Angela Merkel ma racje

Zaskoczyła mnie argumentacja zarzucająca Niemcom brak solidarności europejskiej. Twierdzi się, że za Kohla Niemcy przedkładały sprawy europejskie ponad narodowe, a teraz za Merkel polityka stawia sprawy europejskie na drugim miejscu. Uważam tę tezę za błędną. W interesie Europy leży powodzeniu projektu wspólnej waluty. Kryzys grecki pokazał jak niedopracowanym w szczegółach jest ten projekt. O ile państwa w nim uczestniczące zdecydowały się przekazać władztwo na polityką monetarną Europejskiemu Bankowi Centralnemu o tyle politykę fiskalną ograniczyły jedynie zapisami z Maastricht mówiącymi o tym, że deficyt budżetowy nie może przekraczać 3% PKB, a dług publiczny 60%. Jak powszechnie wiadomo ograniczenia te zostały tylko na papierze. Nie tylko Grecja, ale i największe państwa Unii, w tym Niemcy i Francja, przekraczały przyjęty limit budżetowy w przeszłości. Bez sankcji. Przykład grecki jest ekstremalny, gdyż do rekordowego poziomu deficytu dochodzi jeszcze fałszowanie statystyk.

Jeśli w ramach strefy euro nie będą przestrzegane ograniczenia fiskalne, to czeka ją erozja. Nie może być więc tak, że kraje strefy euro zrzucają się na pomoc w imię solidarności dla Grecji, a potem będą się martwić jak zapewnić stabilność fiskalną. Pomoc jest potrzebna, tu zgoda. Ale muszą jej towarzyszyć prawdziwe sankcje za nieodpowiedzialną politykę fiskalną. Pomoc jakiemukolwiek krajowi wyłącznie w imię sprawiedliwości jest wysłaniem sygnału, że wszystko jest w porządku. Moim zdaniem bez Międzynarodowego Funduszu Walutowego wychodzenie Grecji z obecnej sytuacji zapaści budżetowej nie będzie skuteczne. Co więcej, przejęte przez przywódców strefu euro rozwiązanie, że pomoc nadejdzie dopiero wtedy kiedy będzie naprawdę niezbędna wymusza na Atenach prawdziwe działania reformatorskie. Rząd w Atenach wolałby pieniądze od razu, bez tak ostrych warunków jakich może wymagać za jakiś czas Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale jeśli Europa chce uniknąć tego typu kryzysów w przyszłości musi już teraz działać stanowczo. Dlatego uważam, że jeśli nawet kanclerz Merkel działa pod naciskiem niemieckiej opinii publicznej to akurat w tym przypadku działanie to jest zbieżne z długofalowym interesem strefy euro i całej Unii Europejskiej.

 

Nie wierzę w państwo

Państwo w Polsce jest wyjątkowo niewydolne. Wszystko co państwowe kojarzy się z bylejakością, niemożnością zmian, z polityką. Na pewno nie z rachunkiem ekonomicznym, nie wspominając  o czymś tak abstrakcyjnym jak zadowolenie klienta. W instytucjach państwowych przecież nie ma klientów. Są petenci.

Nikt nie podważa podstawowych funkcji państwa takich jak obronność, wymiar sprawiedliwości, podstawowa edukacja i ochrona zdrowia, pomoc najbiedniejszym. Ale już od tego momentu rozpoczyna się spór wśród ekonomistów. Jedni uważają, że na tym kończy się rola państwa w gospodarce, inni że katalog zadań jest znacznie bardziej rozległy. Ci drudzy często podają przykłady innych krajów gdzie szerszy katalog zadań niż te podstawowe może być sprawnie przez państwo wykonywany. Nie sposób jednak na podstawie skuteczności działania instytucji w jednym kraju wyciągnąć wniosków, że ten sam zestaw instytucji będzie tak samo sprawnie działał w innym. Innymi słowy wiele rozwiązań instytucjonalnych sprawdzonych na świecie w Polsce może po prostu nie zadziałać.

Paradoksalnie, kraj wychodzący z realnego socjalizmu, gdzie państwo decydowało niemal o wszystkim ma mniej sprawne instytucje niż państwa z historią gospodarki rynkowej, w której instytucje te przez wiele lat były poddane testom skuteczności.

Socjalizm rozleniwia, a socjalizm w wydaniu radzieckim rozleniwia doskonale. Tak właśnie stało się niestety z większością instytucji które pozostały państwowe. Przekonanie, wyniesione świadomie czy nieświadomie z realnego socjalizmu, że państwo przecież zawsze pomoże, powoduje że efektywność, sprawność działania, wynik finansowy, zadowowolenie klientów nie stanowią prawdziwych celów działania. Spójrzmy na przedsiębiorstwa czy instytucje państwowe. PKP, Poczta Polska, ZUS, urzędy skarbowe. Zadania realizowane przez te podmioty jakością swą mają bliżej mają do PRL niż do oferowanej przez przeciętne polskie przedsiębiorstwo w 2010 roku. Zauważmy, że wymienione powyżej instytucje użyteczności publicznej nie mają konkurencji, mają zapewniony monopol (przynajmniej przez jakiś czas) i znane są z niskiej jakości usług, wysokich kosztów i przerostów zatrudnienia.

Czy tak musi być? Czy państwowe musi znaczyć niemiłe, drogie w utrzymaniu, nieektywne?  Bez wątpienie można znaleźć na świecie przypadki gdzie tego typu instytucje działają znacznie sprawniej i efektywniej. Ale niestety na wschód od Łaby mamy do czynienie z wyjatkową słabością instytucji państwowych. W jakimś stopniu jest to wynik słabego państwa. A państwo nie może być duże (w zakresu obowiązków) i jednocześnie efektywne.

Mam olbrzmymią sympatię do logo poczty polskiej, ale widząc jej skrajną niewydolność, od niedostarczania listów na czas poprzez niemożność regulowania płatności kartą kredytową w oddziałach poczty, nie mogę doczekać się 2013 roku kiedy zniknie jej monopol na świadczenie usług w Polsce. Przy całej nostalgii do PKP mam wrażenie, że jedynym sposobem na istotną poprawę jakości usług można będzie liczyć dopiero wtedy kiedy wejdzie na polskie tory Deutsche Bahn. Gorzej z administracją publiczną, tu konkurencja się raczej nie pojawi. Pewna nadzieja jest jeszcze w samorządach. Dziś widać różnicę pomiędzy tym co jest ogólnopaństwowe, a tym co samorządowe. Samorządy, choć wciąż w sposób niedoskonały, ale rok w rok dokonują realnych zmian w usługach publicznych. Widać to m.in., w szkolnictwie gdzie zmieniany są ewidentnie na lepsze. W tempie wolniejszym niż w części rynkowej gospodarki, ale widoczne. Podobnie zresztą jest z infrastrukturą: wielkie inwestycje publiczne na poziomie krajowych dopiero się ostatnio rozkręciły, podczas gdy samorządy (jedne lepiej drugie gorzej) dokonują tych przemian przez cały okres transformacji.

Niestety obawiam się, że jakość państwa nie wynika wyłącznie z tego jakie ekipy polityczne w danym okresie sprawują władzę. To raczej odziedziczone z poprzedniego systemu instytucje – finansowane od zawsze z pieniędzy państwowych, nie rozumiejące zmian gospodarczych które zaszły w ostatnich 20 latach – nie chcą się zmienić. Nie wierzę w możliwość ich reformowania od wewnątrz. Dwadzieścia lat mamy już stracone. Jeśli nie chcemy stracić kolejnych 10-ciu czy 20-stu powinniśmy podjąć bardziej radykalne kroki. To co się da trzeba sprywatyzować, wpuścić konkurencje, przekazać więcej zadań (i udziału w podatkach) samorządom. A państwo skupić na zadaniach podstawowych.

Nowy porządek w Europie

Problem Grecji pokazał jak niedopracowanym w szczegółach jest projekt europejski. W szczególności w części dotyczącej wspólnej waluty. Podczas gdy w Polsce emocjonujemy się prawyborami prezydenckimi, w Europie toczy sie fundamentalna debata dotycząca jej przyszłości.

Wszystkie państwa które przyjęły wspólną walutę oddały w ręce Europejskiego Banku Centralnego władctwo nad polityką pieniężną. Od tego momentu polityka ta prowadzona jest niezależnie od interesów poszczególnych krajów. W  kryzysie ECB okazał się wyjątkowo skuteczny, był bowiem w stanie szybko i sprawnie reagować w dynamicznie zmieniających się warunkach. W okresie najgłębszego kryzysu to właśnie olbrzymie zastrzyki gotówki w europejski system finansowy zapobiegły jeszcze większej zapaści. Gdyby w tym samym czasie zamiast jednego banku centralnego musiało koordynować swe działania 16 banków centralnych z różnych państw strefy euro działania te byłyby wolniejsze i mniej skuteczne.  

Drugą nogą polityki gospodaczej jest polityka fiskalna. Tę jednak państwa zatrzymały w swojej domenie. Wprowadziły co prawda w ramach traktatu z Maastricht ograniczenia dla deficytu budżetowego jaki i długu publicznego ale już w okresie wprowadzania euro część krajów nie przestrzegała tych kryteriów. Grecja nie jest jedynym wyjątkiem. Niemcy czy Francja miały okresy kiedy deficyty budżetowe przekraczały ustalone w traktacie 3% PKB. Tak długo jednak jak odstępstwa od tego poziomu nie były znaczne tak długo problem deficytów nie spędzał snu z powiek inwestorom i politykom. Teraz, gdy deficyt Grecji wynosi 13%, a średni deficyt w całej Unii 7% jak najbardziej zasadne jest zadawanie pytań o stabilność strefy euro.

Jeszcze kilka tygodni temu największe kraje strefy euro, w tym przede wszystkim Niemcy i Francja podkreślały, że Europa musi sama poradzić sobie z problemem Grecji. Oficjalnie nawoływały rząd w Atenach do bardziej zdeterminowanych działań obniżających deficyt, po cichu jednak przygotowywano różne warianty pomocy dla Grecji. Padały pomysły złożenia się na pożyczkę dla Grecji, wykupu greckich obligacji przez niemieckie banki komercyjne w ramach gwarancji państwowych, wreszcie rozważano utworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego. Pomysły miały na celu udowodnienie, że Europa jest w stanie sama zaradzić obecnym problemom i nie potrzebuje pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jednak po kilku tygodniach debat Niemcy zmieniły ton. Zmiana ta wynika zarówno z problemów wewnętrznych Niemiec (niemieckie społeczeństwo nie chce płacić za niesforność Greków) jak i złości na rząd Grecji który wciąż głównie liczy na pomoc z zewnątrz. Zmiana stanowiska Niemiec polega na tym, że po raz pierwszy nie wykluczyły pomocy dla Grecji przez MFW. I jednocześnie opowiedziały się za możliwością wyrzucenia ze strefy euro członka który w sposób rażący nie przestrzega  przyjętych w traktatach zasad. Obie te deklaracje to zupełnie nowa rzeczywistość. Swego rodzaju zerwanie z tabu. W końcu ktoś powiedział, że można ze strefy euro wystąpić, a raczej zostać wyrzuconym. Obie te deklaracje rządu Niemiec wciąż są traktowane bardziej jako straszak niż zapowiedź konkretnych działań. Ale słowa w polityce międzynarodowej mają swoje znaczenie. Na naszych oczach tworzy się nowy porządek gospodarczy w Europie.

Moim zdaniem bardzo dobrze się stało. Tylko działanie zdecydowana, stojące na straży bezpieczeństwa strefy euro mogą być skuteczne. Każda inna pomoc niż Międzynarodowego Funduszu Walutowego byłaby mniej efektywna. Brak sankcji za nieprzestrzeganie ustalonych wcześniej zasad w dłuższym okresie doprowadzi do erozji strefę euro. Europa musi na nowo ustalić zasady gry i konsekwentnie ich przestrzegać. Dziesięć lat po utworzeniu strefy euro przychodzi pierwszy poważny kryzys, który albo wspólnotę wzmocni lub też będzie początkiem jej upadku. W przeszłości zbyt często polityka dominowała nad myśleniem ekonomicznym. Ale w dłuższej perspektywie to politycy płacą cenę za złe regulacje w gospodarce. Rok po tym jak kryzys finansowy przeżywał swoje apogeum a rządy poszczególnych państw prześcigały się w ogłaszaniu coraz to większych pakietów fiskalnych teraz trwa walka o bezpieczną polityką budżetową.  Wracamy do fundamentów.

Skąd ta siła złotego

W ciągu ostatnich 3 tygodni złoty umocnił się w stosunku do euro o ponad 3%. W ciągu kilku dni szybko przebił psychologiczną barierę 4 złotych i podobnie szybko zbliżył się do poziomu 3.85 złotych za euro. Tak szybkie i silne umocnienie naszej waluty wywołało serię komentarzy przede wszystkim ze strony banku centralnego jak również przedstawicieli nowo powołanej Rady Polityki Pieniężnej. Głosy zaniepokojenia wynikały z tego, że tak szybkie dalsze umocnienie złotego jest po prostu groźne dla polskiego eksportu i mogłoby obniżyć tempo wzrostu gospodarczego w Polsce w tym roku. Kurs walutowy jest ważny dla RPP, bo umocnienie złotego o 10% oznacza niższą inflację o 2 punkty procentowe już po 12 miesiącach, przy pozostałych elementach niezmienionych. To jest oczywiście teoretyczna zależność, gdyż silniejszy zloty przekłada się również na wolniejszy wzrost co z kolei zmniejsza presję inflacyjną. Niemniej zależność ta jest silna i wynika z tego, że wiele dóbr konsumpcyjnych i inwestycyjnych jest importowana i umocnienie złotego w stosunku do euro obniża ich ceny. Dla przedsiębiorców jednak znacznie gorsze od samego faktu umocnienia kursu jest jego zmienność i nieprzewidywalność. A za niepewność się płaci. Eksporter który wysyła swe towary kalkulując swój przychód po 4 złote za euro w momencie takiego umocnienia jak ostatnio otrzyma o 3% mniej niż wcześniej planował. Przy dużej zmienności przedsiębiorcy muszą brać to pod uwagę i uwzględniać w swoich biznesplanach.

Pytanie skąd ostatnio takie umocnienie złotego. Europa przeżywa największy kryzys od swego powstania związany z Grecją. Do tego dochodzą jeszcze problemy fiskalne Hiszpanii, Portugalii, Irlandii. Wyjątkowo długa zima odbija się negatywnie na niemieckiej gospodarce, gdzie prawdopodobnie w pierwszym kwartale gospodarka niemiecka zanotuje spadek w stosunku do poprzedniego kwartału. Wszystkie te argumenty działają przeciwko walucie europejskiej. Euro straciło od początku roku w stosunku do dolara ponad 8 centów.

Na tym tle Polska wypada wyjątkowo dobrze. Z naszej polskiej perspektywy wciąż jednak nie możemy być zadowoleni ze wskaźników gospodarczych: wysoki deficyt, rosnące bezrobocie, wciąż wysoka inflacja wysoki poziom długu. Jednak na tle reszty Europy nasze bolączki są niczym w porównaniu do problemów jakie przeżywają słabsze kraje strefy euro. W Grecji deficyt budżetowy wynosi 13%! Średni poziom bezrobocia w UE wynosi 9.5% i jest wyższy od polskiego na poziomie 8.9% (dane według metodologii UE). To tylko średnia, nie wspominając o najbardziej skrajnych przypadkach, gdzie bezrobocie w Hiszpanii wynosi 18.8%, a w Irlandii 13.8%. No i najważniejsze: wzrost gospodarczy. Po tym jak Polska okazała się być jedynym krajem który uniknął recesji w 2009 w całkiem dobrym stylu, ze wzrostem na poziomie 1.7%, świat wierzy, że 2010 będzie dla nas jeszcze lepszy. Ostatnio dotychczas najbardziej sceptyczna dla Polski Komisja Europejska podniosła swój szacunek wzrostu gospodarczego w Polsce z 1.8% prognozowanych na ten rok w październiku do 2.6% obecnie. Dla porównania w strefie euro w 2010 roku spodziewany jest wzrost na poziomie 0.7%. A jeśli świat wierzy, że Polska ma szanse rozwijać się w tempie około 3% w tym roku to jest też przekonany, że ze wszystkimi innymi problemami sobie jakoś poradzimy.

Szybszy niż wcześniej zakładano wzrost gospodarczy daje szanse na istotnie niższy deficyt budżetowy. Pomimo ostatnich pesymistycznych informacji o tym, że po dwóch miesiącach deficyt osiągnął już prawie 17 miliardów złotych (czyli 30% planowanej na cały rok kwoty) wciąż uważam, że sytuacja budżetowa w tym roku będzie lepsza od wcześniejszych szacunków. Bo jeśli wysoki deficyt za dwa pierwsze miesiące był w części wynikiem spłaty zaciągniętych wcześniej kredytów przez ZUS, to należałoby raczej uznać, że ruch ten oznacza bardziej powrót do normalności niż przejaw problemów. Wyższy wzrost daje też szanse na lepsze wyniki spółek, a taka perspektywa cieszy inwestorów giełdowych i zachęca kolejnych do kupowania akcji w Warszawie. Podobnie z rynkiem obligacji – inwestorzy z przyjemnością kupują polski dług podobnie oprocentowany jak grecki, a wyglądający dużo bezpieczniej niż tamten. I jeszcze kilka udanych transakcji prywatyzacyjnych. Te wszystkie czynniki powodują, że inwestorzy kupują coraz więcej złotówek. Polska dla inwestorów portfelowych jest dziś po prostu atrakcyjna. Oprócz oprocentowania czy wzrostu cen akcji dodatkowo zarabiają jeszcze na umacniającym się złotym. Problem polega na tym że właściwa z punktu widzenia wartość złotego kształtuje się mniej więcej w pomiędzy 3.60 a 3.80 za euro. Tyle mówią fundamenty. Ale niestety rynek, szczególnie w kraju wciąż zaliczanym do emerging markets, nie przywiązuje zbyt dużej wagi do fundamentów. I tak jak w zeszłym roku mocno oderwał się od nich osłabiając złotego najbardziej ze wszystkich walut regionu, tak teraz istnieje ryzyko, że będzie skłonny najbardziej go umocnić. W pewnym sensie jesteśmy ofiarami własnego sukcesu. Oczywiście, w dłuższym okresie zbyt silny złoty sam się skoryguje, gdyż spowoduje osłabienie wzrostu a to z kolei przyczyni się do odpływu części kapitału portfelowego … osłabiając tym samym złotego. Tylko, po co nam ta cała niepewność i dodatkowe ryzyko. Nie lepiej mieć euro?

Czy będzie już tylko lepiej?

Najczęściej zadawane jest mi pytanie: „jak będzie”. Ekonomiści starają się na tego typu pytania odpowiedzieć na podstawie trendów zachodzących w danym momencie w gospodarce oraz (albo przede wszystkim) uwzględniając historyczne zależności. Im dłuższa historia gospodarcza danego kraju tym – przynajmniej teoretycznie – łatwiej jest przewidzieć zachowania gospodarki. Ale gospodarka się zmienia, staje się coraz bardziej globalna, pojawiają się nowe instrumenty finansowe. Tak więc przy zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej nie wszystkie metody szacowania przyszłości się sprawdzają. Szczególnie w okresie wychodzenia z kryzysu.

To, że nie jest łatwo nie powinno być jednak żadnym usprawiedliwieniem. Po ostatniej publikacji danych o PKB za czwarty kwartał powinniśmy nieco śmielej móc ocenić najbliższą przyszłość. Większość zeszłego roku była bardzo dynamiczna i zaskakująca. Pierwszym w pełni pokryzysowym kwartałem był czwarty kwartał zeszłego roku. Przypadł na okres w którym rok wcześniej szalał już kryzys a jednocześnie w czwartym kwartale zeszłego roku widać już było pewne oznaki ożywienia,  które mają szansę okazać się trwałe.

Co do zasady gospodarka może się rozwijać na trzech silnikach: inwestycjach, konsumpcji i eksporcie. Jesteśmy dość zapóźnioną ale w miarę dużą gospodarką. Tak więć potrzebne nam są inwestycje zarówno w infrastrukturę jak i w rozwój przedsiębiorstw. I tak się składa, że inwestycje w Polsce są dalece importochłonne. Jest to sposób na nadrobienie zapóźnień 45 lat komunizmu. Dzięki importowi nowoczesnych technologii przeskakujemy kilka etapów rozwoju, ale musimy oczywiście za to płacić. Tak więć siłą rzeczy więcej importujemy niż eksportujemy. W normalnych (niekryzysowych) czasach eksport nie jest silnikiem na którym opiera się rozwój polskiej gospodarki. Główną siłą napędową jest w Polsce konsumpcja prywatna która stanowi około 60% PKB oraz inwestycje (około 20% PKB). W okresie rozwoju gospodarczego to właśnie inwestycje i konsumpcja powinny napędzać polski wzrost gospodarczy. Dane za czwarty kwartał pokazały, że Polacy przeznaczyli na konsumpcję o 2% więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Podobnego w skali, może nieco większego, przyrostu konsumpcji nalezy spodziewać się również w całym 2010 roku. Drugim czynnikiem podtrzymującym nasz wzrost w ostatnim czasie były inwestycje publiczne finansowane z środków unijnych jak również rządowych. W 2010 ten komponent wzrostu będzie nadal utrzymany. Ale bez wzrostu inwestycji prywatnych znacznie szybciej nie będziemy rosnąć.

Polska gospodarka ma szanse rosnąc w tempie około 3 procent w tym roku głównie za sprawą popytu wewnętrznego. Jeśli nawet w Europie Zachodniej rok 2010 będzie rokiem marazmu, to w Polsce sam popyt krajowy powinien wystarczyć na takie tempo wzrostu. O ile na tle Europy taka dynamika wzrostu budzi respekt o tyle u nas nie jest to powód do zachwytów. Nie przełoży się bowiem na istotną poprawę życia ludności. Przy niewielkim wzroście inwestycji (rzędu kilku procent), powoli rosnącej konsumpcji, rynek pracy może co najwyżej wyhamować trend wzrostu bezrobocia. Bez dodatkowego ożywienia z zewnątrz trudno spodziewać się boomu inwestycyjnego choćby dlatego, że w wyniku kryzysu w sposób znaczący obniżył się poziom wykorzystania mocy produkcyjnych. A to oznacza, że wraz z rosnącym popytem przedsiębiorstwa najpierw będą zwiększały niewykorzystane moce produkcyjne a dopiero kolejnym krokiem będzie wzrost inwestycji. Wzrost wykorzystania mocy produkcyjnych oznacza oczywiście wzrost zatrudnienia, niemniej aby mówić o zasadniczej poprawie sytuacji na rynku pracy musiałaby nastąpić prawdziwa eksplozja inwestycji. Według dzisiejszej wiedzy, nic nie wskazuje na to aby jeszcze w roku 2010 mogło tego typu przyspieszenie mieć miejsce. Dopiero rok 2011 przyniesie szybszy wzrost inwestycji, a co za tym idzie znaczną poprawę na rynku pracy. W roku 2010 można raczej oczekiwać wyhamowania negatywnych trendów i pierwszych jaskółek poprawy. I to właśnie dlatego te dane za czwarty kwartał zeszłego roku są tak interesujące. Bo dobrze oddają stan obecny naszej gospodarki.

Strategiczne partnerstwo

Kiedy Grecja, a wraz z nią cała Unia Europejska przeżywa największy kryzys instytucjonalny od powstania wspólnoty, warto się zastanowić nad wnioskami płynącymi z tych wydarzeń dla nas. Grecja przez lata była beneficjentem Unii Europejskiej, a Niemcy przez lata były głównym płatnikiem. Ta solidarność leży u podstaw całej filozofii UE. Niemcy, choć coraz bardziej niechętnie, wciąż zgadzają się na to aby być głównym płatnikiem. Pamiętajmy jednak, że Niemcy mają też swoje problemy: starzejące się społeczeństwo, wciąż nieefektywną gospodarkę byłej NRD, a ponadto najgłębszą recesję gospodarczą od zakończenia II Wojny Światowej i rosnące bezrobocie. Gdy teraz słyszą, że mają pomóc Grecji która nie jest w stanie sama ograniczyć swojego deficytu (który jest czterokrotnie wyższy niż niemiecki (!)) dostają furii. Nie chcą też aby za Grecją ustawiła się kolejka pozostałych państw po podobną pomoc. Naciskają więc na reformy i nawołują do zaciskania pasa. To z kolei denerwuje rząd w Atenach, który musi się zmierzyć z falą strajków w proteście przeciw programowi cięć, który i tak Niemcy uważają za niewystarczający. Zrobiło się nerwowo, co najlepiej ilustruje reakcja Greków, którzy przypomnieli o zrabowanym podczas II Wojny Światowej greckim złocie. Nerwowo i dość poważnie …

Wnioski dla Polski. Po pierwsze obawiam się, że trudniej będzie wejść do euro. Po tym co się dzieje obecnie w Grecji państwa strefy euro będą chciały być bardziej niż poprzednio przekonane, że nowo przyjmowane kraje nie będą im dostarczać tego typu problemów. Polska na tle średniej europejskiej wypada nie najgorzej, jednak daleko nam do Niemiec, które przy dynamice wzrostu na poziomie -5% w zeszłym roku osiągnęły deficyt budżetowy na poziomie ponad 3% PKB. Dla przypomnienia w Polsce deficyt wyniósł ponad 7% PKB. Innymi słowy kraj wchodzący do strefy euro będzie musiał być wyjątkowo wiarygodny fiskalnie. Tak więc sądzę, że wchodzenie do przedsionka strefy euro (czyli ERMII) będzie niemożliwe jeśli deficyt będzie powyżej 3% PKB. Formalnie nie ma przeciwwskazań, aby wchodzić z wyższym deficytem, ale po greckiej lekcji ostrożność Komisji Europejskiej jak i Europejskiego Banku Centralnego wzrośnie. To ta bardziej pesymistyczna strona medalu.

Ale jest też element optymistyczny. Nasza dzisiejsza pozycja lidera wzrostu daje nam doskonałą szansę ustawienia się po stronie awangardy Unii Europejskiej a nie po stronie petentów. Mam pełną świadomość, że Polska przez lata jeszcze będzie korzystała ze wsparcia z Unii. Ale to nie powinno przeszkadzać nam znaleźć się po stronie krajów które nie wnoszą problemów tylko proponują rozwiązania. Czym innym jest wsparcie zapewnione w ramach perspektywy budżetowej a czym innym pomoc w przypadku problemów podobnych do greckich czy wcześniej węgierskich. Unia ma dziś bardzo poważne wyzwania: boryka się z rekordowo wysokim bezrobociem, coraz większą niechęcią własnych obywateli do wpólnej waluty i na domiar złego jeszcze z problemami wysokich deficytów i rosnącego zadłużenia. Polska niestety nie miała najlepszej historii w zakresie finansów publicznych. Przez znaczną część okresu transformacji deficyty były w Polsce wysokie. Po pierwszych reformach okresu transformacji straciliśmy pozycję głównego reformatora. A opóźnienia w podpisywaniu traktatu lisbońskiego wspierały raczej wizerunek hamulcowego a nie reformatora.

Dziś jednak następuje nowy podział w Europie. Na tych na których można liczyć i na tych na których liczyć nie można. Polska jako kraj który najlepiej w Europie poradził sobie z krysem, który sprzeciwiał się wzrostom wydatków, który deklaruje chęć wejścia do euro nie licząc na taryfę ulgową, jest dziś bliżej Niemiec niż Grecji. Musimy zrobić wszystko aby tak właśnie było w przyszłości.

Dla Polski w zakresie gospodarki strategicznym partnerem są Niemcy. Są naszym głównym partnerem handlowym. To Niemcy będą nas wprowadzały do strefy euro. Ale żeby być traktowanym również jako partner, nie można wchodzić w rolę petenta. Przy obecnej słabości UE Polska powinna pokazać, że w przyszłości petentem nie będzie. Po raz pierwszy od dziesięcioleci mamy szanse aby to udowodnić.