Nowy porządek na świecie

Pierwsza dekada XXI wieku to okres niesamowitych zmian na globalnej scenie gospodarczej. Ale dopiero ostatnie dwa lata to okres w którym na naszych oczach zmiany te nabrały jeszcze większego przyspieszenia. Jeszcze na początku zeszłej dekady udział krajów rozwijających się w światowym PKB wynosił 15%, podczas gdy krajów rozwiniętych ponad 60%. Dziś już kraje rozwijające się stanowią jedynie ok. 50% globalnego PKB, podczas gdy rozwijające się prawie 25%. Polska jest w koszyku krajów rozwijających się, ale to głównie Chiny, Indie i inne kraje azjatyckie są siłą napędową wzrostu. W okresie kiedy w Azji wzrost tylko nieco zwolnił w krajach rozwiniętych przyszła recesja. A to oznacza, że ich udział w globalnym PKB maleje.

Przez całą dekadę Amerykanie zmniejszali poziom swych oszczędności. O ile w roku 2000 oszczędności Amerykanów były lekko powyżej 2% PKB (co i tak jest rekordowo nisko) o tyle w wyniku zbyt niskich stóp procentowych (i utrzymywanych przez bardzo długi okres czasu) oszczędności Amerykanów spadły prawie do zera w 2007. Ta nadmierna konsumpcja Amerykanów była jedną z przyczyn kryzysu finansowego. Im więcej bowiem Amerykanie konsumowali, tym więcej kupowali za granicą. I w ten sposób narastała nierównowaga. Deficyt na rachunku obrotów bieżących w USA osiągnął rekordowe poziomy 6% PKB. I musiał być finansowany przez inwestorów zagranicznych. Doszło do tego, że połowę długu USA posiadają dziś Chińczycy i Japończycy. W rękach inwestorów z Chin znajdują się obligacje amerykańskiego rządu za prawie 900 mld USD, a w rękach inwestorów z Japonii ok. 800 mld USD.

Kryzys dokonał głębokich zmian w strukturze gospodarki amerykańskiej. Amerykańscy konsumenci zaczęli oszczędzać i znacznie mniej konsumują niż kiedyś. Dziś stopa oszczędności w Stanach Zjednoczonych jest powyżej 3%, deficyt na rachunku obrotów bieżących spadł do 3% PKB, a poziom konsumpcji spadł do poziomu 2% w porównaniu z 4 % przed kryzysem. Dziś USA mają już tylko ok. 27% udziału w konsumpcji światowej, podczas gdy kraje rozwijające się 34%. A jeszcze dekadę temu udział konsumpcji Amerykanów wynosił 36%, a krajów rozwijających się ok. 18%. W Stanach więc w wyniku kryzysu gospodarka amerykańska przeszła bardzo głębokie dostosowanie i nastąpiła zmiana zachowania konsumentów. Pojawił się za to nowy wielki konsument – rząd amerykański. Nie można więc wciąż mówić o powrocie do bezpiecznej równowagi tak długo jak rolę nieodpowiedzialnego konsumenta przejęło państwo.

Sytuacja w Europie jest inna. Po latach mizernego wzrostu przyszedł kryzys finansowy, który odbił się w kilku krajach europejskich głębszą recesją niż w USA. Ale w Europie nie nastąpiło tak głębokie dostosowanie jak to miało miejsce w Ameryce. Stopa oszczędności jest zbliżona do poziomu sprzed kryzysu. Konsumpcja wróciła do poziomu dodatniego i nie ma powodu aby oczekiwać jej istotnego przyspieszenia. Na rynku pracy nastąpił wzrost bezrobocia, ale jego skala jest znacznie mniejsza niż w Stanach. Ale deficyty budżetowe też wzrosły. Oczywiście Europa jest bardzo zróżnicowana – od najbardziej dotkniętych kryzysem Niemiec, które utrzymały swe finanse w ryzach, do Grecji, która ucierpiała mniej niż Niemcy na samym kryzysie, ale utraciła kontrolę nad swymi finansami.

Dziś byłbym skłonny zaryzykować tezę, że Europa powróci po kryzysie na ścieżkę mizernego wzrostu (wolniejszego niż przed kryzysem), bez większych zmian w strukturze gospodarczej i z większym garbem zadłużenia niż poprzednio. W Stanach natomiast wzrost ma szanse być bardziej zrównoważony ale też wolniejszy niż przed kryzysem. Wspólnym wyzwaniem zarówno dla Europy jak i Stanów będzie redukcja wielkich deficytów budżetowych – perspektywy wzrostu będą zależeć od tego jak szybko poszczególne kraje ograniczą swe zadłużenie. Rynki rozwijające się takich problemów nie mają. Dlatego też perspektywy wzrostu gospodarczego w krajach rozwijających są w najbliższej dekadzie o wiele lepsze niż w krajach rozwiniętych. W 2020 roku świat będzie wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Prawdopodobnie podział na kraje rozwinięte i rozwijające się będzie miał już większego sensu.

Trzy sprawy do załatwienia

Mamy trzy istotne sprawy do załatwienia w NBP. Są to interwencje walutowe, zysk za 2009 rok oraz elastyczna linia z MFW. W każdej tych kwestii po tragedii w Smoleńsku pojawił się znak zapytania. Życie gospodarcze musi toczyć się dalej i w każdej z wymienionych wyżej kwestii w najbliższych dniach trzeba będzie wypracować ostateczne stanowisko.

W kwestii interwencji sytuacja wydaje się być najprostsza. Zeszłotygodniowe wypowiedzi przedstawicieli NBP ale i Ministerstwa Finansów w sposób jednoznaczny wysłały do rynku sygnał, że interwencje walutowe będą kontynuowane. Pytanie bardziej dotyczy strategii działania i celu jaki przyświeca tym interwencjom. Zakładam, że celem jest wyeliminowanie tej części inwestycji walutowych które można okreslić mianem krótkoterminowych działań spekulacyjnych. Nie ma bowiem możliwości aby działania interwencyjne NBP mogły odwrócić trend wynikający z czynników fundamentalnych takich jak atrakcyjność polskich akcji, obligacji, dysparytet stóp procentowych. Nie wspominając o relatywnie wysokiej dynamice wzrostu w Polsce w porównaniu z rynkami bazowymi i bezpiecznym poziomie nierównowagi zewnętrznej. Jeśli zadanie jakie postawił sobie NBP zakłada wyłącznie osłabienie trendu, to po pierwszej interwencji jaka miała miejsce 9 kwietnia, muszą nastapić następne. Ważne aby cel tych interwencji był realistyczny i wspólnie postrzegany przez oba urzędy przy ulicy Świętokrzyskiej.

W drugiej ważnej kwestii jaką jest podział zysku NBP sprawa wydaje się z formalnego punktu widzenia jasna. Pomimo rozbieżności co do opinii w kwestii optymalnego poziomu rezerwy na ryzyko kursowe w tym momencie kluczowe znaczenie mają kwestie proceduralne. A tu sytuacja jest dość przejrzysta. Zasady tworzenia rezerwy określa Rada Polityki Pieniężnej, a zarząd musi ją wykonywać.  W tym tygodniu EBC powinien przesłać swoją opinię w tej sprawie. Najprawodpodobniej napisze, że kwestie ustalania rezerw na ryzyko kursowe leżą w domenie banków narodowych. Bowiem sposób wyliczania rezerwy na ryzyko kursowe nie leży w kompetencjach ECB i każdy bank narodowy ma dużą dowolność jej wyliczania. Tak naprawdę głównym wyzwaniem będzie sposób w jaki taka decyzja zostanie zaprezentowana opinii publicznej. Zapewne część z członków Rady, jak i zarządu, podtrzyma swą negatywną opinię o wysokości tworzonej rezerwy … i jednocześnie wykona uchwałę. Dobrze by było aby spór ten został w miarę szybko wyciszony.

Ostatnia kwestia dotyczy elastycznej linii z MFW. Dla przypomnienia, w kwietniu zeszłego roku rząd polski uzgodnił z MFW możliwość wsparcia dla rezerw walutowych NBP w wysokości 20 miliardów dolarów. Nie jest to zwykły kredyt, a raczej możliwość zaciągnięcia takiego kredytu w przypadku gdyby zaistniała nagle taka potrzeba. Sam fakt posiadania możliwości wsparcia finansowego ze strony funduszu wpływa stabilizująco na postrzeganie naszej gospodarki. Najpóźniej 5 maja  zarząd MFW musi podjąć decyzję o przedłużeniu umowy. Pojawia się oczywiście pytanie, czy dzisiaj, kiedy złoty się umacnia a apetyt na polskie ryzyko rośnie, takie zabezpieczenia są potrzebne. Dodatkowo, pojawiły się ostatnio argumenty, iż po tym jak Grecja zwróciła się o pomoc do MFW i Komisji Europejskiej, uruchomiony został w ten sposób nowy system pomocy dla krajów znajdujących się w nagłej potrzebie. W domyśle – jeśli Polska będzie w tarapatach to powinna otrzymać podobne wsparcie jakie ma otrzymać teraz Grecja.  Te argumenty mnie nie przekonują. Po pierwsze pomoc dla Grecji nie została jeszcze uruchomiona, wciąż znajduje się we wczesnej fazie uzgodnień.  Po drugie nie ma wcale pewności, że Polska która nie jest w strefie euro byłaby traktowana podobnie jak członek eurolandu. Kryzys finansowy na świecie się nie skończył, wszedł tylko w inną fazę – fazę kryzysu fiskalnego. Nie ma pewności że przed nami wyłącznie okres wzrostowy. W takiej niepewności z jaką mamy obecnie do czynienia trzeba się ubezpieczyć na kolejny rok. 

Wszystkie wyżej wymienione trzy sprawy trzeba załatwić do końca kwietnia. Nie są one tak kontrowersyjne jak to się mogło wydawać sądząc po atmosferze sporu. I dlatego bez emocji powinno łatwiej się dać je rozwiązać.

Czy to dobry czas na interwencje?

Piątkowa interwencja na rynku walutowym wniosła zupełnie nową jakość na rynku finansowym. Polski bank centralny nie interweniował na rynku FX od 1998 roku. Od tego czasu obowiązywał w pełni elastyczny kurs walutowy i bank centralny za każdym razem podkreślał jak mantrę swą strategię nieinterweniowania. Nawet w okresie kryzysu w zeszłym roku, gdy złoty był bardzo słaby (co oznaczało też wyższą inflację czyli zagrażało celowi inflacyjnemu) NBP nie zdecydował się na interwencję walutową. Takiej interwencji de facto dokonał polski rząd rękoma Banku Gospodarstwa Krajowego, który sprzedał niewielką część środków unijnych na rynku walutowym, co miało w owym momencie charakter interwencji walutowej. Spekuluje się, że zaangażowane wtedy kwoty były na poziomie kilkudziesięciu milionów euro.

Oczywiście nikt z decydentów nie nazywał tej operacji oficjalnie interwencją. Co więcej nie było dla rynku jasne jakiego poziomu chce bronić rząd. Co prawda kilka dni wcześniej premier Donald Tusk wspomniał o nieakceptowalnym poziomie 5 złotych za euro, ale w momencie interwencji poziom złotego był na tyle daleko od tego poziomu, że trudno było ocenić rynkowi finansowemu przy jakich poziomach mogą nastąpić kolejne ataki interwencyjne. Należałoby w tym momencie przypomnieć, że poziom rezerw NBP w pierwszym kwartale zeszłego roku wynosił około 50 mld euro, co czasie największego kryzysu finansowego od czasu II Wojny Światowej, było kwotą bardzo niewielką aby powstrzymać deprecjacje złotego. W tym samy czasie rosyjski bank centralny przeznaczył ponad 200 mld dolarów na interwencje, które jedynie nieznacznie powstrzymały tempo osłabiania rosyjskiego rubla ale nie były powstrzymać ucieczki inwestorów od rosyjskiej waluty.  

W okresie kryzysu polski złoty osłabił się najbardziej ze wszystkich walut naszego regionu. Jego nominalna deprecjacja w stosunku do euro wyniosła w szczytowym momencie 50%, podczas gdy dla forinta węgierskiego prawie 40%, a korony czeskiej 30%. W ciągu zaledwie pięciu miesięcy polska waluta zniweczyła pięć lat stałej aprecjacji, która była w istotnej części związana z wyższą niż w krajach eurolandu dynamiką wydajności pracy.  Rynek finansowy w lutym 2009 zbliżył się do najsłabszego poziomu z lutego 2004 w wysokości 4.90/EUR. Miał więc świadomość (i swego rodzaju niepewność) czy dalsze osłabiane złotego jest uprawnione. Kiedy rynek nie jest pewny co do dalszych ruchów walutowych, kiedy jest płytki, to w takim momencie interwencja na rynku walutowym może być skuteczna. I tak było. Poszedł bowiem sygnał od instytucji państwowej, że mogą pojawić się interwencje na nieznane kwoty, a rynek nie był pewny czy dalsza gra na deprecjacje jest uzasadniona. Dziś z perspektywy czasu można powiedzieć, że interwencja ta była udana. Ale, jak już wcześniej wspomniałem, nie była to interwencja realizowana przez NBP.

Dziś jednak sytuacja jest diametralnie inna. Po pierwsze dlatego, że NBP zainterweniował aby zapobiec jego dalszemu umocnieniu złotego. Po drugie poczynił to w pewnym sensie z zaskoczenia, choć dzień wcześniej wiceprezes NBP Witold Koziński zapowiadał, że NBP jest gotowy do interwencji. Jednak interwencja ta nie odbyła się otoczeniu szerokiej debaty na temat potrzeby podjęcia specjalnych działań w celu osłabienia złotego. Co prawda RPP na swych posiedzeniach dużą wagę przykładała do kwestii szybkiej aprecjacji złotego, niemniej przy poziomie kursu powyżej 3.80/EUR ( który zarówno w obliczu badań jak i ankiet nie jest uznawany za nadmiernie silny) interwencja miała charakter raczej wyprzedzający. Wyprzedzający a nie broniący bezpiecznych z punktu widzenia polityki pieniężnej (ale i zapewne tym razem również gospodarczej). I tu właśnie jest główne pytanie dotyczące nowej polityki NBP: po co te interwencje?

Możemy jedynie się domyślać jakie intencje przyświecały bankowi centralnemu. Tego typu ruch z jakim mieliśmy do czynienia w ostatni piątek miał zapewne osłabić tempo aprecjacji złotego. Jestem przekonany, że NBP ma pełną świadomość, że tego typu interwencjami nie jest w stanie zmienić trendu, tak jak to się stało w zeszłym roku przy interwencjach BGK. Interwencje znienacka, raz na jakiś czas mają zapewne wprowadzić na rynek walutowy niepewność. Chodzi o to aby inwestorzy na rynku nie byli skłonni przyjmować zakładów na długie pozycje w złotym, gdyż interwencje NBP mogą pokrzyżować ich plany spekulacyjne w krótkim okresie. To rzeczywiście tak działa. Jeśli inwestor portfelowy będzie chciał dokonać inwestycji na polskiej walucie to od piątku zeszłego tygodnia będzie musiał brać ryzyko nagłej kontrakcji ze strony banku centralnego. Dlatego też, po tragedii jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem, ministerstwo finansów w środę przypomniało, że tego typu interwencje są nadal możliwe. W tej retoryce chodzi o to aby utrzymać rynek finansowy w niepokoju i oddziaływać werbalnie lub z rzadka niewielkimi kwotami. 

Ale z drugiej strony pamiętajmy, ze złoty nie umacnia się wyłącznie ze względu na kapitał spekulacyjny. Wręcz odwrotnie, w ostatnim okresie widać istotny napływ inwestycji na polski rynek kapitałowy, na rynek długu, nie wspominając o coraz szybciej postępującej prywatyzacji. Te wszystkie napływy kapitału prowadzą do wymiany walut na złote przyczyniając się tym samym do aprecjacji naszej waluty. Nie wspominając o różnicy w dynamice wydajności pracy między Polską a Eurolandem. Uwzględniwszy jeszcze dysparytet stóp procentowych i tzw. carry trade, zauważmy że większość czynników fundamentalnych sprzyja długoterminowemu umacnianiu polskiej waluty. Tak więc tak długo jak globalny apetyt na ryzyko będzie się utrzymywał, tak długo inwestorzy będą kupować polską walutę, nie tyle nawet spekulacyjnie co pośrednio w celu realizacji innych długofalowych inwestycji. Innymi słowy jestem przekonany, że tego typu interwencje NBP (wspierane co ważne przez ministerstwo finansów) nie będą w stanie zachować silnego trendu aprecjacyjnego złotówki.

Pytanie w takim razie czy interwencje te mają jakikolwiek sens jeśli złoty i tak będzie się umacniał. To pytanie o strategię jaką przyjął NBP. Tej jak już wspomniałem możemy się tylko domyślać. Jeśli celem interwencji było ograniczenie gry spekulacyjnej na złotym przy ukrytej akceptacji dla umacniającego się w dłuższym okresie złotego to nie ma powodu aby kwestionować tego typu strategię. I tak w przyszłości, w okresie pobytu w ERM2 NBP będzie musiał być gotowy do znacznie poważniejszych wyzwań interwencyjnych, tak więc wprawa w tej materii byłaby bardzo pożądana. Nie wiem tylko czy nie jest to działanie przedwczesne. Ale co do zasady trudno mieć zasadnicze uwagi do nowego otwarcia w tej kwestii w NBP. Polski bank centralny z nieinterweniującego stał się bankiem interweniującym. Jeśli będzie realizowana sprawnie i niskim kosztem to nie będzie to zła strategia.

Gorzej by było gdyby celem działań miało być powstrzymanie umacniania się złotego. Tego typu cel byłby nie do zrealizowania przez mały bank centralny kraju leżącego na peryferiach gospodarczych Europy. Nasz poziom rezerw w stosunku do skali przepływów finansowych jest naprawdę niewielki. Polska bez wsparcie ECB nie ma de facto szansy na obronienie  konkretnego poziomu kursu. Jestem przekonany, że taką samą świadomość mają oba urzędy centralne po obu stronach  ulicy Świętokrzyskiej. Ważne żeby ze sobą współpracowały i jak najmniej mówiły o polityce kursowej. Akurat tu niepewność może być z  korzyścią dla gospodarki.

Państwo nie może być tanie, powinno być oszczędne

W tym momencie najważniejsze jest to, że państwo funkcjonuje. W sobotę rano polskie państwo zachwiało się w swoich podstawach. Na szczęście do niedzieli udało się ustabilizować najważniejsze instytucje państwowe. Od poniedziałku państwo polskie funkcjonuje sprawnie choć większość rozwiązań ma charakter tymczasowy. Rynki finansowe nie zareagowały nerwowo na informacje z Polski właśnie dlatego, że w poniedziałek przekaz z naszego kraju brzmiał: państwo działa sprawnie. Gdyby wypadek ten wydarzył się w tygodniu pracy reakcja byłaby bardzo nerwowa, gdyż świat, ale też i my, potrzebowaliśmy dobrych kilku godzin aby zrozumieć co się wydarzyło.

Tak długo jak trwa żałoba narodowa nie ma powodu aby jakiekolwiek decyzje przyspieszać. W średnim terminie jest jednak kilka istotnych zadań, w tym najważniejsze, czyli powołanie prezesa NBP. Za wcześnie jest aby dyskutować o konkretnych kandydatach. Wolałbym się skupić nad cechami jakie powinien spełniać obecnie dobry kandydat. Po pierwsze, musi być niekwestionowanym fachowcem w polityce pieniężnej. Uważam, że takich osób najłatwiej szukać wśród byłych i obecnych członków RPP. Po drugie osoba ta nie powinna być zbyt związana z polityką. W obecnej sytuacji najlepiej byłoby powołać prezesa banku centralnego w atmosferze konsensusu i zgody ponadpartyjnej, lub przynajmniej unikając starcia politycznego. I na koniec powinna to być osoba niekontrowersyjna, tak aby w warunek konsensusu mógł być spełniony. Co do terminu, jestem zdania, że jest to jedna z decyzji niecierpiących zwłoki. Przyjęte w poniedziałek rozwiązanie gdzie pełniący obowiązki prezesa NBP jest również przewodniczącym RPP jest kwestionowane przez część konstytucjonalistów. Tak długo jak RPP nie będzie musiała podejmować istotnych decyzji tak długo to niedoskonałe rozwiązanie może funkcjonować. W atmosferze żałoby narodowej nikt sporów toczyć nie będzie. Ale w niedługiej przyszłości niepewna sytuacja prawna może rodzić pokusę zakwestionowania decyzji jako nieprawomocnych. Dlatego też uważam, że w perspektywie kilku tygodni Marszałek Bronisław Komorowski powinien przedstawić kandydata na prezesa NBP.

Sobotnia tragedia unaoczniła słabość naszego państwa. Państwo polskie nie było w stanie wypełnić jednego z najbardziej podstawowych swych zadań jakim jest bezpieczeństwo głowy państwa. Państwo powinno być oszczędne, ale nie może być tanie. Oszczędne czyli nierozrzutne, ale skupione na swych najważniejszych funkcjach. Im biedniejsze państwo tym mniej może sobie pozwolić na rozrzutność, tym bardziej musi się skupić na funkcjach podstawowych.  Jesteśmy w Europie państwem biednym. Choć w  ostatnich latach i tak wiele się nam udało, to wciąż w wielu dziedzinach odstajemy od standardów europejskich.  Niestety samoloty rządowe były niechlubnym tego przykładem - od kilkunastu lat opóźniano decyzję o zakupie nowych nowocześniejszego sprzętu.

Problem jest oczywiście szerszy. Może to zbyt dalekie porównanie ale dużo mówi o państwie.  Mamy olbrzymią armię urzędników ale są oni relatywnie coraz gorzej opłacani. To może wydawać się kontrowersyjne, ale zarobki najwyższych urzędników państwowych w tym w szczególności wiceministrów, ministrów, kończąc na samym premierze są naprawdę niskie. Cześć z dobrych wiceministrów czy dyrektorów departamentu coraz częściej odchodzi kuszonych nieporównywalnie większymi zarobkami w sektorze prywatnym. Nie chodzi o to aby te zarobki się zrównały, bo nigdzie tak nie jest. Ale o to aby dbać o najwyższą kadrę Rzeczypospolitej. Nie możemy oszczędzać na jakości. Podobnie jest z wieloma inwestycjami publicznymi gdzie głównym kryterium jest cena. Tanio zwykle nie znaczy dobrze. To co dzisiaj wydaje się oszczędnością w przyszłości może wiązać się ze znacznie wyższym wydatkiem na poprawianie tego co zostało tanio zrobione. Lepiej zrobić mniej, dokładniej i drożej niż więcej, tanio i byle jak. Po prostu, nie stać nas na  takie oszczędzanie …

Zapomnieliśmy już o euro

Donald Tusk ogłosił termin wejścia Polski do strefy euro półtora roku temu w Krynicy. Kilka dni później upadł Lehman Brothers i rozpoczął się najgłębszy od lat 30-tych kryzys na rynkach finansowych. Rząd musiał więc zweryfikować swe plany w obliczu zupełnie nowej rzeczywistości. W ciągu tych 18 miesięcy złoty zdążył się osłabić o 50% w stosunku do euro a potem umocnić o ponad 20%. Odbyła się szeroka debata w kraju i zagranicą o korzyściach i stratach wynikających z posiadania własnej waluty. Kurs walutowy okazał się najbardziej efektywnym amortyzatorem zmian i najlepszym sposobem utrzymania konkurencyjności gospodarki. Miał też swe negatywne konsekwencje, choćby problem opcji walutowych. Ale co ważniejsze, perspektywa wejścia do euro i tak się oddaliła gdyż eksplodował deficyt budżetowy. Z obecnego poziomu 7% PKB bardzo jest daleko od 3% wymaganych w traktacie z Maastricht. I to właśnie jest obecnie główną przyczyną tego, że temat euro zszedł na drugi o ile nie na trzeci plan. Zauważmy, że kwestia euro nie jest już poruszana w debacie publicznie. Zapomnieliśmy tak szybko o naszych strategicznych planach?

W przeciwieństwie do dominującego nurtu w dyskusji publicznej chciałbym się skupić na tym w jakim momencie przyjęcie przez Polskę euro byłoby najbardziej korzystne, a także odpowiedzieć na pytanie jak ograniczyć ryzyko wystąpienia zjawisk negatywnych. Jak widać na przykładzie Grecji, posiadanie euro nie chroni przed problemami. Co więcej posiadanie euro w przypadku takiego kraju jak Grecja rozleniwia, gdyż tworzy nadzieję, że w sytuacji trudnej pozostali członkowie eurolandu pomogą. Grecy stali się wyłącznie beneficjentami wspólnej waluty nie podejmując u siebie reform które dałyby szanse na wykorzystanie szansy jaką daje euro. 

Jedną z ważniejszych kwestii w procesie przyjmowania wspólnej waluty jest moment w którym należy tego dokonać. Moment przejścia będzie w znacznym stopniu decydował o poziomie kursu walutowego po jakim będziemy zamieniać złotówki na euro. Optymalnym terminem wchodzenia do przedsionka euro – czyli ERM2 – był styczeń 2010, ze względu na to, że według najlepszej dzisiejszej wiedzy był to moment w którym polska gospodarka znajdowała się we wczesnej fazie ożywienia. W kolejnych latach gospodarka będzie się prawdopodobnie coraz szybciej rozwijała, deficyt w związku z tym będzie malał, inflacja rosła, a złoty się umacniał. A umacniałby się z poziomu 4.10, bo taki właśnie był notowany na początku stycznia tego roku. Każdy rok opóźnienia oznacza silniejszego złotego i wyższą inflację. Ale jak wiadomo termin styczniowy był zupełnie niemożliwy, ze względu na rekordowo wysoki deficyt budżetowy. I tu jest właśnie problem – niski deficyt najłatwiej będzie osiągnąć w okresie kiedy polska gospodarka będzie na najwyższych obrotach (dzięki czemu będą wysokie dochody budżetowe). Ale wtedy też najprawdopodobniej złoty będzie rekordowo silny (bo tak właśnie się dzieje w przypadku rozgrzanej gospodarki i wysokich stóp procentowych mających stłumić wysoką inflację). Tak więc obawiam się, że moment przyjęcia wspólnej waluty będzie pochodną wygody polityków a nie optymalnego momentu z punktu widzenia właściwego kursu wymiany. Zbyt silny złoty to bowiem złudzenie luksusu – nasze pensje przeliczone na euro mogą sprawiać wrażenie relatywnego bogactwa ale z drugiej strony dla gospodarki oznacza to wysokie koszty i zaniżoną konkurencyjność. 

Kolejnym istotnym elementem o którym trzeba pamiętać to elastyczność rynku pracy. W momencie kiedy kraj pozbywa się możliwości szybkiego odzyskania konkurencyjności poprzez osłabienie kursu wymiany musi posiadać inny instrument jakim jest właśnie elastyczny rynek pracy. Czyli taki który poprzez ograniczenie wzrostu płac, a w sytuacjach nawet krytycznych poprzez obniżkę płac, byłby w stanie umożliwić odzyskanie konkurencyjności. Grecy właśnie tej zdolności nie mają.

I na koniec ważna lekcja z ostatniego kryzysu. Niższe niż w Polsce stopy procentowe które zaimportujemy automatycznie przechodząc do strefy euro wraz ze stabilną walutą będą sprzyjały akcji kredytowej. Między innymi na rynku nieruchomości ale też i w innych obszarach. Ważnym zadaniem dla regulatorów będzie taki nadzór nad systemem finansowym aby nie powstały bańki spekulacyjne na rynkach aktywów.

Łatwy i stabilny pieniądz może być zagrożeniem. Tak jak w przypadku Grecji rozleniwiając rządzących, lub tak jak w przypadku Hiszpanii czy Irlandii sprzyjając powstawaniu baniek spekulacyjnych. Szkoda, że o tych kwestiach w Polsce tak mało się rozmawia.