Nie każde dno jest dobre

W „Dzienniku” ukazał się ciekawy wywiad z architektem reform fiskalnych na Węgrzech z połowy lat 90. – Lajosem Bokrosem. Jego teza była taka, że Węgry są w lepszej sytuacji niż Polska, bo już zaczęły się reformować, a Polska uśpiona szybkim wzrostem gospodarczym nie wie, że za kilka lat czeka nas dojście do takiego kryzysu w jakim są teraz Węgry. O ile w pełni zgadzam się z tezą, że szybki wzrost gospodarczy osłabia nasza czujność, to jednak nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że Węgry są w lepszej sytuacji. Bo tak naprawdę Bokros mówi, że dzięki temu, że na Węgrzech osiągnięto dno – mają się z czego odbić, a w Polsce możemy sobie jeszcze pozwolić na dalsze spadanie. Ale jak mówi Młynarski od dna można się odbić… pod warunkiem że nie jest muliste. To, czy Wegrom uda się zreformować gospodarkę, to jeszcze zobaczymy.

To, co się działo na Węgrzech od początku tej dekady, to stale zwiększanie deficytu i rozbudowa państwa socjalnego. Dlatego też tam deficyt budżetowy wyniesie prawie 10% PKB, deficyt na rachunku obrotów bieżących jest rekordowo wysoki (7% PKB), wysokie są stopy procentowe (7.75%).

W Polsce prawdziwy deficyt to ok. 5% PKB (liczony poprawnie), niska inflacja, niskie stopy (4%), niski deficyt na rachunku obrotów bieżących (2% PKB). Ale to, że dzisiaj polska gospodarka wygląda dobrze, nie znaczy że tak będzie zawsze. Wystarczy jedna ustawa wprowadzająca zasiłki po 800 zł dla każdego bezrobotnego i np. przywrócenie przywilejów emerytalnych rodem z PRL i możemy się znaleźć w sytuacji gorszej niż Węgry.

Tu Bokros ma racje – nic nie jest dane raz na zawsze.