Kto nam pomoże, jeśli nie my sami?

Bardzo dobrze, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na 2009 r. Polska w odróżnieniu od innych krajów UE nie potrzebuje dodatkowego impulsu fiskalnego, lecz sprawniejszej administracji i więcej kredytów z banków.

Polski rząd ogłosił wczoraj pakiet ratunkowy dla gospodarki. Jest to zbiór sensownych propozycji, które wyceniono na kwotę 91 mld zł. Nie są to jednak dodatkowe środki, ale zbiór dotychczasowych działań, zwiększenie poręczeń i gwarancji oraz udrożnienie kanałów finansowych i administracyjnych. I dobrze, że Polska nie zaproponowała dodatkowych wydatków, tak jak chciał prezydent Sarkozy, ogłaszając ostatnio plan pomocowy UE.

UE zaproponowała pakiet 200 mld euro jako sposób na uratowanie państw Unii z największego od 80 lat kryzysu. Większość tych pieniędzy mają zebrać obecni członkowie UE. Odbędzie się to najczęściej kosztem zwiększenia ich deficytów.

Łatwiej rzucić kwotę, trudniej ustalić, na co ma być spożytkowana. Jak na razie same kraje Unii nie są w stanie się porozumieć co do sposobu, w jaki powinny pomagać gospodarkom pogrążonym w kryzysie. Wielka Brytania wprowadza obniżki podatku VAT o 2,5 pkt proc., co krytykują wspólnie Francja i Niemcy. Z kolei Francuzi są skłonni wydać znaczne kwoty publiczne na pobudzenie gospodarki, podczas gdy znacznie bardziej bogate Niemcy (o dużo lepszej sytuacji budżetowej niż Francja) są zwolennikami niewielkiego wzrostu wydatków.

Różne podejścia wynikają z różnej sytuacji poszczególnych gospodarek: w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia z silnym wyhamowaniem konsumpcji prywatnej, stąd obniżka VAT, która ma zachęcić mieszkańców Wysp do większych zakupów. W Niemczech główny problem dotyczy zmniejszenia popytu na eksport z ich kraju. Niemcy nie mają zbyt wielu pomysłów, w jaki sposób pobudzić popyt na swoje towary za granicą. Co więcej, obawiają się, że kolejne obniżki stóp i wielki wzrost wydatków mogą doprowadzić do następnego kryzysu. Z kolei Francja zawsze była zwolennikiem większej roli państwa w gospodarce. Obecnie chce wydać ponad 10 mld euro na dokapitalizowanie wszystkich swoich banków, aby te nie ograniczyły akcji kredytowej. Trudno będzie znaleźć wspólny język.


Problem Polski też różni się od problemów krajów starej Unii. Z jednej strony siła uderzenia kryzysu będzie słabsza, gdyż jako kraj mniej rozwinięty wciąż mamy olbrzymi ukryty potencjał wzrostu, nie byliśmy krajem, w którym gospodarstwa domowe zadłużyłyby się nadmiernie, i jednocześnie otrzymujemy stałą pomoc finansową w postaci środków unijnych, głównie na infrastrukturę. Z drugiej zaś strony nie mamy wspólnej waluty i wciąż zalicza się nas do tzw. rynków wschodzących, czyli bardziej ryzykownych. W okresach kryzysowych inwestorzy w panice przenoszą swe środki z krajów uważanych za niebezpieczne do uważanych za bezpieczne, osłabiając tym samym walutę kraju, z którego następuje ucieczka. A zbyt słaby złoty jest równie zły dla polskich eksporterów jak zbyt mocny złoty.

W tak niepewnych czasach kraj, który należy do tzw. rynków wchodzących, powinien prowadzić wyjątkowo odpowiedzialną politykę, aby nie dać argumentu tym, którzy czyhają na to, aby zarobić na spadkach. Jeśli czytamy, że jeden bank szacuje wzrost gospodarczy w Polsce na 1,4 proc., inny na 0,4 proc., a biuro maklerskie wycenia Lotos na 0 zł, to są to właśnie przykłady strategii gry na spadki.

Wzrost deficytu budżetowego jest jednym z podstawowych wskaźników opisujących kondycję kraju. Im wyższy, tym kraj ten będzie miał większe kłopoty ze spłatą długu i tym bardziej widać, że kryzys negatywnie przekłada się na finanse państwa. Nie możemy sobie pozwolić na dalsze osłabienie złotego i kolejną falę przeceny polskich spółek, gdyż ich fundamentalna wycena nie uzasadnia obecnych kursów akcji.

Nie jest też prawdą, jak twierdzą niektórzy politycy, że słaby złoty jest dobry dla eksporterów. Zbyt słaby złoty jest wręcz dla wielu z nich niekorzystny, gdyż znaczna część eksporterów zabezpieczała kurs złotego do euro przy poziomach 3,50 czy 3,40 zł. Kiedy kurs złotego jest znacznie słabszy (np. 3,80 zł za euro), zmuszeni są oni do poniesienia kosztów tzw. negatywnej wyceny. O sprawie tzw. opcji walutowych ostatnio coraz głośniej, w sumie mówimy tu o kosztach dla firm sięgających setek milionów złotych. Wiele umów zabezpieczających kurs złotego przed umocnieniem zapada pod koniec grudnia – jeśli wtedy złoty będzie nadal słaby, przedsiębiorstwa te będą musiały ponieść wielomilionowe straty. Część z nich może upaść.

Dlatego tak ważne jest, aby rząd wraz z NBP w sposób konsekwentny kontynuowały strategię wchodzenia do euro. Dzięki temu mamy szansę na stabilizację naszej waluty i wyrwanie się z kręgu krajów o wysokim ryzyku. Aby jednak strategia ta była wiarygodna, należy unikać kwestionowania wspólnie uzgodnionej ścieżki wchodzenia do euro. Banki inwestycyjne, które grają na dalsze osłabienie polskiej waluty i "efekt grudnia", tylko czekają na tego typu wiadomości z Polski. Tak jak Soros grał na osłabienie funta na początku lata 90. (i wygrał), tak teraz część inwestorów czeka na dalsze osłabienie złotego i grudniową eksplozję "polskich subprime".

Jak więc antykryzysowe propozycje Komisji Europejskiej mają się do obecnej sytuacji Polski?

•  Po pierwsze, nie możemy sobie pozwolić na zwiększenie deficytu budżetowego, stąd plan UE nie jest choćby z tego powodu dla nas korzystny.

•  Po drugie, w Polsce od kilku lat realizowany jest plan wielkich wydatków publicznych finansowanych w znacznej części przez UE. W Polsce, w przeciwieństwie do zamożnych krajów UE, wydatki na budowę dróg mają sens nie tylko dlatego, że tworzą dodatkowy popyt, ale przede wszystkim dlatego, że po wybudowaniu tworzą tzw. efekt podażowy, czyli dają szansę na wyższy wzrost dzięki niższym kosztom transportu i zwiększeniu możliwości komunikacyjnych. Miejmy jednak świadomość, że mamy problemy z wykorzystaniem przyznanych nam środków z UE. W połowie tego roku opóźnienia w wydatkach inwestycyjnych sięgały kilkunastu miliardów złotych. Mam obawy, czy dodatkowe środki na ten cel z nowego planu UE umielibyśmy z naszymi procedurami wydać.

•  Po trzecie, w ramach przyszłorocznego budżetu realizujemy obniżkę podatków. Nie ma więc potrzeby dokonywać w Polsce dodatkowych obniżek. Zamiast wielkich dodatkowych impulsów fiskalnych lepiej jest rozważyć działania nakierowane na kilka konkretnych dziedzin.


Trzeba mieć świadomość tego, że obecny kryzys w Polsce nie ma charakteru wyłącznie cyklicznego (czyli wynikającego z prawidłowości, że gospodarka po okresie wzrostu przechodzi w okres spowolnienia). Wyhamowanie wzrostu w Polsce jest znacznie silniejsze, niż wynikałoby to z wewnętrznych cech naszej gospodarki. Po pierwsze dlatego, że skala i tempo spowolnienia gospodarek światowy są bezprecedensowe, a powiązania polskiej gospodarki z innymi krajami – najwyższe w historii. Po drugie dlatego, że zarówno banki, jak i koncerny samochodowe "wcisnęły hamulec" w Polsce znacznie silniej, niż wymagały tego warunki.

Po raz kolejny chciałbym podkreślić, że w Polsce nie ma powodu do tego, aby banki nie pożyczały sobie pieniędzy, tak jak nie chcą tego czynić obecnie. Podobnie ma się sytuacja w przypadku branż eksportowych, gdzie dyspozycja wstrzymania produkcji przyszła z centrali bez głębszej analizy tego, czy akurat takie właśnie w skali to ograniczenie być powinno. To przereagowanie jest efektem paniki, ale skutek dla gospodarki realnej będzie taki, że zwolni ona znacznie bardziej, niż powinna. W takich wyjątkowych sytuacjach nie można się bać podejmowania wyjątkowych decyzji.

Plan ratunkowy ogłoszony wczoraj przez premiera jest kierunkowo słuszny. Znalazły się w nim główne propozycje, które na tym etapie kryzysu wydają się właściwe. Za szczególnie istotne uważam działania sprzyjające przyspieszeniu inwestycji infrastrukturalnych oraz wzrost limitów na poręczenia i gwarancje kredytowe. Dla sektora bankowego ważne będzie szybkie przyjęcie ustawy wprowadzającej możliwość dokapitalizowania instytucji finansowych i taka modyfikacja ustawy o gwarancjach międzybankowych, aby ich korzystanie nie było odebrane jako pocałunek śmierci – wciąż jest na to czas w parlamencie.

Kolejne dwa odważne elementy planu to zwiększenie poręczeń kredytowych dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz ulga inwestycyjna. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i terminach. Od samego planu lepiej od razu nie będzie. I tak mam wrażenie, że w Polsce nie działamy wystarczająco szybko jak wyzwania, które przed nami stoją. Ważne też, aby propozycje te były proste i funkcjonalne, tak aby firmom opłacało się z nich korzystać.

Bardzo dobrze się stało, że rząd nie zwiększył deficytu budżetowego na rok przyszły, choć założenie o spadku dochodów tylko o 1,7 mld zł wydaje się mocno przesadzone. Skala redukcji tempa wzrostu PKB zbliżona jest do konsensusu prognoz, ale to oznacza ubytek dochodów o kilkanaście miliardów złotych. Jest to tak naprawdę główny mankament planu.

 

Kwota całego planu w wysokości 91 mld zł jest umowna, bo zaliczono do niej planowane wcześniej obniżki podatków oraz dodano poręczenia i gwarancje, które nie są jeszcze wydatkiem (choć mogą być w przyszłości). I dobrze, że tak właśnie zrobiono, bo w Polsce nie ma potrzeby na dodatkowy impuls fiskalny, a bardziej na działania regulacyjne i udrożnienie kanału bankowego i administracyjnego.

1 Komentarz

  1. Re: Kto nam pomoże, jeśli nie my sami? [0]Dokładnie, i ostatni kryzys przeszliśmy gładko właśnie dlatego że mamy wciąż ukryty
    potencjał.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.