoszacowania oceny ryzyka stopy procentowej względem ryzyka walutowego symulacje dotyczące wzrostu stóp należy ocenić pozytywnie, szczególnie mając na uwadze fakt, że stopy procentowe na świecie i również w Polsce, są dziś na rekordowo niskim poziomie. W perspektywie kilku najbliższych lat można spodziewać się ich istotnego wzrostu. Wzrost stóp procentowych może być przecież wynikiem zarówno osłabienia kursu, importowanej inflacji, presji płacowej wynikającej ze zmian demograficznych i migracyjnych. Nie musi wcale być wynikiem nadmiernej akcji kredytowej. Dobrze, że rola ryzyka stopy procentowej wobec ryzyka walutowego nie jest pomijana, choć należy zauważyć, że dla kredytów waluowtych i złotowych przyjęto taki sam poziom nominalnego wzrostu stóp procentowych w ramach stress testów, co wskazuje na niedoszacowanie ryzyka lokalnych stóp. Jeśli już przyjmować tego typu podejście to skala wzrostu stóp dla kredytów złotowych powinna być wyższa. Ryzyko stopy procentowej w Polsce było dotychczas niedoszacowane a ryzyko kursowe okazało się najlepiej zarządzanym ryzykiem przez banki. Odsetek złych walutowych kredytów mieszkaniowych wynosi ok. 1%, tym samym jest ponad dwukrotnie niższy niż w przypadku kredytów złotowych.

Rekomendacja T wprowadza też znaczne ograniczenia w udzielaniu kredytów konsumenckich, ustalając maksymalny dopuszczalny próg wydatków związanych z obsługą kredytów do dochodów netto na poziomie 50% dla osób zarabiających do średniej krajowej i 65% dla pozostałych (ta część uregulowań wchodzi od przyszłego roku). Zobowiązuje też do pełnej analizy dochodów klienta, tak aby uniknąć udzielania kredytów od ręki „na dowód”. Idee oczywiście jak najbardziej szczytne – banki nie raz sparzyły się na udzieleniu kredytów konsumenckich od ręki nie swoim klientom. Tego typu rekomendacje mają temu jak rozumiem zapobiec. Są jednak dwa „ale”. Po pierwsze poziom niespłacalnych kredytów konsumenckich w skali makro jest głównie zależny od poziomu bezrobocia w kraju. Zależność ta jest bardzo silna i występuje w większości krajów europejskich. Jeśli tracę pracę nie mam z czego spłacać kredytu konsumenckiego. Rekomendacja tego ryzyka nie wyeliminuje. Drugie „ale” dotyczy instytucji parabankowych. Obawiam się, że wprowadzenie tak restrykcyjnych zasad udzielenia kredytów będzie rajem dla wszystkich instytucji niebankowych działającym na tym polu. Ich nadzór KNF nie obejmuje, a rynek nie zna próżni. Podsumowując, rekomendacja potrzebna, ale w niektórych miejscach może okazać się zbyt restrykcyjna.

Skończmy już tę dyskusję o OFE

Raz na jakiś czas czołówki gazet informują nas o coraz to nowszych pomysłach rozwiązaniu problemu otwartych funduszy emerytalnych (OFE). Słowo problem zostało użyte nieprzypadkowo. Głównym bowiem argumentem za kolejnymi propozycjami zmian zasad oszczędzania na nasze przyszłe emerytury jest założenie, że coś jest nie tak z tym, że można oszczędzać na emerytury nie tylko w ZUS ale również w znacznie niej zależnych od działań polityków prywatnych funduszach emerytalnych. Trudno inaczej zrozumieć jakie może być inne źródło coraz to nowych, coraz bardziej radykalnych pomysłów. O ile wcześniejsze propozycje były tłumaczone zbyt wysokimi kosztami funkcjonowania OFE, o tyle ostatnie coraz to bardziej radykalne propozycje pozbawione są już tak wyrafinowanej argumentacji jak przy pierwszych próbach zmian zasad nowego systemu emerytalnego. Dzisiaj argumenty są jaśniejsze i bardziej bezpośrednie. Im mniej przekażemy do OFE tym lepiej dla budżetu, czyli niby dla nas wszystkich.

Nie mogę pojąć skąd te ciągnące się próby powrotu do wywrócenia do góry nogami całego systemu emerytalnego. Oprócz zawieszania na jakiś czas przekazywania składek do OFE padają ciekawsze pomysły, takie jak na przykład wprowadzenie dobrowolności wyboru uczestnictwa w systemie kapitałowym czy też możliwość wypłaty całości zgromadzonych w funduszu emerytalnym oszczędności w formie jednorazowej wypłaty. Te dwie ostatnie propozycje są nawet groźniejsze niż ta pierwsza polegająca na zawieszeniu przekazywania składek do OFE. Są one groźniejsze dlatego, że brzmią na pierwszy rzut okaz bardzo atrakcyjnie, pachną liberalnym podejściem możliwości wyboru, dają poczucie wolności. Jednak za tym atrakcyjnym opakowaniem kryje się de facto powrót do ZUS.

Na świecie bowiem wprowadzane były różne rozwiązania emerytalne. Wprowadzony w Polsce w 1999 roku nowy system emerytalny bazował na doświadczeniach wielu krajów, w tym również tych którym się nie udało. Jednym z ważnych doświadczeń niektórych krajów Ameryki Łacińskiej była m.in. zgoda na możliwość wypłaty wszystkich zgromadzonych środków w formie jednorazowej wypłaty.  Rozwiązanie to nie było nowe, znane było bowiem z wielu europejskich dobrowolnych prywatnych systemów emerytalnych, gdzie dodatkowo zbierane środki do państwowej emerytury mogły być właśnie w tej formie wypłacone. Problem polega właśnie na tym, że czym innym jest wypłata jednorazowa dodatkowo zbieranych do podstawowej emerytury środków a czym innym jest wypłata jednorazowa części podstawowej emerytury. W tym drugim wypadku, po tym jak skończą się wybrane pieniądze, trzeba żyć z połowy emerytury podstawowej. I to w okresie kiedy człowiek jest jeszcze starszy niż wtedy gdy tę emeryturę w formie jednorazowej wypłaty pobierał. Nie m się co łudzić, że ludzie będą przezorni i wszystkich pieniędzy na raz nie wydadzą. Po pierwsze dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć swojej dalszej długości życia. A po drugie im jesteśmy biedniejsi tym większą mamy presję na to aby wydawać tu i teraz. A to przecież o najbiedniejszych chodzi. Osoby bogatsze, bardziej przezorne będą w stanie w inny sposób zabezpieczyć swoją przyszłość. Dla nich rozwiązanie jednorazowej wypłaty mogłoby być korzystne. Natomiast osoby biedniejsze będą musiały prędzej czy później wrócić na garnuszek państwa. A jedyną emeryturą jaką będą otrzymywać będzie wyjątkowo marna (bo w połowie już skonsumowana) emerytura z ZUS.

Z kolei propozycja wyboru pomiędzy ZUS i OFE, pachnąca wolnością wyboru, spowodowałaby, że osoby bardziej dynamiczne i pewne przyszłości wybrałyby OFE, a osoby o gorszych perspektywach i mniej optymistyczne wybrałyby ZUS. Czyli OFE dla bardziej przedsiębiorczych a ZUS dla mniej. Prędzej czy później stworzyłby się podział na biednych w ZUS i bogatych w OFE. Wtedy znacznie łatwiej niż dzisiaj byłoby zawiesić składkę. Bo przynajmniej wiadomo komu zabieramy i komu dajemy.

Szkoda, że dyskusja o najnowszych propozycjach spadła z porządku obrad zeszłotygodniowego Komitetu Stałego Rady Ministrów. Dyskusja ta jest obok zasadniczych problemów takich jak potrzeba podwyższania wieku emerytalnego czy też potrzeby szybkiego rozpoczęcia reformy KRUS. Czas raz a dobrze przerwać tę dyskusję.

Plan na jeden rok

Najtrudniej go znaleźć. Trochę mi zajęło i zapewne bez podpowiedzi znajomych znacznie dłużej trwałoby szukanie. Najpierw wchodzimy na stronę Kancelarii Premiera, potem klikamy BIP (Biuletyn Informacji Publicznej), następnie BIP Rady Ministrów (na górze, po lewej), a potem zakładkę Inne Dokumenty. I to właśnie w tych Innych Dokumentach znajduje się Wieloletni Plan Finansowy Państwa 2010 – 2013.

Sam plan jest nieco optymistyczny w swych założeniach ale bardzo szczery. Rząd przewiduje, że w latach 2010 – 2013 dług publiczny w stosunku do PKB będzie oscylował na granicy wymaganego progu 55%. I to w każdym z poszczególnych lat. Innymi słowy jest jasne, że Plan jest „na styk”. Prześliźnięcie się pod wymogami ustawowymi długu bazuje na dość optymistycznych założeniach makroekonomicznych i kontynuacji strategii osiągania wysokich przychodów z prywatyzacji.

Zaczynając od danych makro, nie sposób nie zauważyć, że zakładane wysokie dynamiki wzrostu gospodarczego na lata 2012 i 2013 opierają się na założeniu wysokiego przyrostu inwestycji publicznych, jak również wysokiej dynamice popytu konsumpcyjnego. Zakłada się bowiem, że w tych dwóch latach realny wzrost płac będzie w okolicach 4% rocznie, podczas gdy przyrost zatrudnienia ukształtuje się odpowiednio na poziomie 3% i 2%. Tak wysokie dynamiki zarówno realnych płac jak i zatrudnienia występowały ostatnio w Polsce w okresie przedkryzysowego boomu w 2006 roku, przy doskonałej koniunkturze zewnętrznej. Nie mam zamiaru teraz udowadniać, że na pewno tak się nie stanie. Jednak przy dzisiejszej wiedzy założenia te wydają się zbyt optymistyczne. Bezrobocie ma spaść z obecnych 12.3% do 7.3% w roku 2013… Byłby to najniższy wskaźnik bezrobocia w całej historii III RP. Taki wskaźnik jest jak najbardziej możliwy do osiągnięcia, ale do tego przydałyby się reformy rynku pracy, wzrost aktywności zawodowej ludności i lepsze niż obecnie perspektywy koniunktury globalnej. W Planie nie ma jednak propozycji działań istotnie zmieniających reguły gry na rynku pracy.

Wiele propozycji zawartych w Planie, nie związanych wprost z finansami publicznymi, jest godna pełnego wsparcia. Również niektóre rozwiązania fiskalne, jak elastyczne podejście do wydatków na obronę przewidujące utrzymanie wskaźnika 1.95% PKB jako średnią z sześciu lat z możliwością dostosowań w poszczególnych latach w zależności od sytuacji finansowej państwa. Czy też zobowiązanie rządu wprowadzenia reformy emerytur mundurowych od 2012 jak również nowego sposobu naliczania rent. Działania te są potrzebne, ale jak wiadomo dalece niewystarczające. Stąd kontrowersyjna podwyżka VAT-u o 1 punkt procentowy, aby w 2011 roku limitu 55% nie przekroczyć.  

Debata publiczna – a raczej medialna – skupiła się głównie na podwyżce VAT-u, choć podwyżka o 1 pkt procentowy znacznie inflacji nie podbije (o 0.2-0.3 pp), wzrostu istotnie nie zwolni, a i znacznych dochodów budżetowych nie przyniesie.  Podwyżka VAT to raczej symbol tymczasowości, poszukiwania najmniej bolesnego rozwiązania na najbliższy rok. Ale problem polega raczej nie na skali podwyżki lecz na kierunku działania. Deficyt budżetowy można obniżać podwyższając podatki, ale podnosząc je ogranicza się tempo wzrostu gospodarczego. To jest dziś jeden z głównych problemów Węgier, które po populistycznym rozdawnictwie państwowych pieniędzy na początku dekady musiały łatać deficyt podnosząc podatki. Skutek jest taki, że  Węgry w ostatniej dekadzie rozwijają się znacznie wolniej niż Polska. Niewykluczone, że PKB na głowę mieszkańca pod koniec tego roku w Polsce będzie wyższy niż na Węgrzech.

Reformy strukturalne nie dają znacznych oszczędności od razu, ale wprowadzone raz, generują oszczędności, które kumulują się w kolejnych latach. Tak jest z podwyżką wieku emerytalnego czy też reformą KRUS. Być może działania po stronie wydatkowej nie wystarczą – wtedy niezbędnym okazać się może podniesienie podatków. Ale dopiero wtedy.

Czytając Wieloletni Plan odnosi się wrażenie, że jest to plan na rok. Jak to powiedział Michał Boni „na kupienie czasu”. Za rok dług do PKB będzie wyższy niż dzisiaj, co czarno na białym widać też w Planie. Nie sądzę aby rząd czuł się komfortowo w takiej sytuacji za rok. Będzie musiał podjąć znów działania. Trzeba przekonywać opinię publiczną i rządzących aby nie były do znów podatki.

Najgorszy jest narastający dług

Najbardziej niebezpieczna dla gospodarki jest spirala narastającego długu. Czym się może skończyć niekontrolowany wzrost długu publicznego widać najlepiej na przykładzie Grecji i Węgier. Wysoki dług publiczny najbardziej boli w okresie spowolnienia gospodarczego, gdy spadają nagle dochody a politycy mają skłonność wspierać zwalniającą gospodarkę dodatkowymi wydatkami. Inwestorzy wraz z nagłym w takim wypadku wzrostem deficytu i potrzeb pożyczkowych państwa żądają wyższych odsetek za pożyczone pieniądze, co jeszcze bardziej pogłębia i tak trudne problemy finansowe kraju. Dlatego też walka z nadmiernym długiem i wysokim deficytem musi być zawsze priorytetem każdego rządu.

Nie można więc zarzucać naszemu rządowi, że działa na szkodę gospodarki. Znacznie gorsze byłoby bowiem utrzymanie wysokiego deficytu i dalsze narastanie długu. Biorąc pod uwagę fakt, że w tym roku dług publiczny do PKB osiągnie poziom około 53%, za pewne można uznać, że w 2011 roku -przy nieznacznie niższym deficycie budżetowym niż tegoroczny – dług do PKB przekroczy poziom 55%. A po tym przekroczeniu rząd z mocy ustawy zobowiązany jest do przeprowadzenia głębokich cięć. Przykłady innych krajów pokazują, że zwykle w roku wyborczym rządy decydują się na utrzymanie status quo, uznając za cel główny jak najlepszy wynik w wyborach. Wynik w wyborach nie jest pewny i może się tak zdarzyć, że to obecna opozycja będzie zmuszona po przejęciu władzy dokonywać radykalnych cięć. Tak właśnie było ostatnio w Grecji gdzie obecny rząd ponosi konsekwencje działań poprzednich, w tym przede wszystkich poprzedniego, który doprowadził Grecję do bankructwa podejmując bardzo kosztowne działania chcąc walczyć z kryzysem.

Nie można więc zarzucać rządowi, że działania które podejmuje nie są w interesie polskiej gospodarki. Znacznie gorszym rozwiązaniem byłoby nicnierobienie i czekanie na kolejny rok. Zmniejszanie deficytu poprzez podwyżkę podatków jest często spotykanym rozwiązaniem, choć raczej tego typu działania dokonywane są wraz z równoległym obniżaniem wydatków i raczej w krajach których sytuacja finansowa jest już „nad przepaścią”. Polska ma sytuację trudną, ale znacznie lepszą niż kraje PIGS, czy nawet przeciętny kraj europejski. Ale dane te są złudne, gdyż już obecnie większość krajów Europy ogłosiła głęboko idące pakiety redukujące deficyty. Polska niepodejmując żadnych działań w roku 2011 mogłaby się znaleźć już nie poniżej średniej, ale wśród krajów z najwyższą dynamiką przyrostu długu.

Redukcja deficytu jak najbardziej, tylko dlaczego mamy się skupiać się na stronie dochodowej budżetu? Polska jest w takiej sytuacji finansowej, że do zredukowania deficytu w roku 2013 do poziomu 3% PKB wystarczyłyby działania redukujące wydatki. Takich też działań spodziewano się po wygranych wyborach prezydenckich. Polska jest krajem gdzie znaczna część wydatków socjalnych jest źle adresowana, nie trafia wyłącznie do osób do których powinna być skierowana. Najlepszym tego przykładem jest becikowe czy też ulga podatkowa na dzieci. Działania po stronie wydatkowej są niezbędne nie tylko dlatego, że deficyt jest za wysoki, ale przede wszystkim dlatego, że w polskich wydatkach państwowych wciąż wiele jest marnotrawstwa i nieefektywności. Między innymi z tego właśnie wynika niska konkurencyjność naszej gospodarki. 

Trudno nie zgodzić się więc ze stwierdzeniem, że proponowane przez rząd działania są swego rodzaju sposobem na kupienie czasu. Problem długu do PKB prawdopodobnie nie będzie już straszył w roku 2011, ale przecież w kolejnych latach problemy strukturalne będą nadal narastały. Przy jakimkolwiek spowolnieniu gospodarczym znów zagrozi nam spirala rosnącego długu. Tyle że wtedy nie będzie można jej neutralizować tak jak teraz przychodami z prywatyzacji. Dobrze, że rząd stara się zapobiec nas przed kryzysem w rodzaju węgierskiego, szkoda że nie dokonuje tego strukturalnie ale tymczasowo.